Urwane tropy
hana jang / CC BY-NC-ND 2.0

10 minut czytania

/ Literatura

Urwane tropy

Krzysztof Sztafa

Fabularną osią pokrętnej organizacji formalnej „Tłuczek” Katarzyny Wiśniewskiej są tołstojowskie „dzieje pewnej rodziny”. Nie tyle dysfunkcyjnej, co totalitarnej, zawłaszczającej wszystkie aspekty życia

Jeszcze 3 minuty czytania

W debiucie Katarzyny Wiśniewskiej wszystko się ze sobą w dziwny sposób styka, ale nic się do końca na siebie nie składa. Filozofka i była dziennikarka „Gazety Wyborczej” napisała powieść paradoksalną: meandrującą w różnych kierunkach, ale jednocześnie nieprawdopodobnie duszną i parną. W „Tłuczkach” narracja nie układa się wzdłuż prostej, progresywnej linii; raczej zapętla się albo zatacza schizofreniczne koła, niż dąży do jakiegoś wypracowanego, krytycznego punktu. Na przestrzeni jednego rozdziału sceny z najntisowych, obsadzonych boazerią schronisk beskidzkich przed „euro-remontem” – przy okazji wbijające szpilę w fetyszystyczny sentymentalizm, który od jakiegoś czasu zagnieździł się w pewnym wariancie młodej polskiej prozy – przeplatają się z fragmentami z turbokapitalistycznych, przeszklonych korpomordowni w specjalnych strefach ekonomicznych.

Fabularną osią tej pokrętnej – złośliwi mogliby powiedzieć, że zwyczajnie chaotycznej – organizacji formalnej są tołstojowskie „dzieje pewnej rodziny”. Nie tyle dysfunkcyjnej, co raczej radykalnie patologicznej, totalitarnej, zawłaszczającej wszystkie aspekty życia. Takiej, która pożera zdolności poznawcze, steruje afektami, wyjaławia język i podważa samą możliwość mówienia. To jest właśnie punkt zero: strategie narracyjne są w „Tłuczkach” całościowo podporządkowane ciężarowi opowiadanej historii.

We wszystkich konstrukcyjnych zawijasach i przemieszczeniach autorka osacza czytelnika dokładnie w taki sposób, w jaki osaczają się nawzajem jej bohaterowie. Czyli bezwzględnie i brutalnie. „Tłuczki” nie chcą nikogo uwodzić, nie puszczają do nikogo filuternego oczka: składają się z programowych, nieekumenicznych zgrzytów konstrukcyjnych, przemilczeń, zaniechań, zupełnie jakby autorka chciała nam zasugerować, że w warunkach toksycznego miniświata, który przedstawia, niemożliwe jest dojście do żadnej syntezy. Ciekawsze wydają się ślady, pourywane tropy, które można podjąć i jakoś interpretacyjnie ustawić.

Opowieść o przemocowym, patriarchalnym horrorze przypomina relację ofiary – jest niespójna, pourywana: symptomatyczna. W dziejach rodziny Kazaliczów, zamieszkującej wrocławski trzonolinowiec, nie istnieje żadna „słodka” przeszłość, do której można by się odwołać. Historie członków rodziny poznajemy stopniowo – na zasadzie narracyjnych repetycji i odwołań – jednak od samego początku oczywiste jest, że dramat nigdy nie miał żadnych wyraźnych czasowych ram; po prostu trwał od zawsze, stając się perwersyjną zasadą, nieustającym punktem wyjścia.

Apodyktyczny sadysta Wincenty – głowa rodziny i spiritus movens powieści, kojarzący się z najgorszym sortem nieomylnego, patriarchalnego „swojaka” – terroryzuje pozostałych członków rodziny: żonę Teresę, córkę Marię i wnuczkę Łucję. Wiśniewska umiejętnie problematyzuje stopnie zależności między bohaterami, zwracając uwagę na kulturowo ukształtowaną specyfikę genderowej władzy, w której „męska” dominacja idzie w parze z „kobiecą” cnotą podporządkowania i uległości. Autorka wykracza poza formułę gorzkiej powieści obyczajowej – głos narratora jest tylko pozornie zdystansowany, nierzadko załamuje się pod własnym ciężarem, kluczy, wyłamuje z okowów linearnej opowieści.

Katarzyna Wiśniewska, „Tłuczki”. Nisza, 240 stron, w księgarniach od maja 2018Katarzyna Wiśniewska, „Tłuczki”. Nisza, 240 stron, w księgarniach od maja 2018 Pisarka nie zbija ciężaru „Tłuczków” za pomocą żadnych akuratnych wybiegów; gęsta atmosfera zamkniętego dramatu nie jest w powieści rozrzedzana ani łagodzona ironią bądź jakimś innym, asekuracyjnym przekąsem. Nie chodzi o złożenie zwyczajowego raportu z rozpadu relacji na poziomie podstawowej, „uświęconej” komórki społecznej, ale o coś znacznie głębszego – o ukazanie niezbywalności przemocowego paraliżu, rozwijającego się w patriarchalnym modelu współczesnej rodziny.

Prawda zawsze jest po stronie oprawców. To oni nazywają i „znaczą” – kiedy schorowany Wincenty, zapaleniec górskich wycieczek, ze zmęczenia prawie schodzi na zawał, Łucja wciąż musi utwierdzać go w jego krzepie i wytrzymałości: „Jak zwykle nie można za tobą nadążyć, dziadku”. Kiedy Rycerz, ojczym Łucji i wyrzucony z seminarium za „dupczenie chłopców” były duchowny, na zagranicznej wycieczce któryś raz z kolei podejmuje ze swoją podopieczną traumatyzującą, erotyczną grę, nastolatka nie jest w stanie rozpoznać przemocowego charakteru tych działań. Podobne mechanizmy działają na każdym poziomie i dotyczą wszystkich bohaterek Wiśniewskiej: Teresy, która przed terrorem swojego męża ucieka w katolicką bigoterię, oraz Marii, która chowa się w roli zgorzkniałej kury domowej. Wszystkie one żyją wyłącznie „wobec”, w bezwzględnym świecie „swoich meszczyzn”.

Otchłań, w jaką daje nam wgląd Wiśniewska, przelewa się na związki pomiędzy samymi bohaterkami. Relacja Marii i Łucji ufundowana jest na wzajemnej niechęci i braku elementarnego zaufania. Przez to jest głęboko ambiwalentna i pełna niekoniecznie subtelnych zawiłości: „Maria czuła, że Łucja nie rokuje. Było to dziecko dziwne, wyrodne, jakby nie jej, choć własne. Wewnętrznie pokraczne”. Znaczące jest to poczucie nieprzynależności, które odczuwa matka, obserwując zabawy swojej córki. Z biegiem lat poczucie to pogłębia się i wyznacza dynamikę ich relacji. Nie ma w niej miejsca ani na pokoleniowy transfer wartości, ani na nastoletni bunt wobec rodzicielskiego autorytetu, ani nawet na solidarność w obliczu męskich oprawców. Jest wręcz przeciwnie, matka z córką raczej konkurują ze sobą o uwagę dziadka-ojca Wincentego i męża-ojczyma Rycerza: to właśnie w tej rozgrywce artykułują i negocjują własną tożsamość, a nierzadko wręcz zamieniają się rolami. Podczas „rodzinnej narady” nad wakacyjnym wyjazdem, który proponuje im Rycerz, pomiędzy matką i córką dochodzi do osobliwej wymiany zdań:

– Nie chodzi mi o chatę, tylko o to, jak z facetem postępujesz – odpowiedziała Łucja.
– Facetem? Co to za język? To dla ciebie ojciec jest, a nie facet.
– Ojczym. Kobieta powinna czasem ze swoim facetem wyjechać. Rób tak dalej, a cię rzuci. Znajdzie sobie inną, bardziej ruchawą, taką, co będzie chciała wyjeżdżać, bawić się, żyć jak człowiek.
– Idź do pokoju, lekcje odrób! – Marii zrobiło się wstyd w połowie słowa „lekcje”.

Łucja identyfikuje się ze sobą w stopniu zaledwie szczątkowym: jest albo znienawidzoną córką swojej matki i jednocześnie jej rywalką, albo ofiarą seksualną swojego ojczyma, uzależnioną od jego dominacji. Wszystkie zewnętrzne relacje, które w długim międzyczasie usiłuje nawiązać ze światem, kończą się dla niej fatalnie – odrzuceniem albo wstrętem do siebie. W jej życiu pojawiają się co prawda inni „meszczyźni” – chociażby poznany na infolinii telefonii komórkowej Dariusz, nazwany Porządnym Chłopcem – jednak Łucja po prostu nie jest w stanie zbudować żadnego stabilnego związku:

Dostała gęsiej skórki. Nie chciała rozmowy, ale ruchania, nie analizowania, lecz lizania.
– Łucjo, kocham cię. Chciałbym być ciągle w tobie i z tobą (…). Jesteś najładniejszą i najczulszą partnerką, jaką mogłem wyśnić.
– Partnerką? – Łucja powtórzyła powoli.
– Właśnie tak, Łucjo. Uważam, że tworzymy idealny związek dwóch równorzędnych istot, które mogą nie tylko chodzić razem do łóżka, ale wszystko robić razem, wszystkim się dzielić, po równo, po partnersku.
– Dzielić… wydzielić. Wydzielina – powiedziała pod nosem Łucja.
Porządny Chłopiec nie dosłyszał.

Domknięte, bezpieczne relacje postrzega ona jako martwe konstrukty. Straumatyzowana Łucja może celebrować wyłącznie własne rozproszenie, jej stosunek do świata jest w całości zapośredniczony przez wybrakowanie. Innymi słowy, w samodzielnym życiu reprodukuje patologiczne mechanizmy z domu rodzinnego:

Łucja parsknęła śmiechem. Czy on naprawdę uważa, że kobietę i mężczyznę powinno łączyć partnerstwo? Partnerstwo to może być wschodnie albo biznesowe, ale na pewno nie miłosne. Partnerstwo to stabilność, a stabilność przydaje się w przedsiębiorstwie drobiarskim, lecz nie miłosnym. Więc ze swoim myciem garnków, wspólnymi obowiązkami, przyjemnościami i całą swoją zasraną wspólnotą niech się od niej trzyma z daleka.

Wiśniewska odmawia swoim bohaterom prawa do choćby najmniejszej ucieczki – wszystko, co zewnętrzne wobec przemocowego porządku rodzinnego, wydaje się nieosiągalne. Rodzina, podobnie zresztą jak religia, jest tutaj instytucją totalitarną, nagą ideologią władzy. Nawet zbudowana na fetyszyzacji grzechu i winy Wspólnota Neokatechumenalna Dobrego Łotra, do której Łucja przez chwilę aspiruje, nie jest w stanie odpowiedzieć na jej potrzeby. Wypracowanie nowych jakości jest zwyczajnie niemożliwe.

Tylko naprawdę radykalna interwencja mogłaby – w trybie warunkowym – przełamać impas, jednak w „Tłuczkach” nie ma miejsca na finalne spełnienie. Nie celebruje się też żadnej formy prawdy, która nagle, w jakimś oczyszczającym błysku, miałaby przelać się na postaci, by cudownie je uzdrowić i wyrwać z egzystencjalnego paraliżu. Debiut Wiśniewskiej zręcznie – bo już na poziomie samej konstrukcji formalnej – unika pułapki „dookreślenia, nazwania, przyszpilenia i dosłownego wyjaśnienia sensu”, o jakiej niedawno wspominała Katarzyna Trzeciak na marginesie bliskiej tematycznie „Tłuczkom” powieści Natalii Fiedorczuk „Ulga”. Mimo że ramy historii Wiśniewskiej zarysowane są grubą kreską, autorka zostawia o wiele więcej przestrzeni interpretacyjnej, nie infantylizuje swoich postaci, nie sprawia, że jawią się jako przejrzyste kalki z przewidywalnym zestawem atrybutów albo poznawczych dyspozycji. Podejmując perspektywę pokrzywdzonych, „Tłuczki” akuratnie wpisują się w ostatnie ważne dyskusje o nadużyciach wobec kobiet ze strony przemocowych typów. Solidny i potrzebny debiut.

Tekst powstał we współpracy z Krakowskim Biurem Festiwalowym, organizatorem Nagrody Conrada za debiut literacki, przyznawanej w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Nagroda Conrada