Opowieść o dwóch żydowskich miastach
NAC, „Ilustrowany Kurier Codzienny”

18 minut czytania

/ Literatura

Opowieść o dwóch żydowskich miastach

Henryk Grynberg

Antysemityzm literacki u Żeromskiego i Uniłowskiego był przypuszczalnie nieświadomy. Był w modzie i udzielał się. Nawet rycerzom postępu i sprawiedliwości. Trudno było się oprzeć

Jeszcze 5 minut czytania

Studium Aliny Molisak „Żydowska Warszawa – żydowski Berlin. Literacki portret miasta w pierwszej połowie XX wieku” ukazuje podobieństwo żydowskich dzielnic obu metropolii. Brało się ono z tego, że w berlińskiej Scheunenviertel mieszkali przeważnie imigranci i uchodźcy z ziem historycznie polskich włącznie z Litwą, Galicją i zachodnią Ukrainą, często z wizami tranzytowymi, czekając na możliwość dalszej ucieczki przez Hamburg i Amsterdam do Ameryki. Nawet „ich dzieciom, urodzonym już w Niemczech, nie przysługiwało prawo obywatelstwa” – przypomina autorka. Ta sytuacja ułatwiła ich deportację w 1938 roku do Polski lub na graniczną ziemię niczyją.

Egzotyka określana w książce jako „wschodnioeuropejska”, ale głównie polska, oznaczała obcość nawet w Warszawie. Dlatego Wanda Melcer zatytułowała swój zbiór reportaży o żydowskiej dzielnicy północnej „Czarny ląd”. Autorka z postępowego kręgu „Wiadomości Literackich” widziała tam „ciemną masę ortodoksów”, „ciemnotę, obłudę i wstecznictwo” oraz „dzikie obyczaje obrzezania, mykwy, rytualnego uboju...” (wszystkie cytaty za książką Molisak, jeśli nie zaznaczono inaczej). Podobnie, jeśli nie gorzej, patrzyli na żydowską Warszawę luminarze literatury: „roiło się tam mrowisko żydowskie”, które „pędzi tam żywot na szwargotaniu i próżniactwie”. Krochmalna była „rynsztokiem w kształcie ulicy”; dzieci „same brudne nad wyraz”; „w  głębi izby siedział zazwyczaj jakiś ojciec rodziny, zielonkawy melancholik, który od świtu do nocy [...] trawi czas na marzeniach o szwindlach”. Nawet zeświecczeni Żydzi psuli widok: „Ku wieczorowi [do Saskiego Ogrodu] nadciągać zaczęły istne hordy Żydów...”, którzy „fason modnych ubrań doprowadzili do stanu wulgarności, przesady i absurdu”. To Żeromski w „Ludziach bezdomnych”. U Uniłowskiego był to „ropień wielkomiejski”, w którym „mikroby posępnego getta [...] tłoczą się, targują, kłócą”, a modlący się stary Żyd „zawodzi lepkim, jakby bełkotliwym głosem” („Moja Warszawa”). Nie empatia, lecz odraza i wzgarda, nie humanizm, lecz dehumanizacja. Oraz skrajna ksenofobia, jak u socjalistki Marii Dąbrowskiej: „Miasta nasze (częściowo dlatego, że nie były nasze) wychowały poza garścią wartościowych robotników – tylko śmierdzące męty” („Paryże innej Europy”).

Że to nieprawda, wskazała Maria Kuncewiczowa: „We wnęce jednego z podwórzy niskie, szerokie okno bez firanki. Ubogi stół z rybą po środku, rodzina, małe dzieci i świece. [...] maleńkie szabasowe świeczki”. Dla Kuncewiczowej ten obrazek znaczył, że i „na Nalewkach są kwiaty” („Dyliżans warszawski”). Do sprawiedliwych należała także Pola Gojawiczyńska, która w wielokrotnie cytowanych w tym studium „Dziewczętach z Nowolipek” przedstawiała żydowską ezgzystencję i polsko-żydowską koegzystencję bez wartościowania i uprzedzeń. Oraz dobroduszny, wyrozumiały Wiech (Stefan Wiechecki), w którego felietonach mieszkańcy wszystkich dzielnic byli ludźmi o zabawnych nawykach bez względu na różnice etniczne. Molisak dodaje, że jego „krótkie objaśnienia narratorskie, dotyczące np. świąt i obyczajów żydowskich” świadczyły „o pewnej znajomości kultury nowoczesnego judaizmu”, a ja bym dodał, że – co najważniejsze – o dobrej woli. Po stronie rzeczywistości zostało również świadectwo zagranicznego obserwatora, Alfreda Döblina, który w swojej „Podróży po Polsce” (1925) dostrzegł w żydowskiej Warszawie mężczyzn „w czystych chałatach z żonami w modnych strojach, uszminkowanymi z polską pikanterią...” i dziewczęta, które „śmieją się, rozmawiają w jidysz, noszą się z polska aż po cienkie pończochy”, okazywał wrażliwość na ekstatyczne modły chasydów oraz respekt dla starej tradycji i siły żydowskiego ducha.

Alina Molisak, „Żydowska Warszawa – żydowski Berlin. Literacki portret miasta w pierwszej połowie XX wieku”. Wydawnictwo IBL PAN, 365 stron, w księgarniach od listopada 2016Alina Molisak, „Żydowska Warszawa – żydowski Berlin. Literacki portret miasta w pierwszej połowie XX wieku”. Wydawnictwo IBL PAN, 365 stron, w księgarniach od listopada 2016Na warszawskim „czarnym lądzie” kwitła w tym czasie poezja Pereca. Na Krochmalnej, „rynsztoku w kształcie ulicy”, dojrzewały talenty Izraela Joszuy i Izaaka (Baszewisa) Singerów i stał tam najlepszy, najbardziej kulturalny i postępowy sierociniec Janusza Korczaka. „Mikroby”, które „tłoczą się, targują, kłócą”, wypełniały widownię teatru Estery Rachel i Idy Kamińskich. „Czy to ma jakiś sens, aby  żyjąc obok siebie, tak mało wiedzieć o sobie, tak zupełnie się nie znać? Grywa się u nas sztuki z całego świata, często błahe i liche, a nie czynimy nic, ale absolutnie nic, dla poznania duszy narodu, z którym jest nam przeznaczone współżyć”. To Boy-Żeleński po obejrzeniu sztuki Pereca w teatrze Idy Kamińskiej (cytat za: Adolf Rudnicki, „Teatr zawsze grany”).

W „ciemnej masie ortodoksów” – w przeciwieństwie do „jaśniejszych” mas miasta – prawie nie było analfabetów i czytano tam literaturę żydowską, polsko-żydowską i polską. „Na Nowolipiu i wszystkich sąsiednich ulicach mieszkali sami Żydzi i słyszało się tylko żydowski. W szkole uczono nas po polsku, ale chodziły do niej tylko żydowskie dzieci i wszyscy nauczyciele byli Żydzi. Ja bardzo długo myślałam, że w ogóle wszyscy ludzie to Żydzi. U nas w domu mówiło się po żydowsku, rosyjsku i niemiecku, ale ja po polsku. Moja wychowawczyni, pani Maria Zagraniczna, była doskonałą polonistką i nauczyła mnie zamiłowania do książek. Mama skarżyła jej się, że ja ciągle czytam”. Tak opowiada Lea „Lodka” Grosman, bohaterka mojego autentycznego opowiadania „Niebieskooka Maria”. Czytano także w warszawskim getcie, bo „książek w getcie nie brakowało. Ja brałam z dwóch wypożyczalni – najlepsza była na Lesznie, róg Żelaznej – i po dwie dziennie czytałam”. Asymetria polegała na tym, że „o ile żydowscy mieszkańcy Warszawy (i Polski) poznają polską kulturę, mają szanse zapoznać się z tekstami literackimi, nawet nie znając dobrze języka (na jidysz tłumaczono właściwie większość dorobku polskich autorów), o tyle słabe były możliwości odbioru tekstów Żydów przez Polaków (o wiele mniej tłumaczeń było z jidysz czy hebrajskiego na polski); również zainteresowanie kulturą żydowską ze strony polskiej można ocenić jako dość nikłe” – podkreśla badaczka. Analogicznie jednostronny był wkład Żydów do polskiej literatury i kultury, który się często podkreśla, przy niemal zupełnym braku wzajemności, o którym się milczy.

Żydowska Warszawa niewątpliwie miała swoje naprawdę ciemne strony. W Teatrze  Żydowskim, gdzie pracowałem w latach 1959-1967, opowiadano o starym aktorze z prowincji, którego zatrzymała na ulicy żydowska prostytutka: – Wus wilsty (Czego chcesz?) – zdziwił się. – Jach bin a kurwo (Ja jestem kurwą) – wyjaśniła mu typowo warszawskim dialektem. – Gaj, gaj, bist a jidysz kind (Idź, idź, jesteś żydowskie dziecko) – odpędził ją prowincjonalny  Żyd. Molisak pisze, że najwięcej ulicznych prostytutek spotykało się na Krochmalnej, ale „centrum prostytucji dzielnicy północnej mieściło się w rejonie Muranowa, na ulicach Stawki, Niska, Dzika, Pawia”. Pewno także na pobliskiej Miłej, którą wprowadził do literatury Broniewski („ulicą Miłą nie chodź moja miła”), a rozsławił bestseller Leona Urisa „Mila 18”, bo tam padła i jest pogrzebana najdzielniejsza młodzież getta.

W mieszanych etnicznie, przytulnych uliczkach Starego Miasta, jak Zapiecek, Piekarska, Rycerska, Kapitulna, Bugaj i Dunaj „burdele działały w każdym prawie domu”. Jeszcze ciemniejszą plamą był „handel żywym towarem”. Molisak przywołuje z jidyszowskiej literatury postać „człowieka z Buenos Aires”, zamożnie ubranego przybysza, który przyrzekał biednym dziewczynom małżeństwo i w razie potrzeby pośpiesznie brał z nimi ślub, żeby je wywieźć i sprzedać. Głównym portem docelowym było Buenos Aires, gdzie prawo nie ścigało prostytucji ani tego rodzaju handlu. Na przełomie XIX i XX wieku w Buenos Aires było cztery tysiące zarejestrowanych żydowskich prostytutek „głównie ze wschodnioeuropejskiej diaspory”. Autorka przytacza artykuł polskiego ministra zdrowia z 1935 roku o tym, że w Buenos Aires działa „potężna organizacja żywym towarem [...] złożona przeważnie z Żydów polskich, która nosiła do niedawna nazwę «Varsovia»” i że rząd polski interweniował przeciwko tej nazwie.

Aby nie zanadto cieszyć antysemitów, dodajmy, że – jak pisze Molisak – „przestępczość wśród Żydów w Polsce międzywojennej była mniejsza niż wśród ludności chrześcijańskiej”. Morderstwa, gwałty, rabunki to nie był żydowski genre. W fałszowaniu weksli i wszelkiego rodzaju oszustwach gospodarczych wskaźniki były zbliżone, istniały „mieszane bandy złodziejskie lub przemytnicze” i etnicznie polscy złodzieje „korzystali z usług żydowskich paserów”. Stąd wziął się szlager o melinie „u grubego Joska na ulicy Gnojnej”, gdzie zbierał się „ferajny kwiat” z tekstem nafaszerowanym jidyszyzmami, jak „ferajna”, „mojra” („kto znał Antka, ten miał mojrę”) czy rymująca się z nią „din-tojra”. Polscy koledzy po fachu cenili żydowskich włamywaczy i kasiarzy, których było sporo, i „nierzadko współpracowali z nimi przy większych akcjach...” (Marian Fuks, „Żydzi w Warszawie”). Nie ma powodu nie wierzyć międzywojennej literaturze, że przestępstwa w żydowskiej dzielnicy Berlina były – tak jak jej mieszkańcy – przeważnie „wschodniego” pochodzenia. Zwłaszcza przemyt. Ostjuden „potrafili każdy towar bez kłopotów przemycić przez granicę”  – pisał Adolf Sommerfeld w „Das Ghetto von Berlin”. Ja bym tu dodał, że w żydowskiej diasporze przemyt nie był uważany za występek, ale konieczność życiową. Tak jak później w Polsce Ludowej, gdzie uprawiano go powszechnie i niezależnie od różnic etnicznych czy klasowych.

Oprócz brodatych chałaciarzy w Warszawie i w Berlinie mieszkało wielu zakompleksionych asymilantów, którzy unikali swoich „egzotycznych” współbraci i twierdzili, że „to przez nich antysemityzm”, ale w Niemczech – jak przypomina autorka – pojawił się pod koniec XIX wieku fenomen „fascynacji wschodnioeuropejskim judaizmem” i „duchowością chasydyzmu, postrzeganego przez niektórych niemieckich Żydów jako szansa powrotu do źródeł”. Powrotu albo ucieczki z powrotem, gdy asymilacja okazała się nieskuteczna przeciw wzmagającemu się antysemityzmowi. Tak rozumiem neomistycyzm Martina Bubera i Gerschoma Szolema. Wrażliwość religijna Döblina, choć niewątpliwie pod wpływem tegoż prądu, była raczej ekumeniczna, bo już w „Podróży po Polsce” wykazywał skłonność do „Ukrzyżowanego”, a kilkanaście lat później przyjął chrzest – całkiem szczerze w odróżnieniu od licznych wówczas dezerterów.

Duch czasu przyciągał do „źródeł” niemieckich Żydów, którzy znaleźli się na ziemiach polskich podczas I wojny światowej. Ida Kamińska wspomina, że afisze drukowano w jidysz i po niemiecku, „ponieważ Niemcy [...] często bywali w żydowskich teatrach”. Słyszała nawet w tramwaju ich komentarze o roli, którą grała, i zdarzało się, że rozpoznając ją na ulicy, „niemieccy żołnierze salutowali”. „Tak, tacy byli Niemcy z czasów piewszej wojny światowej!”– konkluduje artystka („Moje życie, mój teatr”), lecz jest bardzo prawdopodobnie, że ci Niemcy to byli Żydzi. W Polsce, a zwłaszcza w Warszawie, owa fascynacja i chęć powrotu pojawiła się ze stuletnim opóźnieniem, bo dopiero pod koniec XX wieku, gdy prawie nic tam nie zostało po judaizmie, chasydyzmie i w ogóle Żydach.

Początek końca żydowskiego Berlina zasygnalizowali dwaj warszawscy wysłannicy: Bernard Singer z „Naszego Przeglądu” i Antoni Sobański z „Wiadomości Literackich”. Singer od razu skojarzył system hitlerowski z sowieckim: pochód pierwszomajowy, przemówienia z trybuny, owacje tłumów, portrety wodzów, sztandary. „Gdziekolwiek obywatel spojrzy, ma natychmiast jakiś dowód istnienia i panowania reżimu”. Podobnie Sobański zauważył, że „rewolucja hitlerowska spowodowała tyle zjazdów, obchodów, demonstracji itp.” i że „jest też ciągle mowa o sabotażu i kontrrewolucji”. „Antysemityzm jeszcze do mas nie przesiąkł. Ale czynniki u władzy agitują, jak mogą. Żadne kłamstwo ani oszczerstwo nie jest dla nich zbyt niskie” – pisał Sobański w 1933 roku, a w następnej podróży do Berlina, w 1936 roku, zwrócił uwagę na podobieństwo „tamtejszego dyskursu politycznego do dyskursu obecnego w Polsce” i do antysemickiej demagogii w prasie już nie tylko endeckiej, lecz i sanacyjnej. Dodajmy, że slogan „Żydzi są nieszczęściem, klęską Polski”, który Molisak określa jako „fundament antysemickiego mitu założycielskiego”, był wierną kopią histerii Hitlera: „Juden sind unser Umglűck!”. To była zaraza.

Czystka etniczna w Niemczech miała nieoczekiwane skutki. „Przeszło dwadzieścia teatrów stoi bezczynnie. W innych, do których zachodziłem na kilka minut [...] szmira nieprawdopodobna. W ciągu paru miesięcy osiągnięto poziom niskoprowincjonalny. [...] Sprawa filmu nie przedstawia się lepiej” – pisał Sobański. Singer stwierdził, że zniemczeni Żydzi, którzy przedtem „boczyli się na Żydów wschodnich, wspomagając ich, lecz życząc im w duszy jak najszybszej emigracji z tego kraju”, teraz uświadomili sobie wspólnotę losu „z lekceważonymi dotychczas Ostjuden, a nie z niemieckim społeczeństwem”. Podobna była „konsekwencja odrzucenia” – termin autorki studium – w Polsce. Nie tylko wtedy, lecz i 30 lat później podczas czystki moczarowskiej. „Odbywa się dobrowolny powrót do getta” oraz przyśpieszona emigracja młodzieży do Palestyny – pisał Singer, ale Sobański twierdził, że „ogromna większość Żydów niemieckich tylko czeka z upragnieniem na chwilę, kiedy im znowu wolno będzie stać się stuprocentowo lojalnymi Niemcami”. Takie przekonanie o niemieckich Żydach miała zawsze większość polskich Żydów.

Molisak traktuje Scheunenviertel jako „rodzaj terytorium tranzytowego” między Wschodem a Zachodem w sensie nie tylko przestrzennym, lecz i czasowym (przed dalszą emigracją), ale w Berlinie wytworzyła się tymczasem pośrednia kategoria Żydów, którzy zdążyli zaawansować do lepszej strefy. Paul, który się urodził w Berlinie w 1929 roku, mieszkał ze swoimi rodzicami i młodszą siostrą na Unter den Linden, lecz jesienią 1938 roku wygnano ich jak tamtych z Scheunenviertel. „Wyciągnęli mnie w nocy z łóżka i jechaliśmy w nocy pociągiem” – wspominał w pamiętniku. Większość zatrzymano na pogranicznej ziemi niczyjej, bo Polska też ich nie chciała, Paula rodzinę wpuszczono, bo jego ojciec miał w Polsce bliskich krewnych, którzy ich przygarnęli. Ojciec mówił po polsku, matka po niemiecku, babka w jidysz. Paul zdążył się nauczyć pisać po polsku i zostawił po sobie pamiętnik datowany od marca 1940 do sierpnia 1942 roku.

Zostały również wspomnienia Erwina Leisera „The Scheunenviertel in Berlin: Remembering Vanished People and Streets” (Scheunenviertel w Berlinie. Pamięć o ludziach i ulicach, których już nie ma). Ostatnim duszpasterzem tego ludu był Abraham Mordechai Grynberg, znany jako Bizojner raw – pisownia nazwiska, jak i przydomka jest zdecydowanie polska. Jego bóżnicza izba padła pod ciężkimi butami / lecz Bizojnera Bóg schronił / więc tylko jego szatę cielesną / (jeszcze ciepłą) znaleźli w mieszkaniu i Scheuenenviertel jeszcze zdążyło odprowadzić go na drugi świat. Shimon Attie wykonał do tego slajdy ze starych fotografii i rzutując je na te same miejsca, gdzie je zrobiono, przywoływał milczenie po bóżnicznej izbie / na Grenadier- (teraz Almstadtstrasse) / skąd Bizojner raw „odprawiał modły do nieba, świece w oknach, wózek po dziecku / za szklaną ścianą Rucherstrasse 4konkurencyjne jatki na Mulackstrasse 32 i 37, spółkę Gebrűder Kat znów dobrym punkcie Kleine August i Linienstrasse, sklep z gołębiami Tauben Handlung 1933. To była dzielnica, gdzie Mehring ujrzał kupca berlińskiego / Döblin swój Berlin-Alexanderplatz /  a Joseph Roth najsmutniejszą ulicę / gdzie najweselsze melodie płaczą, ale Felice Bauer pisała do Kafki / że więcej tu nektaru niż w kwiatach Marienbadu. Kursywą oznaczone są cytaty z mojego wiersza „Pamięć”, napisanego po przeczytaniu wspomnień Erwina Leisera i obejrzeniu albumu Shimona Attiego pod tytułem „The Writing on the Wall: Projections in Berlin’s Jewish Quarter” („Pismo na ścianie. Projekcje w żydowskiej dzielnicy Berlina”). Po przeczytaniu książki Aliny Molisak muszę poprawić jeden wers: [tutaj] Martin Buber i Gerschom Scholem rozdawali ubogim wiarę na Martin Buber i Gerschom Scholem czerpali tu wiarę.

Niezbędne jest również wyjaśnienie. Antysemityzm literacki u Żeromskiego i Uniłowskiego był przypuszczalnie nieświadomy. Był w modzie i udzielał się. Nawet rycerzom postępu i sprawiedliwości. Nawet tak dzielnym, jak Theodore Dreiser, Sinclair Lewis i antyfaszysta Hemingway (wczesna powieść „Słońce też wschodzi”). Trudno było się oprzeć. O losie żydowskiej Warszawy, żydowskiego Berlina i tysięcy innych żydowskich miast i miasteczek przesądziła powszechna kultura, która z pokolenia na pokolenie przykładała rękę do mitu i dehumanizacji, ułatwiającej zbrodnię.