Ostatnie takie wakacje

Tomasz Pstrągowski

Kobieca solidarność nie jest w powieści graficznej kuzynek Tamaki czymś oczywistym. To raczej wartość, o którą trzeba walczyć, przełamując kolejne męskie narracje

Ostatnie takie wakacje

Jeszcze 2 minuty czytania

Ostatnie takie wakacje

„Słuchaj mała. Nie martw się tymi sprawami, ok? To tylko dorosłe pierdoły, które nic nie znaczą” – słyszy od swojego ojca Rose, główna bohaterka powieści graficznej „Pewnego lata” autorstwa Mariko Tamaki (scenariusz) i Jilian Tamaki (rysunki). Ale rada udzielana przez dorosłego nie na wiele się zda. Dla dojrzewającej dziewczyny to właśnie rozgrywające się pomiędzy ojcem i matką (a także: chłopakiem, w którym Rose się zadurzyła i jego partnerką) „dorosłe pierdoły” naznaczą ostatnie wakacje przed dojrzałością.

Autorki, kuzynki Tamaki, doskonale ustawiają scenę pod mający się rozegrać intymny dramat. Rzecz dzieje się w Awago Beach, fikcyjnej kanadyjskiej miejscowości, jednej z tych, które co roku przeżywają najazdy letników, na kilka miesięcy ożywiających plaże i miejscowe atrakcje turystyczne. Dla Rose, która w Awago Beach spotyka się ze swoją przyjaciółką – Windy – te wyjazdy odgrywają rolę porządkującą, nadającą jej światu uspokajający rytm. Autorki świetnie to obrazują, przerywając co jakiś czas narrację kilkustronicowymi niemymi fragmentami, nie tylko dzielącymi opowieść na rozdziały, ale i pełniącymi funkcję swoistych migawek z wakacyjnego albumu, które pozostaną w bohaterkach, gdy za kilka lat będą wracać myślami do tego okresu. 

Te wakacje jednak są inne niż wszystkie. Na wyjazd cieniem kładzie się wypadek z poprzedniego roku. Jego wspomnienie nęka nie tylko matkę i ojca – którzy nie mogą się teraz dogadać – ale i Rose, która nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co się właściwie wydarzyło.

„Pewnego lata”„Pewnego lata”

„Pewnego lata”, scenariusz: Mariko Tamaki, rysunek: Jillian Tamaki, tłumaczenie: Łukasz Buchalski. Kultura Gniewu, 320 stron, w księgarniach od września 2018

Wypady do Awago Beach to dla Rose i Windy także czas wakacyjnych miłości. W tym roku obiektem westchnień tej pierwszej zostaje Dunc, pracujący w okolicznym sklepie starszy nastolatek, który nie potrafi się zachować, gdy jego partnerka – Jenny – zachodzi w ciążę. Rose, która obserwuje z zewnątrz rozgrywający się spór, nie pojmuje jeszcze ciężaru wydarzeń, odruchowo sympatyzuje jednak z Duncem, starszym chłopakiem, który ten jeden raz zwrócił na nią uwagę.

To właśnie niekompatybilność świata dorosłych ze światem dzieci jest głównym tematem „Pewnego lata”. Autorki chwytają swoje bohaterki w przełomowym momencie, kiedy wszystko się zmienia (dlatego tytuł przetłumaczony przez Łukasza Buchalskiego, choć poprawny, wydaje mi się niezręczny, dużo mniej trafny niż oryginalne „This One Summer”). To jeszcze nie dziewczyny, ale już nie dziewczynki. Wciąż po dziecięcemu ruchliwe i rozbrykane, ale też zainteresowane swoimi ciałami. W uroczy, niewinny sposób chwalące się przed sobą „seksownymi zderzakami” (Windy) czy oczekujące z niecierpliwością, aż piersi w końcu urosną (Rose). Wiedzące co nieco na temat seksu, ale jeszcze na poziomie fasolek i tych kilku krótkich scen, które udało im się podejrzeć w filmach dla dorosłych. Obserwujące z uwagą świat rodziców, ale wciąż uważające go za głupi i nielogiczny.

Tymczasem zwłaszcza Rose musi zmierzyć się z problemami ponad swój wiek. Skonfrontowana ze stratą przeżywaną przez matkę i sporem pomiędzy Duncem i Jenny, odruchowo wybiera stronę mężczyzn. Problemy kobiet wydają jej się wydumane, a ich emocjonalne reakcje – męczące. No bo dlaczego mama nie może po prostu sobie z tym poradzić i znów być radosna, tylko musi psuć wszystkim wakacje wybuchami płaczu? I dlaczego Jenny nie chce dać Duncowi spokoju, czego ona od niego oczekuje, przecież on nawet nie wie, czy to jego dziecko?

„Pewnego lata”„Pewnego lata”

Kuzynki Tamaki bardzo przekonująco obrazują świat zbudowany przez męskie narracje. Rose poznaje oba konflikty za pośrednictwem biorących w nich udział mężczyzn i w obu przypadkach ich perspektywę przyjmuje za naturalną. Tak oczywistą, że wartą kłótni ze zdruzgotaną mamą czy nieco wrażliwszą Windy. Podobnie jest ze stosowanym przez mężczyzn językiem. Dziewczynki wyzywają się od „szmat”, nie do końca zdając sobie sprawę, jak okrutne może być to określenie. Przyjmują je jako naturalne, bo przecież padło z ust fajnego chłopaka. W horrorach, które namiętnie oglądają, utrata dziewictwa zawsze zostaje ukarana (jak uczył nas „Krzyk” Wesa Cravena).

Kobieca solidarność nie jest w „Pewnego lata” czymś oczywistym, wynikającym tylko z przynależności do zbioru kobiet. To raczej wartość, o którą trzeba walczyć, przełamując kolejne męskie narracje. Porozumienie – nawet pomiędzy przyjaźniącymi się od zawsze Rose i Windy – nie jest przyrodzone i nie przychodzi łatwo. Wymaga przełamywania barier, własnych uprzedzeń i lęków. I bardzo dużych pokładów empatii.

„Pewnego lata”„Pewnego lata”

Brak komunikacji pomiędzy światem dorosłych a dziewcząt skutkuje także tym, że uczą się one życia przede wszystkim z popkultury: czytając komiksy i oglądając horrory. O przemocy wiedzą znacznie więcej niż o seksie. Choć to właśnie seks je teraz interesuje, a za chwilę będzie stałym elementem ich żyć, filmy pornograficzne są dla nich trudniej dostępne niż krwawe horrory. Rose uwięziona jest pomiędzy własną niewiedzą, śmieciową popkulturą i dorosłymi, kórzy nie traktują jej poważnie. O tym, że „niektóre życiowe lekcje są bolesne”, a świat jest o wiele bardziej skomplikowany, niż się wydaje, musi się w końcu przekonać na własnej skórze.

Jilian Tamaki, artystka współpracująca z „New York Timesem” i „New Yorkerem”, idealnie dopasowała styl rysunków do scenariusza Mariko i zdecydowała się na szybki, trochę niedbały, ale realistyczny rysunek. Dużo tuszu, skupienie na detalu i rekwizycie, melancholijny nastrój kadrów (przywodzący także na myśl filmy z lat 80., które oglądają bohaterki) i ulotność postaci przywołują skojarzenia nie tylko z komiksami Frederika Peetersa, ale i z niezależnymi komiksami obyczajowymi.

Szkoda tylko, że polska wersja została wydrukowana w czerniach i bielach, a nie w granatowo-morskich kolorach, w jakich ukazała się wersja amerykańska. Nie jest to wina Kultury Gniewu, takie materiały wydawnictwo dostało z USA. Nie da się jednak ukryć, że komiks nieco na tym traci. Granatowo-białe rysunki świetnie współgrały i z ogólnym, melancholijnym nastrojem opowieści, i z nadmorską miejscowością, w której rozgrywa się akcja. Nadawały też komiksowi vintage’owego uroku, zapożyczonego przez Jilian Tamaki ze starych japońskich mang.