Frank Ocean:  cudowne dziecko internetu
zdj. Wikipedia Commons

Frank Ocean:
cudowne dziecko internetu

Jacek Skolimowski

O mały włos byłby główną atrakcją międzynarodowej trasy Coldplay. Niestety, w ostatniej chwili Frank Ocean odwołał koncerty, więc fenomen nowej gwiazdy czarnej muzyki poznacie tylko dzięki płycie „channel ORANGE” i internetowi

Jeszcze 2 minuty czytania

Na początku roku Adele zgarnęła większość statuetek Grammy i poszła na urlop macierzyński; Madonna wydała wyjątkowo słabą płytę, ruszyła w trasę i słuch o niej zaginął; Lady Gaga zajęła się poszukiwaniem kolejnych ekstrawaganckich kostiumów; Rihanna pojechała na zasłużone wczasy na jachcie. Nic dziwnego, że świat muzyki pop popadł na kilka miesięcy w marazm. Przerwał go dopiero w lipcu niespodziewany wpis Franka Oceana na Twitterze: „Cztery lata temu poznałem kogoś. Miałem 19 lat i on też. Spędziliśmy ze sobą jedno lato, a potem drugie. Byliśmy ze sobą prawie każdego dnia, czas upływał nam beztrosko. Ciągle patrzyłem na niego, na jego uśmiech. Słuchałem jak mówił i ciszy, kiedy kładliśmy się razem spać. Nim się zorientowałem, byłem w nim zakochany”, Coming out debiutującego rapera i wokalisty wywołał prawdziwą burzę w środowisku kojarzonym raczej z postawami macho i homofobicznymi tekstami. Nieoczekiwanie wszyscy artyści wzięli stronę Franka – łącznie z 50 Centem. Kilka tygodni później trafił na rynek album „channel ORANGE”, którym zachwyciły się zarówno serwisy internetowe z muzyką niezależną, jak i gazety codzienne oraz duże magazyny, zazwyczaj zajmujące się łowieniem gwiazd muzyki pop. Bez zbędnych przechwałek i epatowanie bogactwem, obnoszenia się ze złotem, wożenia drogimi samochodami i otaczania seksownym dziewczynami, Frank Ocean stał się nową ikoną amerykańskiej muzyki.

Globalny fenomen


Sukces komercyjny i zamieszanie medialne wokół tego 24-letniego czarnoskórego artysty ma kilka aspektów. Jego pojawienie w showbiznesie kilka miesięcy po tym, jak administracja Baracka Obamy dała zielone światło dla związków partnerski, to tylko jeden z nich. Frank Ocean to przede wszystkim zwykły chłopak z ubogiej rodziny z Południa, który wychował się w Nowym Orleanie. Siedem lat temu cały dobytek zabrał mu huragan Katrina. Chwilę później Ocean postanowił rzucić studia, wypłacił ostatnie oszczędności i wyjechał z rodzinnego miasta do Los Angeles. Chciał po prostu zrobić muzyczną karierę. Nie wybrał sobie najłatwiejszej drogi: nie zaciągnął się do telewizyjnego talent show, nie skorzystał też ze wsparcia dużego koncernu. W ciągu dnia ciężko harował na myjni i robił tysiąc innych rzeczy, a po nocach komponował pierwsze kawałki – poważne pieniądze zarobił dopiero za utwory wyprodukowane m.in. dla Justina Biebera i Johna Legenda. I mimo że Tricky Stewart, ceniony producent i kompozytor, autor przebojów Beyoncé, Rihanny i Justina Biebera, pomógł mu podpisać kontrakt z legendarną wytwórnią hiphopową Def Jam, nikt nie był zainteresowany, żeby dać mu szansę zaistnieć na rynku.

W czasie tego marazmu Ocean poznał w Los Angeles ekipę nastoletnich raperów, skate’ów i graficiarzy Odd Future Wolf Gang Kill Them All. Dołączył do grona niesfornych i nieobliczalnych artystów ukrywających się pod pseudonimami: Tyler The Creator, Hodgy Beats i Earl Sweatshirt. Po dwóch latach zrobiło się o nich głośno po darmowym mixtape'ie, nagranym w domowych warunkach oraz po koncertach, podczas których skakali po scenie, rzucali się w publiczność, krzyczeli i obrażali wszystkich dookoła, zupełnie jak punkowcy. Partyzancką działalnością w sieci i nieskrępowanym stylem bycia stali się sensacją 2011 roku, zyskując uznanie wśród fanów rocka i hip-hopu, a nawet wsparcie Justina Biebera.
Prędko okazało się, że obok barwnego lidera gangu Tylera The Creator, tworzącego w stylistyce horrorcore'u, są też inni zdolni artyści związani z projektami The Internet i MellowHype. Najzdolniejszym i najpoważniejszym był właśnie Frank Ocean, który na fali zainteresowania wrzucił do sieci własny mikstape „nostalgia, ULTRA”, oparty na nielegalnych samplach z utworów Radiohead, Coldplay, MGMT i The Eagles. Odzew był natychmiastowy, zarówno ze strony prawników, krytyków muzycznych, jak i niedoszłego wydawcy Def Jam.

„Jesteś w samolocie i zmierzasz na Wschodnie Wybrzeże pracować z Kanye Westem i Jayem-Z. Wszystko idzie jak trzeba dzieciaku, udało ci się!” – tym wpisem na profilu Tumblr Frank Ocean poinformował pierwszych fanów o przełomie w karierze, którą systematycznie budował w oparciu o serwisy społecznościowe i własnego smartfona. Dwaj najwięksi gracze we współczesnym hip-hopie, związani do lat z wytwórnią Def Jam, natychmiast ściągnęli „młodego geniusza” do siebie do studia na nagranie superprodukcji „Watch The Throne”.
Oprócz dwóch utworów – otwierającego „No Church in the Wild” i „Made in America”, Ocean skomponował przy okazji utwór „I Miss You” dla Beyonce (na album „4”). Z dnia na dzień wciąż jeszcze młody stażem i szerzej nieznany artysta trafił do ekstraklasy muzyki popularnej i od razu dostał pełny kredyt zaufania na nagranie kolejnego bezkompromisowego album na miarę głośnego „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” Kanyego Westa. Wieść o nim dotarła również do Europy, gdzie w prestiżowym rankingu BBC Sound of 2012 został uznany drugą nadzieją nadchodzącego roku. Wyprzedził go tylko Brytyjczyk Michael Kiwanuka, za to zostawił za sobą daleko w tyle wokalistkę Azealię Banks i mocno promowanego producenta dubstepowego Skrillexa.

Lokalne zjawisko


Oczekiwania muzyczne wobec albumu „channel ORANGE” od początku były ogromne. Ostatnie lata były do hip-hopu i r’n’b wyśmienite pod względem komercyjnym, za to w dużej mierze skończyły się porażką artystyczną. Groove w muzyce czarnej wyparły klubowe bity, a pełne charyzmy i emocji głosy zostały zniekształcone efektem auto-tune. Obok plastykowych produkcji z udziałem T-Paina, T.I., Akona, Flo Rida, Chrisa Browna i ostrych tekstów Lil Wayne’a, playlisty zdominowały kiczowate przeboje z podkładami francuskiego producenta i didżeja Davida Guetty. Dawnego ducha muzyce czarnej w XXI wieku postanowił przywrócić dopiero kanadyjski wokalista Drake. W swoich piosenkach zwolnił rytmy, syntetycznym brzmieniom dał więcej przestrzeni, a tekstom osobistego charakteru. Po serii mikstape’ów i gościnnych występów, sławę przyniósł mu rok temu wspólny singiel z Rihanną „What’s My Name?”, a uznanie tegoroczny album „Take Care”, nagrany w doborowej obsadzie. „Drake jest dla mnie ważny jako artysta i jako biznesmen. Myślę, że podobnie przeżywamy też różne rzeczy. Kiedy ukazał się mój album, dostałem od niego gratulacje. Chociaż słucham różnej muzyki i myślę, że to będzie słychać w moich nowych piosenkach” – podkreślał kilka miesięcy temu w wywiadzie Frank Ocean.

Gdyby pokusić się o porównania jego twórczości, to od razu z najlepszymi. Zmysłowe szepty i chórki w stylu Prince’a w „Sierra Leone”, eleganckie aranżacje i optymistyczny duch Steviego Wondera w „Sweet Life”, wrażliwość i wyczucie w „Forrest Gump” jak u Lenny’ego Kravitza, romantyczny klimat i nowoczesne brzmienie „Thinkin Bout You” przypominające Pharella Williamsa z najlepszych lat. „channel ORANGE” to przede wszystkim osobista i autorska płyta, bez większego udziału gości i wsparcia modnych producentów.
Wizytówką jest dziesięciominutowa kompozycja „Pyramids” – muzyczny rollercoaster od hip-hopu, przez klubowe rytmy, dynamiczny funk, zimne electro, po gitarową solówkę na koniec. Ocean snuje opowieść o dziewczynie pięknej jak Kleopatra, która pracuje w klubie nocnym „Piramidy” jako striptizerka. Swobodnie przechodzi od śpiewania pięknym barytonem w wyższy rejestr tenoru, a rozbudowane melodie przełamuje deklamacjami zbliżonymi do rapowania. Zdarza mu się popadać w ckliwość w wyznaniach, jak w „Bad Religion”, ale też potrafi zabrzmieć ponuro i niepokojąco, jak w „Super Rich Kids”, opowiadającym o rozpuszczonych dzieciakach z Beverly Hills czy w „Crack Rock”, którego bohaterami są gówniarze biorący ciężkie narkotyki. Świat amerykańskich nastolatków widziany jego oczami zdecydowanie różni się od tego z piosenek Justina Biebera.

Czy na płycie są przeboje, które pozwolą zaistnieć artyście na radiowych playlistach albo w klubach? Na liście Billboardu nieźle radził sobie kilka miesięcy temu „Thinkin Bout You”, „Pyramids” było bardziej ciekawostką, następny singiel w kolejce to „Sweet Life”. Sprzedaż płyty mógłby pociągnąć jeszcze kawałek „Lost” z rockową sekcją, melodyjnym refrenem i wpadającym w ucho motywem syntezatora – spodobałby się on nawet hipsterom. Jednak jeśli chodzi o single, Frank Ocean nie jest rozrzutny. Stworzył album, którego trzeba słuchać od początku do końca, zwracać uwagę na detale produkcyjne, narrację tekstów i ogólny klimat. Może narodził się jako cudowne dziecko internetu, ale właśnie wyszedł z internetu i przestał też być dzieckiem.