Wysepka dobroci
Warszawskie getto, 1942

29 minut czytania

/ Obyczaje

Wysepka dobroci

Henryk Grynberg

„Każde uratowane przy moim udziale żydowskie dziecko jest usprawiedliwieniem mojego istnienia na tej ziemi...” – mówiła Irena Sendlerowa. A pomogła uratować więcej niż jakakolwiek inna pojedyncza osoba i żaden mit nie jest jej potrzebny. Wystarczy prawda

Jeszcze 7 minut czytania

Jej ojciec był lekarzem-społecznikiem, który biednych leczył za darmo, Polaków i Żydów. Kazał jej bawić się z żydowskimi dziećmi, które zaglądały do ich ogródka. W szkole „szeptano”, że pewno Żydówka, bo się biła w obronie jedynej Żydówki w klasie – pisze Anna Bikont w książce „Sendlerowa w ukryciu”.

Na miejsce praktyk pedagogicznych wybrała filię sierocińca Janusza Korczaka. Należała do socjalistyczno-piłsudczykowskiej organizacji studenckiej i znów „kiedy pobito jej koleżankę Żydówkę, rzuciła się na bojówkarza z pięściami”. Pracę magisterską pisała o Elizie Orzeszkowej, obrończyni Żydów. Pracowała w poradni prawnej Sekcji Pomocy Matce i Dziecku przy Obywatelskim Komitecie Pomocy Bezrobotnym i w dziale prawnym Sekcji Pomocy Matce i Dziecku pod auspicjami Wolnej Wszechnicy, gdzie studiowali robotnicy, komuniści, „bardzo wielu Żydów”.

Jej mentorem była Helena Radlińska (Żydówka), która postulowała pedagogikę społeczną i wykształciła grono „kilkunastu kobiet, które wraz z [Ireną Sendlerową] będą ratować żydowskie dzieci”. Jej drugim mentorem był Józef Zysman, prawnik, który bronił bezrobotnych przed eksmisją i jak ona walczył o prawa nieślubnych dzieci, a w czasie okupacji z ramienia Żydowskiego Komitetu Narodowego opiekował się zbiegłymi z getta dziećmi, które handlowały na ulicach papierosami (patrz: jego „Papierosiarze z Placu Trzech Krzyży”). Irena pracowała wtedy w Wydziale Opieki Społecznej przy urzędzie miasta, gdzie wspólnie z koleżankami (w tym kilkoma zatajonymi Żydówkami) fałszowała dokumenty, by otaczać opieką także żydowskie dzieci. A te fałszywe dokumenty świadomie podpisywał ich szef, Jan Dobraczyński, przedwojenny – i powojenny – antysemita.

Jej studenckie małżeństwo z Mieczysławem Sendlerem (wbrew nazwisku nieżydowskiego pochodzenia) okazało się nietrwałe: „w 1938 roku przeniósł się za pracą do Poznania, ona została w Warszawie”, a potem poszedł na wojnę i do 1945 roku siedział w oflagu. Sendlerowa opiekowała się rannymi żołnierzami września w Szpitalu Ujazdowskim, wśród których zakamuflowali się Żydzi (patrz: „Msza za wszystkich” w moim zbiorze „Drohobycz, Drohobycz”).

Anna Bikont, „Sendlelrowa. W ukryciu”. Czarne, 480 stron, w księgarniach od października 2017Anna Bikont, „Sendlerowa. W ukryciu”. Czarne, 480 stron, w księgarniach od października 2017Przystąpiła do lewicowego odłamu PPS-u, który nazywał się PS (Polscy Socjaliści), a później RPPS (Robotnicza Partia Polskich Socjalistów). Mówiła, że dla niej socjalizm „oznaczał nie tyle doktrynę czy program polityczny, ile pewien rodzaj wrażliwości społecznej i sprzeciw wobec kultu pieniądza”. Autorka książki przypuszcza, że przystąpiła do lewicy również dlatego, że tam „należeli znajomi Polacy, którzy ratowali Żydów, i Żydzi, których ona próbowała ocalić”.

Jednym z jej przyjaciół, którzy znaleźli się za murem getta, był Adam Celnikier, prawnik z zamożnej rodziny, który część swojego majątku „ofiarował na działalność organizacji komunistycznej”. Miejskie Zakłady Sanitarne miały przepustki, pozwalające ich pracownikom wchodzić do getta nawet parę razy dziennie, i Irena tam często bywała. Na aryjskich papierach Adam Celnikier stał się Stefanem Zgrzembskim i nigdy nie wrócił do swojej poprzedniej tożsamości. Po wojnie wezmą ślub i oboje będą nadal ukrywali, że on jest Żydem. Ich córka dowiedziała się o tym już jako dorosła.

Dobraczyński, który na polecenie władz niemieckich miał „rozprawić się z plagą dzieci żebrzących na ulicach Warszawy”, odkrył „rzecz przerażającą – prawie połowa przywiezionych były to dzieci żydowskie” i zarzucał swoim współpracowniczkom, że „nie dokonywały selekcji na ulicy”, ale nadal podpisywał fałszywe dokumenty, bo w jednej z nich się kochał (pozamałżeńsko). Dzieci te zanosiły wyżebraną żywność swoim rodzinom i nie chciały pozostać po aryjskiej stronie.

Estera Markinówna, Ewa Rechman, Ala Gołąb-Grynbergowa, Romana Wiśniacka (wszystkie zginęły) „przekazywały na aryjską stronę niemowlęta, które już były sierotami”. Irena Schultz i Helena Szeszko załatwiały potrzebne dokumenty i umieszczały dzieci w Domu Boduena z pomocą pracującej tam Władysławy Marynowskiej. Sendlerowa mówiła, że należała do „trójki technicznej” z Alą Gołąb-Grynbergową i Władysławą Marynowską i w latach 1940-1942 umieściły po aryjskiej stronie kilkanaście niemowląt, w czym pomagał im granatowy policjant, ale wątpliwe by już w 1940 roku oddawano niemowlęta na aryjską stronę. Właściwa „siatka Sendlerowej” powstała dopiero po utworzeniu Żegoty (grudzień 1942). Sendlerowa koordynowała akcję, przekazywała dokumenty i pieniądze. W czasie powstania w getcie „grupa Sendlerowej utworzyła pogotowia opiekuńcze, czyli sieć mieszkań, w których na krótko – kilka dni lub tygodni – można było ulokować dzieci i dorosłych, a przez ten czas Żegota wyrabiała im dokumenty i pomagała szukać miejsca na dłuższy pobyt.

To były pogotowia ratunkowe, o których my, Żydzi z prowincji, nic nie wiedzieliśmy. Dlatego gdy w maju 1943 roku przegnano nas z mieszkania na Pradze, moja mama jeździła ze mną tam z powrotem tramwajem przez most Kerbedzia – nigdy nie zapomnę tych ponurych, żelaznych żeber – i mówiła, że chyba „pójdziemy do Wisły”. I poszlibyśmy, gdybym jej nagle nie przypomniał, że na Grochowskiej mieszka pani Taborowa, która przyjeżdżała do Radoszyny do swoich krewnych. Grochowska jest długa i nie wiem, jakim cudem mama – przed samą godziną policyjną – trafiła pod właściwy numer. Pani Taborowa, która mieszkała sama, pozwoliła nam zostać na noc i jeszcze na dwa tygodnie – za darmo – aż mama skontaktowała się z moim ojcem, który ukrywał się na wsi, i dostała od niego pieniądze lub kosztowności, by wynająć pokój u nieznajomych ludzi po normalnej, nieżydowskiej cenie. Różni ludzie nam pomogli w taki czy inny sposób, ale pani Taborowa, której imienia nie znam, uratowała nam życie i bardzo żałuję, że będąc jedynym żyjącym świadkiem jej dobroci i odwagi, nie mogę uzyskać dla niej oficjalnego uznania z Yad Vashem.

Zimą 1943 roku Żegota w Warszawie miała pod swoją opieką finansową od dwustu do trzystu osób. Po powstaniu w getcie liczba podopiecznych wzrosła do tysiąca. W październiku 1943 wynosiła do półtora tysiąca, a w pierwszej połowie 1944 od trzech do czterech tysięcy w całym kraju. „Żegota słała rozpaczliwe listy do Delegatury z prośbami o zwiększenie dotacji”. Bez skutku. „Delegatura Rządu na Kraj przeznaczyła w latach 1943-1944 na pomoc Żegocie pięć procent budżetu opieki społecznej”. Gdy w marcu 1943 roku przyznała dwieście pięćdziesiąt tysięcy złotych, przewodniczący Julian Grobelny wysłał w odpowiedzi rozpaczliwy list, że stawia to pod znakiem zapytania „celowość dalszego istnienia komitetu”.

Londyn „przeznaczał na Żegotę sumy z własnych funduszy i uzyskane od organizacji żydowskich” i według obliczeń Dariusza Stoli przekazał łącznie milion trzysta tysięcy dolarów. Zasiłki wynosiły pięćset złotych miesięcznie na osobę, a kurs dolara około stu złotych, powinno więc starczyć na roczną pomoc dla dwustu tysięcy osób – pisze autorka. Według dokumentów dotarła tylko połowa tych pieniędzy, ale też wystarczyłyby dla stu tysięcy. W dodatku „Żegota była jedną z trzech działających w Warszawie organizacji zajmujących się pomocą Żydom – obok Żydowskiego Komitetu Narodowego [założonego pół roku wcześniej] i Bundu”, które „działały w ramach Żegoty, ale głównie udzielały pomocy poza nią”. Z tego manka nikt się nie wyliczył. „Żegota nie tylko powstała późno, ale też z racji skromnych środków finansowych była w stanie objąć opieką zaledwie mały procent tych, którzy jej potrzebowali” – konkluduje autorka.

W październiku 1943 referat dziecięcy, za który odpowiadała Sendlerowa, miał pod swoją opieką blisko sto dzieci i otrzymał z funduszu Żegoty osiemdziesiąt tysięcy złotych, z czego pięćdziesiąt tysięcy od organizacji żydowskich. Sendlerowa figurowała na proskrypcyjnej liście „podejrzanych o działalność komunistyczną i/lub żydowskie pochodzenie” prowadzonej przez wywiad NSZ-etu (który naprowadzał Niemców lub szmalcowników). 13 października została aresztowana „pod zarzutem uprawiania działalności komunistycznej”, a nie ratowania żydowskich dzieci. I na pewno nie przyszło po nią jedenastu ani trzynastu agentów – jak twierdziła. Według dokumentów, trzymano ją na Pawiaku trzy tygodnie (nie miesiące, jak twierdziła), i bito na przesłuchaniach. Wiadomo, że trzymała się dzielnie, nikogo nie wydała i „została wypuszczona dzięki łapówce, którą wypłaciła Żegota”, ale nie pół miliona, jak lubiła opowiadać. Grobelnego wykupiono z aresztu za trzydzieści sześć tysięcy, a był oskarżony, że jest ukrywającym się oficerem, działa w konspiracji i pomaga Żydom. Za Adolfa Bermana szantażyści żądali pół miliona, bo wszystko o nim wiedzieli, ale wzięli dwieście tysięcy. Na pewno nie wieziono jej na rozstrzelanie, skoro dwa tygodnie po wypuszczeniu pozwolono ją ponownie zatrudnić w urzędzie miasta z wypłatą „wynagrodzenia za czas zatrzymania jej w areszcie”. I nie mogła być, nawet przez pomyłkę, na liście rozstrzelanych, bo na takich listach umieszczano tylko mężczyzn.

Dzieci przerzucano na aryjską stronę dziewięć miesięcy – od czasu masowej deportacji, która zaczęła się pod koniec lipca 1942 roku, do powstania w getcie, czyli kwietnia 1943. Sendlerowa nie wynosiła dzieci, a te, którym pomagała, „prawie nigdy nie miały z nią bezpośredniego kontaktu ani też nie wiedziały o jej istnieniu” – podkreśla autorka książki. Sama Sendlerowa mówiła, że „Żydzi znali bez porównania lepiej niż Polacy sposoby wydostania się z getta” – najczęściej przez budynek sądowy na Lesznie, piwnice i brygady wychodzące na aryjską stronę do pracy – „natomiast pomoc Polaków była bezcenna po drugiej stronie muru”. Potrzeba było na to dużo pieniędzy. Zwłaszcza latem 1942 roku, gdy najwięcej Żydów uciekało, a ceny były horrendalne. „Moje warunki są takie: 60 zł dziennie i z góry za rok i pół...”, w przeciwnym razie „wyprowadzę na ulicę i niech się dzieje wola Boża” – groziła kobieta, u której umieszczono dziewięcioletnią córkę Jonasa Turkowa (po wojnie musiał ją wykupić za dodatkowe dziesięć tysięcy złotych). Przeważnie żądano sto złotych dziennie. Przechowywanie Żydów, dzieci jak i dorosłych, to był „interes jak każdy inny, tyle, że lepszy: większe ryzyko, to i zysk musi być większy”.

Dzieci płaciły przy tym bardzo wysoką cenę – psychiczną. Małemu Piotrusiowi powiedziano, że jeśli ktoś spyta, gdzie są jego rodzice, ma powiedzieć, że zginęli od bomby na początku wojny. Zrozumiał z tego, że lepiej nie mieć rodziców, niż mieć takich jak jego. Dzieci, które traciły rodziców, przywiązywały się do swoich opiekunów, ale przez węszących sąsiadów i szmalcowników trzeba było im zmieniać opiekunów. „Proszę cioci, ile ja jeszcze będę musiał mieć mamuś – szlochał czteroletni chłopczyk, przewożony przez Irenę Sendlerową do kolejnego mieszkania”.

Gdy w sierpniu 1942 roku sowieckie samoloty zrzucały bomby na Warszawę, dziewczynka usłyszała, jak jej opiekunowie mówią: „Może te bomby są na getto i wreszcie będzie koniec z Żydami”. „Elżuniu, ty jesteś szczęśliwym dzieckiem, będziesz żyła w Polsce, gdzie już nie zobaczysz żadnego Żyda...” – powiedziała gospodyni dziewczynce, którą umieszczono u niej jako nieżydowską sierotę, pokazując jej łunę nad gettem.

Nie chciano dzieci „ze złym wyglądem”, zwłaszcza chłopców. „Syna Ringelbluma, który miał dobry wygląd, ale był obrzezany, odesłano z aryjskiej strony do getta”. Bogdan (Dawid) Wojdowski nie miał dobrego wyglądu, ale ratowała go plastyczna operacja napletka, gdy sprawdzali go szmalcownicy: „to był stygmat dla niego na całe życie”. Żegota od początku swojego istnienia apelowała do władz podziemnych o wydanie odezwy przeciwko pladze szantażu, który uniemożliwiał i udaremniał skuteczną pomoc. „Ile dzieci i ilu dorosłych, którym Polacy pomagali z narażeniem życia, zginęło przez innych Polaków?” – zapytuje retorycznie autorka.

„Nie wszyscy ludzie, którzy [Żegocie] pomagali, wiedzieli, że pomagają Żydom. [...] Łatwiej było znaleźć mieszkanie do przechowania skrzyni broni niż dla jednego Żyda” – wyznał Władysław Bartoszewski. Podobnie Sendlerowa: „Muszę stwierdzić, że uzyskiwaliśmy pomoc jedynie pod pretekstem akcji patriotyczno-polskiej. [...] Nauczeni doświadczeniem, nie ujawnialiśmy, że dzieci są żydowskie [...], lecz polskie po działaczach niepodległościowych. Nie obawialiśmy się zdrady czy szantażu, lecz tylko braku współdziałania ze strony personelu opieki społecznej”.

„Żydzi pomagający innym Żydom nie ujawniali swojego pochodzenia” nawet Żydom. „Jonas Turkow pisał o Wandzie Wyrobkowej [jako o] szlachetnej Polce, która przyszła do getta i szukała dzieci, żeby je stamtąd wyciągnąć”. Maria Hochberg-Mariańska, krakowska współpracowniczka Żegoty, mówiła o tym, jak ciężko jej było udawać przed swoimi zagrożonymi współbraćmi, że nie należy do nich. Bartoszewski wspomina, że gdy jego szef z referatu żydowskiego Delegatury Rządu spytał go, czy Bogna Domańska, sekretarka Żegoty, jest Żydówką, wolał odpowiedzieć, że nie. Istniała siatka adwokata Maurycego (Abrahama Mojżesza) Herlinga-Grudzińskiego, przez którego rzekomo aryjskie mieszkanie „przewinęło się czterdziestu uciekinierów z getta” i który przekazywał pieniądze z Żegoty trzystu osobom. Z mieszkania Marii i Henryka Palestrów korzystało dwudziestu Żydów (dziesięciu zginęło przez szmalcowników).

Do takich bohaterów należała także Basia Temkin, żona Adolfa Bermana, „dobry duch ukrywających się Żydów”. I Helena Rybak – krewna Bogdana Wojdowskiego – „promienny przykład pomocy udzielanej Żydom przez Żydów”. „Wanda Wyrobkowa-Pawłowska tak starannie wymazała z życiorysu swoich żydowskich rodziców, że nie ujawniła ich nawet przed komisją Yad Vashem i otrzymała medal Sprawiedliwej”, który nie przysługuje Żydom. Niewykluczone, że jest więcej takich medali, zwłaszcza pośmiertnych.

Sendlerowa „podobnie jak wielu przedstawicieli przedwojennej lewicy uwierzyła, że Polska po 1945 roku stanie się krajem sprawiedliwym, i zgłosiła akces do budowy nowego kraju”. Pracowała na wysokich stanowiskach państwowych i partyjnych, budując „miejską opiekę społeczną w koszmarnie trudnych warunkach powojennej biedy”. Popierała reformy społeczne. W 1946 roku dostała Złoty Krzyż Zasługi „za ratowanie Żydów”, w 1955 Medal 10-lecia, w 1956 następny Złoty Krzyż Zasługi, w 1963 Krzyż Kawalerski Polonia Restituta. Nie była w PRL-u prześladowana, ani „brutalnie przesłuchiwana przez UB, gdyż donoszono na nią, że ukrywa ludzi AK” – jak pisano na portalu Muzeum Polin. Jej dwaj synowie zmarli – jeden jako noworodek, a drugi na chroniczną chorobę – ale nie „w ubeckim więzieniu”, jak podano w filmie wyprodukowanym przez Polin.

Do PPR-u wstąpiła w 1947 roku, nie „wbrew sobie stała się członkiem PZPR” i nieprawda, że „krótko potem wystąpiła z partii” ani że „spotkały ją za to szykany Urzędu Bezpieczeństwa” – jak napisano na stronie gimnazjum, którego jest patronką. W kwestionariuszu paszportowym z 1983 roku jest „członkinią Koła Terenowego PZPR numer 3 w Śródmieściu”. W niedobrych latach 1950-1956 była przewodniczącą Komisji Zdrowia stołecznej Rady Narodowej.

„Odwilż 1956 roku szła w parze z odmrożeniem [odtajaniem] antysemityzmu” – pisze Anna Bikont. Sendlerowa była wtedy nie „matką dzieci Holokaustu”, lecz „matką Żydów”. Jej córka pamięta, że „było wybijanie szyb”. Mieszkająca w Izraelu Teresa Körner napisała w zeznaniu dla Yad Vashem, że Sendlerowa ze względu na swoje dzieci i kłopoty z sąsiadami myślała w tym czasie o wyjeździe do Izraela i pytała, czy mogłaby się tam urządzić.

W Polsce gomułkowskiej „była dyrektorką departamentu w Ministerstwie Zdrowia”, a później przez kilkanaście lat na bocznicy jako wicedyrektorka „różnych techników dla pracowników medycznych”, ale to nieprawda, że „komunistyczna władza chciała za wszelką cenę wymazać wspomnienie o Sendlerowej i jej bohaterstwie” – jak głosi plansza ze wspomnianego wyżej filmu. Chciano tylko zamazać prawdę o męczeństwie Żydów, a i sama Sendlerowa – jak wskazuje Bikont – wolała przemilczać swoją działalność w Żegocie, która podlegała niepoprawnemu politycznie rządowi londyńskiemu.

„O swojej roli w Żegocie Sendlerowa napisała pierwszy raz w 1963 roku dla «Biuletynu Żydowskiego Instytutu Hisrorycznego»”, a w osobnym oświadczeniu dla ŻIH-u wyszczególniła dwadzieścia dziewięć osób, które z nią współpracowały, i piętnaście, które zginęły. W 1965 roku razem z Ireną Schultz odebrała medal Sprawiedliwej, ale „Sprawiedliwi pierwszy raz tak wyraziście zaistnieli” dopiero w późnych latach sześćdziesiątych, gdy ich poświęcenie i bohaterstwo stało się potrzebne ówczesnej antysemickiej propagandzie o „żydowskiej niewdzięczności”.

Dlaczego nie wystąpiła wówczas z partii? „Nasze dzieci, mimo zdanych b. dobrze egzaminów, nie dostały się na studia. Oficjalnie z braku miejsc, a naprawdę za to, że ich Mama była opiekunką Żydów” – pisała Sendlerowa do mieszkającego w Izraelu Natana Grossa. Według innych źródeł przytoczonych w książce, jej dzieci nie dość dobrze zdały egzaminy, ale jestem pewny, że „zabrakło by im punktów”, nawet gdyby zdały celująco, bo uważano je za żydowskie. Bała się, że „jak wyjdzie na jaw, że jej mąż był żydowskiego pochodzenia, wnuczka nie zostanie dopuszczona do matury” – wspomina jeszcze później jedna z jej ocalonych przyjaciółek.

To ze względu na dzieci myślała o wyjeździe do Izraela i w obawie o ich przyszłość nie wystąpiła z partii. Trzydzieści lat później potwierdziła w liście, że widząc wiele „draństwa wokół siebie”, czuła „ogromny lęk o [swoje] dzieci” i czuje go „do dziś”. Pewno dlatego nie zaoponowała w 1985 roku przeciw fałszywemu polskiemu filmowi o ratowaniu żydowskiego dziecka. Rozumiała i podzielała lęk tych, którzy przeżyli po aryjskiej stronie, i nie uważała, że trzeba bezwarunkowo ujawniać swoje pochodzenie. Może to się należy przodkom, „ale naszemu społeczeństwu?” – pytała retorycznie. „Czy naprawdę potrzebna jest taka prawda?”. Wybierała, jak wielu przez nią ocalonych, pragmatyzm i kompromis moralny.

Dlaczego „opisywała zdarzenia, które nie miały miejsca, albo tak wiele dodawała?” – pyta autorka. Nie wiem, ale moja matka, też niezwykle odważna i dzielna, wstawiała do naszych przeżyć niestworzone sytuacje, a nawet dialogi. Nawet w zeznaniu dla Żydowskiej Komisji Historycznej. Na przykład, że ja ukląkłem przed panią Taborową, prosząc: „Niech pani nas jedną noc przenocuje”, a pani Taborowa na to: „Dziecko, ja cię nie jedną noc przenocuję” i „nie chciała nas po miesiącu puścić” (patrz: mójPamiętnik 2”). Opowiadała, że umiałem wzruszyć nawet Niemców, gdy rzekomo przyszli ją aresztować (na szczęście nie jako Żydówkę). Że kłuto bagnetami siano, w którym była ukryta, i że miała płaszcz podziurawiony od kul. Jakby za mało było tego, co naprawdę przeżyła. „Może zostało jej to z czasów wojny, kiedy musiała cały czas wymyślać nieprawdziwe historie...” – odpowiada Anna Bikont. To samo można powiedzieć o mojej matce.

Sendlerowa czasem rozpaczała, że „wszystko [w jej] w życiu zawiodło” i że jej „ideały legły w gruzach”. Broniła się, że jej „droga obrana w latach młodzieńczych była słuszna”, przyznając, że „potem, po r. 1945, widoczna jest wielka wina niedostrzeżenia wśród pięknych haseł – ponurej, jakże mrocznej prawdy!”. Ja jako świadek tamtych lat i tamtej prawdy zaprzeczam jej samooskarżeniom, bo zawsze pracowała w dobrej wierze i nie dla siebie, lecz dla innych. Należała do tych, którzy dali się oszukać, bo chcieli wierzyć, a „wielka wina” leży nie po ich stronie, lecz tych, co oszukiwali i nigdy się nie przyznali do winy.

Nieszczęśliwe wydarzenia w Izraelu odczuwała jako ciąg dalszy wojny przeciwko Żydom i dawała temu wyraz w listach do swych polsko-izraelskich przyjaciół. W jednym z nich przypomina o żydowskich matkach, które musiały uczyć swoje dzieci, że nie są ich matkami, i będąc „u kresu swych sił psychicznych, w nadziei uratowania dziecka, utrwalały je w tym koszmarnym kłamstwie”. Dla niej było oczywiste, że wobec „narodu, który przeżył to piekło bez precedensu w historii, nie można stosować takich samych kryteriów jak wobec innych”. Protestowała przeciw politykom, którzy „stawiają znak równości pomiędzy Izraelczykami a Palestyńczykami” i ostrzegała, że ręka stawiająca ten znak „wyznacza nową zbrodnię”.

Także w wyzwolonej Polsce „historia Sendlerowej musiała być przekłamana, by można ją było wtłoczyć w pożądaną narrację prawicowo-narodową” – pisze autorka. „Chodziło przy tym nie tylko o umieszczenie Sendlerowej w panteonie aktualnych narodowych świętych. Celem było także przenicowanie doświadczenia Sprawiedliwych – ich dojmującej samotności, poczucia, że walczą nie tylko z niemieckim okupantem, ale także z polskim otoczeniem – na doświadczenie całego narodu, wystawiające dobrą notę Polakom en bloc”. Potrzebne to było zwłaszcza po publikacji „Sąsiadów” Grossa. „Po Jedwabnem potrzebny był bohater. Jestem narodowym alibi” – przyznała Sendlerowa.

Nie ma, a w każdym razie nie znaleziono, listy dzieci przez nią uratowanych. Zresztą nie była jedyną „siłą sprawczą stojącą za uratowaniem tych wszystkich dzieci”. W oświadczeniu do książki Teresy Prekerowej o Żegocie sama wyliczyła „dwadzieścia cztery osoby odpowiedzialne za konkretne działy pomocy”. Referat dziecięcy Żegoty otaczał stałą opieką finansową z początku sto, a w końcu około trzystu dzieci i „nieokreśloną liczbę wspierał doraźnie”. Przez Dom Boduena przeszło 122 żydowskich dzieci, ale nie wszystkie się uratowały. Autorka zwraca uwagę, że jeśli przechowywano je kolejno w prywatnych domach, w Domu Boduena i przyklasztornych sierocińcach, to figurują trzykrotnie w wykazach pomocy.

Liczby szacunkowe Sendlerowej są trudne do ustalenia, bo czasem mówiła o wszystkich dzieciach i dorosłych wspomaganych od września 1939 do 1945 roku. W końcu wspólnie z koleżankami ustaliły, że „liczba dzieci uratowanych z getta warszawskiego oscyluje koło dwóch i pół tysiąca”. Byłyby to więc – jak wskazuje Bikont – dzieci ocalone nie tylko przez Żegotę. Autorka dodaje, że dzieci wyprowadzone z getta „musiały mieć wiele szczęścia, aby nie stracić życia po aryjskiej stronie”, a więc należy mówić o dzieciach ratowanych, a nie uratowanych. „Ile żydowskich dzieci zginęło przez szmalcowników?”. Historyk i świadek Holokaustu Szymon Datner obliczył, że w Warszawie uratowało się około sześćset, a według przytoczonego w książce sprawozdania Centralnego Komitetu Żydów w Polsce na rok 1946, w całym okupowanym kraju ocalało nie więcej niż pięć tysięcy.

Autorka słusznie zauważa, że ta liczba jest zawyżona, gdyż ocalali przemieszczali się i rejestrowali się w kolejnych żydowskich instytucjach, szukając krewnych. Moja matka i ja byliśmy w 1945 roku zarejestrowani w Komitecie Żydowskim na Pradze, a miesiąc później w Łodzi. Ja byłem w 1946 roku zapisany kolejno w żydowskim domu dziecka w Helenówku, żydowskim sanatorium dziecięcym w Otwocku i prewentorium w Głuszycy. Gdy w marcu 1947 roku wróciłem do Helenówka, zostałem zapisany jako nowo przybyły. A występowałem w spisach jako Herszek Grinberg, Henryk Grinberg , Herszek Grynberg i Henryk Grynberg, czyli niekoniecznie to samo dziecko. „A poza tym jaki to byłby wstyd dla narodu polskiego, żeby jedna kobieta uratowała połowę wszystkich żydowskich dzieci, które przeżyły. To by znaczyło, że wystarczyłoby [...] sto Sendlerowych, by uratować ćwierć miliona” – spekuluje jedna z uratowanych.

Wielu, jeśli nie większość ocalonych, o których pisze w swojej książce Anna Bikont, nie umiało wrócić do żydowskiej tożsamości i rzeczywistości. „Ja nie potrafię być Żydówką” – przyznaje Elżbieta Ficowska, uratowana jako niemowlę przez szlachetną i zamożną Polkę, która nie potrzebowała pomocy z Żegoty. Ma także inne trudności z akceptacją rzeczywistości i wycofała swoje wypowiedzi do omawianej tu książki, twierdząc, „że rozbijanie mitów dzisiaj, gdy tak potrzebne są autorytety, jest ogromnie szkodliwe i że nie wolno zasmucać tysięcy dzieci ze szkół imienia Sendlerowej” ani „podważać liczby dwóch i pół tysiąca dzieci uratowanych przez Sendlerową”, a nawet pisać, że „należała do PZPR”. Nie do wiary, lecz podobnie historyk Władysław Bartoszewski przekonywał Teresę Torańską, że pisząc prawdziwą biografię, „ujmowałaby wielkości Sendlerowej, a to byłoby szkodliwe dla wizerunku Polski”. Michał Głowiński, który przez kilkadziesiąt lat po ocaleniu nie był Żydem, twierdzi, że gdy przygotowywał wydanie swoich wspomnień, Sendlerowa mu powiedziała: „Niech pan koniecznie napisze, że uratowałam dwa i pół tysiąca dzieci”, więc tak zrobił, uznając, że „Irenie Sendlerowej się nie odmawia”. I podważając wartość opisu Zagłady.

Zgadzam się z autorką książki, że Sendlerowa niesprawiedliwie – dodam, że nieodpowiedzialnie – potępiła Wierę Gran jako „zbrodniarkę, sprzedawczynię swoich rodaków”, ale nie z zarzutem, że choć „z natury lewicowa”, to w sprawie konfliktu palestyńskiego „przyjęła postawę prawicowego jastrzębia”, bo „w jej wypowiedziach o Izraelu nie ma śladu empatii dla Palestyńczyków”. Sendlerowa mogła być niedoinformowana w sprawie Wiery Gran, ale w stosunku do Izraela, gdzie schroniły się dziesiątki tysięcy ocalałych, włącznie z tymi, którym ona pomogła ocaleć, jej kompas moralny był nieomylny – w przeciwieństwie do lewicy, który pomyliła się w 1945, zdradziła Żydów w 1968, a dziś w swoim „antysyjonizmie” konkuruje z prawicą.

„Każde uratowane przy moim udziale żydowskie dziecko jest usprawiedliwieniem mojego istnienia na tej ziemi...” – powiedziała, przyjmując Order Orła Białego. A pomogła uratować więcej niż jakakolwiek inna pojedyncza osoba i żaden mit nie jest jej potrzebny, wystarczy prawda. „Była pani małą wysepką dobroci na wielkim morzu nienawiści” – powiedział do niej uczeń z Zielonej Góry. Na szczęście nie była jedyną.

Pomyłki i usterki

Tytuł „Sendlerowa w ukryciu” jest niezrozumiały i mylący. Tytuł wiersza Broniewskiego brzmi „Elegia na śmierć Ludwika Waryńskiego”, a nie „Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego” (s. 86). Delegatura Rządu nie „przyznała Żegocie dwustu pięćdziesięciu milionów złotych” (s. 149), lecz 250 tysięcy, jak zresztą podano w odnośniku na tej samej stronicy. Jest Wojsko Polskie i była Armia Radziecka, ale nigdy nie było „Wojsk Polskich i Radzieckich” z wielkiej litery (s. 276). Kobieta, która orzekała w sprawie sądowej o wydanie żydowskim dzieciom prawdziwych metryk, była sędzią, a nie „sędziną” (s. 277). Akcja „O” to nie było „współzawodnictwo pracy” (s. 295), lecz akcja oszczędności (pieniędzy i materiałów). Stalin był wodzem Związku Radzieckiego, mas pracujących i całej „postępowej ludzkości”, a nie „wodzem rewolucji” (s. 300) – ten tytuł był zarezerwowany dla Lenina. Żydowski baldachim ślubny nazywa się „chupa”, a „huppa” (s. 321) jest transliteracją angielską (poprawna pisownia jest potwierdzona przez „Polski Słownik Judaistyczny” oraz „Słownik Polsko-Jidysz i Jidysz-Polski”). Był Centralny Komitet Żydów w Polsce (jak na s. 280 i 410), a nie Centralny Komitet Żydów Polskich (jak na s. 287, 317 i 399‚ chociażby dlatego, że nie wszyscy Żydzi w Polsce byli Żydami polskimi i nie wszyscy polscy Żydzi znajdowali się w Polsce. Jeszcze większym nieporozumieniem jest Żydowska Komisja Żydów Polskich na s. 398. Arbitralna, niczym nie poparta i zbędna jest ocena jednej z książek jako „literatura najwyższej próby” (s. 403).