Dwuportret rodzinny
seligr CC BY-NC-SA 2.0

9 minut czytania

/ Literatura

Dwuportret rodzinny

Henryk Grynberg

„Czy możliwe jest prawdziwe ocalenie z Holokaustu?”. Nie jest możliwe, lecz nie zgadzam się z przesadną retoryką Wiesela: „Żyję, a więc jestem winien” – recenzja książki Moniki Sznajdermann

Jeszcze 2 minuty czytania

Moniki SznajdermanFałszerze pieprzu” to jedyny w swoim rodzaju żydowsko-polski dwuportret rodzinny. Żydowska połowa jest przejmującą opowieścią holokaustową, a polska fascynującym zabytkiem ziemiańskiej kultury. Żydowska powstała dzięki „cudowi fotografii”, który ratuje istnienie, zdjęciom, „które przetrwały Zagładę za oceanem”, wysłane przed wojną do krewnych w Ameryce i Australii. Niektóre z tych zabytków mieszczańskiej kultury przypominają portrety z Tomasza Manna. Zwłaszcza Amelia, dobrze sytuowana doktorowa, która narzeka w liście, że jej życie jest „tak przeraźliwie jednostajne”, i w swoim poetyckim marzeniu: „Gdyby chociaż można było wskoczyć w tę wiosnę jak w tramwaj w biegu i pojechać razem z czasem…” korzysta z tuwimowskiej obrazowości („A w maju / Zwykłem jeździć, szanowni panowie, / Na przedniej platformie tramwaju!”).

Te pozory stabilizacji zmyliły austriackiego autora Martina Pollacka, który pisze w przedmowie: „wiemy, że ci do niedawna szanowani obywatele zostaną naraz pozbawieni wszelkich praw i że będzie się na nich polować jak na zwierzęta”. Otóż nie byli oni szanowani, lecz dyskryminowani, poniżani, zmuszani do segregacji rasowej na uczelniach i w stowarzyszeniach: mąż Amelii, Ignacy Sznajderman, „członek Warszawskiego Towarzystwa Neurologicznego [był] w 1937 roku zapisany na sześćset dwudziestej trzeciej pozycji na liście lekarzy nie-Aryjczyków”. Prawdziwa jest jednak druga połowa twierdzenia Pollacka, bo w końcu pozbawiono ich wszelkich praw ludzkich i polowano na nich jak na zwierzęta. Toteż podejrzanie mi brzmi informacja, że Henryk, który miał „dobry wygląd” i „długo ukrywał się po aryjskiej stronie”, zginął w czasie powstania warszawskiego „przypadkowo, na ulicy, od zabłąkanej kuli”. Zbyt wielu tak zginęło, między innymi Kamil Krzysztof Baczyński.

Monika Sznajderman, „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”. Czarne, 288 stron, w księgarniach od listopada 2016Monika Sznajderman, „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”. Czarne, 288 stron, w księgarniach od listopada 2016Amelia, babka autorki tej dokumentalnej prozy, miała trzydzieści siedem lat, gdy 3 lipca 1941 w Złoczowie została dosłownie zatłuczona z tysiącami innych Żydów, na których Ukraińcy mścili się za mordestwa NKWD: „część ludności ukraińskiej ustawiła się szpalerem... Wszyscy byli uzbrojeni w pałki, drągi żelazne...”. „Co Złoczów robi dzisiaj ze swoją zbrodnią zbiorową? Ukrywa ją pod dorocznymi uroczystościami ku czci ofiar NKWD”. Większość żydowskiej rodziny autorki żyła od pokoleń w Radomiu. W sierpniu 1942 roku „większość radomskich Żydów, o ile nie zginęła na miejscu lub podczas transportu (co stało się udziałem przede wszystkim dzieci, osób starszych i chorych), trafiła do Treblinki”. Na miejscu zginął również młody człowiek, Szmul Chaim Sznajderman, „zastrzelony, gdy sam oddał się w ręce Niemców, by uratować [swojego brata] Eliasza i jego świeżo poślubioną żonę Marię”. Przetrwały i są w książce fotografie obu braci. Ze znanym skądinąd obrazem w tle: „A na opustoszałe ulice getta wjechały furmanki. I ładowało się na nie wszystko, co tylko się zmieściło...”.

Towarzyszka wędrówek swego męża Andrzeja Stasiuka, który we „Wschodzie” odkrywa niewidzialne miasta pożydowskie, dochodzi do wniosku, że „wiele jest niewidzialnych miast w Polsce, ale Radom wydaje się szczególnie nasycony nieobecnością”. Radom, gdzie zaraz po wojnie, w nocy z 10 na 11 sierpnia 1945 roku, w okrutny sposób zabito jeszcze czworo Żydów, ażeby reszta uciekła. Nie wiadomo, kto zabił, ale wiadomo, kto zabijał. Potomkini radomskich Żydów wierzy, że „pod powierzchnią dzisiejszego Radomia... żyją swoim widmowym życiem zmarli”, ale nie może zaprzeczyć gorzkiej prawdzie, że nawet „ich nieobecność jest nieobecna” w jej rodzinnym mieście, gdzie główne rondo czci Narodowe Siły Zbrojne, postrach Żydów na wojennej i powojennej prowincji. Gdzie „przechodnie, których udaje nam się zatrzymać, nie chcą z nami rozmawiać i pospiecznie odchodzą”.

„Czy możliwe jest prawdziwe ocalenie z Holokaustu?”. Nie jest możliwe i nie można „wyzwolić się ze wspomnień”, lecz nie zgadzam się z przytoczoną przesadną retoryką Wiesela: „żyję, a więc jestem winien”. Ja nie jestem niczego nikomu winien, najwyżej mam obowiązek, do jakiego poczuwa się również autorka i dlatego napisała tę książkę. Czuje w sobie „ich krew, ich geny, ich losy”. Zwłaszcza losy. Od „normalnych” dziedziców Holokaustu, tak zwanego drugiego pokolenia, różnią ją równoległe geny i losy dziedziców tysięcy mórg ziemi ornej, lasów i łąk, którzy wierzyli, a w każdym razie chcieli wierzyć, że chłopi byli do nich „przywiązani jak do własnych rodziców”. Miała to potwierdzić rodzinna bajeczka, że po uwłaszczeniu „jeden z nich powiesił się w swojej stodole, oświadczywszy wpierw rodzinie, że nie przeżyje takiego nieszczęścia, by miał być pozbawiony pana i sam musiał myśleć o sobie”. „Z pełną szczerością mówili mi: za czasów pana dziedzica było nam dużo lepiej...” – zaświadcza w swoich wspomnieniach Zygmunt Lachert, dziedzic Ciechanek. Ja się wychowywałem wśród chłopów. Różni byli, ale szczerzy w rozmowie z dziedzicem to raczej nie.

Dwór utrzymywał bliskie, czasem zażyłe stosunki handlowe z Żydami, ale niewiele o nich wiedział. „Leżące po sąsiedzku Ciechanki i Łęczną zamieszkiwały dwa osobne, nieznające się narody. Nieznające i niepragnące się poznać”. Żydowskie miasteczko zgładzono, lecz i po dworze nic nie zostało. „Wraz z ich światem nasz zresztą także uległ zagładzie” – potwierdza rozdwojona dziedziczka, mimowolnie identyfikując się z jednym bardziej niż drugim („ich” i „nasz”), lecz niewąpliwie ma rację, że jest „świadkiem podwójnego końca świata”. Obu światów nie ma, ale wielka różnica została: „Myśmy uratowali się wszyscy, oni wszyscy zginęli” – bardzo trafnie ją ujął pan Zygmunt w swoich wspomnieniach.

Monika Sznajderman jest dziedziczką jeszcze jednej kultury, którą w jej ziemiańskiej rodzinie był antysemityzm. Zygmunt Lachert, brat jej babki, był wybitnym narodowcem, działaczem Stronnictwa Narodowego i z jego ramienia zastępcą delegata rządu londyńskiego na kraj, skazanym na dożywocie za powojenną działalność podziemną. Ale jest i czwarta strona medalu: Bohdan Lachert, starszy brat Zygmunta, który nie chciał być narodowcem i ukrywał w czasie okupacji Żydów. Dziedziczka tego wszystkiego z podwójnym bólem pisze, że gdy jej żydowska rodzina ginęła, ziemiańska prowadziła normalny tryb życia z balami, polowaniami, wyścigami. „Niemcy systematycznie, z okrucieństwem niszczyli polską inteligencję, [ale] na wsi nie odczuwało się tego w tym stopniu, [bo] Niemcom zależało na produkcji żywności i terror był lżejszy” – wyjaśnia Zygmunt Lachert. Byłem wtedy na wsi. Wysokie ceny żywności odpowiadały również chłopom i wiodło im się lepiej niż „za polskich czasów”.

Cudem ocalały żydowski ojciec autorki, choć z dobrej mieszczańskiej rodziny, został po wojnie wierzącym komunistą, działał w tak zwanym ruchu Obrońców Pokoju i służył jako lekarz na wojnie koreańskiej. We wczesnej Polsce Ludowej sytuacja się odwróciła i żydowskie pochodzenie było na uczelniach dużo lepiej widziane od ziemiańskiego. Pani Maria, ziemiańska babka autorki, zapisała się do „Związku Zawodowego, do Ligi Kobiet, do Towarzystwa Przyjaźni Żołnierza Polskiego, do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, PCK i do Ligi Morskiej”, żeby jej córki się dostały na studia. A jej najstarszy brat, Bohdan Lachert, który przed wojną był liberałem, został pierwszym sekretarzem organizacji partyjnej na Politechnice Warszawskiej. Z czego widać, że przeróżne warstwy kolaborowały, a nie tylko – jak woleliby super-Polacy – Żydzi. Dzięki tej kolaboracji spotkali się na studiach potomkowie obu światów, których córka, pisząc tę wyjątkową historię rodzinną, patrzy „przez podwójne okulary” i czuje się wraz ze swymi szlacheckimi przodkami odpowiedzialna „za los [swoich] żydowskich przodków – nigdy nie poznanych żydowskich krewnych z Warszawy i Radomia...”. Jej książkę powinien przeczytać każdy, kto chce naprawdę wiedzieć i próbuje to wszystko zrozumieć.