wiersze

Jacek Dehnel

Fale

Pognieciona butelka z plastiku w ciemności:
romby, dzikie trójkąty – ostry tłuczeń bieli,
żadnych przejść i niuansów, rysunek jest prostszy.

Nic nie boli jak szczęście, w którym się nie gości:
folder „Rzymskie wakacje”: bryzg wody w kąpieli,
opróżnione butelki pod ścianą. W ciemności

ciała jak srebrne wota. I usta – jak gwoździk –
okrągłe, w środku kadru. Śmiali się? Krzyczeli?
Nic, żadnych podpowiedzi. Rysunek zbyt prosty.

Kto z kim? Obracają się żarna zazdrości,
sypie się czarna mąka. Każdy z nich obdzielił
innych. Dla nas – zgniecione butelki w ciemności,

chociaż też tu stoimy, na piasku: od Ostii
dzieli nas tylko ekran, więc nic nas nie dzieli,
żadne przejście czy niuans. Rysunek jest prosty,

rozróżnia nieproszonych od proszonych gości,
tych którzy mają wszystko od tych, którzy mieli.
Pognieciona butelka z plastiku w ciemności:
żadnych przejść i niuansów, rysunek jest prostszy.

Pociąg Warszawa-Gdańsk, 26. IV. 2010

Odkopanie posągu Antinousa w Delfach, 1893

Stąd wychodzi do licznych świątyń całej ziemi,
spełnia prośby tych, którzy go proszą,
i leczy choroby tych w potrzebie, zsyłając na nich sny.
(z obelisku Antinousa w Rzymie)

Chrzęszczący w zębach piasek. Odcisk od oskardu.
Rozmyte chmury chmurnych, poruszonych twarzy.
Leta płynie przez mięso, nie płynie przez marmur,
ja jestem nadal młody, wy – od dawna starzy.
Imię zachował przypis, a kształt ramion – ziemia.
Nie współczuję wam ani nie zazdroszczę. Spałem.
Zanurzyłem się w wodzie tym śmiertelnym ciałem,
wynurzyłem się z ziemi ciałem nieśmiertelnym.
Czy nie o tym marzycie, kopacze w kaszkietach,
niosąc krzyczące bety do chrzcielnicy w cerkwi?

Warszawa, 7 IV 2013

Nurt
dla P. T.
Nie dałeś mi nic poznać; poszedłeś do wanny.
Dopiero z niej, zza ściany – bo we śnie ta sama
była ściana, ta sama była w nim łazienka –
słyszałem ten głęboki, ten szarpiący płacz.

Aż się z tego zbudziłem – i zbudziłem ciebie,
że tak mi się przyśniło. I że będzie dobrze.
Zasnąłeś. Ja – myślałem wciąż o tamtym tobie
że pozostał za ścianą, zanurzony w czerń.

I, wciąż leżąc, stanąłem ponad nurtem snu,
i w ten sen się rzuciłem, żeby go ratować.

Niewdzięczność

Skąd wrócił do mnie nagle ten obraz: rozwidlenie
      gałęzi czereśni, rosnącej na końcu ogrodu?
I to, jak uległą była – z najniższym konarem blisko ziemi,
     zapraszającym do wejścia, z kolejnym po drugiej stronie,
     wreszcie z tym wysokim rozwidleniem, gdzie można było
            oprzeć stopę
     by, trzymając się jednej z gałęzi, sięgać po         
   [ciemnowiśniowe, niemal czarne            czereśnie!

Ścięto ją parę lat temu, tuż pod najniższym konarem,
      nie wiem kto, nie wiem po co – bo jak wytłumaczyć
      niewdzięczność wobec drzewa, które z takim oddaniem [rodziło owoce,      które z takim oddaniem słało się pod trampki i chwytne [ręce chłopców?
      I gdzie indziej mieni się tamta pionowa ławica liści,
      i kto inny opiera stopę na tamtym rozwidleniu:
            wychyla się daleko,
            i zda się, że nie sięgnie, a sięga,
            zrywa trzy naraz
                    i podnosi je
                               do
                                  ust.

Warszawa, 14 V 2011

Sebastiano del Piombo – Wskrzeszenie Łazarza

      Było z mojego wskrzeszenia wiele radości. Ale śmiedzieć nie przestałem. Co robić – jak ktoś cię przywraca do życia, nie wykłócasz się o drobiazgi. Więc znów miałem drzewa oliwne i chmury, i rdzawy cień w załomach murów, niskie muczenie krów pędzonych do wodopoju, smak chleba i mleka, i smażonego mięsa, szorstkość żwiru i bandaży, ale śmierdzieć nie przestałem.
      Z początku przychodzili goście, którzy chcieli ze mną zamienić słowo, dotknąć ciała, że ciepłe, i, zasłaniając nos rękawem, zapytać czy tam nie spotkałem ich matki, ojca, stryja, dziecka, kuzyna Nehemiasza, babki, która gdzieś zakopała garnczek monet i nikomu nie zdążyła powiedzieć gdzie. Ale potem sława cudu przygasła, a ja śmierdzieć nie przestałem.
      Mówiła mi Maria: Łazarzu, Łazarzu, jesteś wielkim cudem Pana, kontemplujmy tę tajemnicę, módlmy się, ale każde w cichości swojego pokoju. Mówiła mi Marta: Łazarzu, Łazarzu, tak, upiekę ci twój ulubiony placek z czarnuszką i przyrządzę kapłona z szafranem, ale zjedz w cichości swojego pokoju. Kiedy rzucałem im w złości: nie prosiłem się z powrotem na ten świat, odpowiadały: Łazarzu, Łazarzu, jak nieładnie. Odpowiadały: Łazarzu, Łazarzu, bluźnisz. I wracały do swoich pokojów.
      Potem wybudowały izbę w ogrodzie i kazały mi się do niej przenieść, żebym nie mieszkał zbyt blisko kuchni. Nazywały ją grobowcem – najpierw między sobą, w żartach, potem nie kryły się z tym i przede mną. Wychodziły do ogrodu i krzyczały: Łazarzu, Łazarzu, zostawiłyśmy ci obiad przed bramą grobowca. Wreszcie kazały zamurować wejście i podawały mi jedzenie przez małe okienko.
       Na starość mówiły: co nas podkusiło, żeby zapraszać do domu tego szarlatana!
       Na starość mówiły: byłyśmy młode i głupie.

Londyn-Warszawa, 2-3 VII 2012

fot. Cezary RuckiJacek Dehnel urodził się 1 maja 1980 roku w Gdańsku. Jest poetą, felietonistą, prozaikiem, tłumaczem i malarzem. Laureat m.in. Nagrody Fundacji im. Kościelskich (2005), Paszportu „Polityki” (2007), Nagrody Splendor Gedanensis (2008) oraz Nagrody Śląski Wawrzyn Literacki (2009). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike oraz Angelus.

Wiersze pochodzą z tomu „Języki obce”, który ukaże się pod koniec września w Biurze Literackim. 




 


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.