„Nixon in China”  Adamsa w Paryżu
Kolaż Petry Reinhardt, Théâtre du Châteletfot.

„Nixon in China”
Adamsa w Paryżu

Stanisław Suchora

Chiński reżyser Chen Shi-Zheng zdecydował się odejść od hiperrealizmu pierwszej wersji dzieła Johna Adamsa i skupić na ludzkim aspekcie opowiadanej historii

Jeszcze 2 minuty czytania

Kiedy w 1983 roku Peter Sellars zaproponował Johnowi Adamsowi napisanie opery o historycznej (choć bardzo nieodległej czasowo) wizycie prezydenta Richarda Nixona w Chinach, gatunek operowy był niemal zupełnie zapomniany przez amerykańskich kompozytorów. Sam Adams nie miał w tym temacie żadnego doświadczenia, a w dodatku nie był do końca przekonany do samego tematu. Zmienił jednak zdanie pod wpływem poetki i pisarki Alice Goodman, która podjęła się napisania rymowanego libretta. W ten sposób trójka młodych artystów (wszyscy poniżej trzydziestki) stworzyła dzieło, które stało się jednym z kamieni milowych amerykańskiej opery, oraz stanowiło powrót (bądź kontynuację) do wielkich oper historycznych. Premiera w 1987 roku w Grand Opera Huston podzieliła krytykę i jednocześnie zainteresowała dyrektorów innych teatrów – wkrótce Adams miał napisać „The Death of Klinghoffer” dla brukselskiej La Monnaie (1991), a jego „Nixon” wystawiony został na deskach podparyskiego MC93 Bobigny tego samego roku.

John Adams „Nixon in China”, Alexander Briger (dyr.), Chen Shi-Zheng (reż), Orchestre de chambre de Paris,
Chœur du Châtelet, Théâtre de Châtelet w Paryżu, premiera 10 kwietnia 2012 / Marie-Noëlle Robert, Théâtre du Châtelet

Po ponad dwudziestu latach nieobecności na francuskich scenach, „Nixon in China” powrócił w nowej produkcji Théâtre de Châtelet w Paryżu. Reżyserię powierzono Chińczykowi Chen Shi-Zhengowi – wybór nie tylko koniunkturalny – reżyser pamięta wizytę amerykańskiego przywódcy w swoim kraju. Pozwoliło to na przyjęcie innej niż atlantycka perspektywy. W przeciwieństwie do Amerykanów, którzy pamiętają swojemu prezydentowi głównie aferę Watergate, dla chińskiego reżysera – podobnie jak dla wielu innych ludzi z jego kraju – Nixon to prawdziwy bohater. Był to pierwszy ważny przywódca z tak wówczas demonizowanego świata zachodniego, który nie tylko zdecydował się na wizytę w państwie środka, ale i okazał się normalnym (a nawet miłym!) człowiekiem. Chen Shi-Zheng podjął się powierzonego mu zadania – jak sam twierdzi – tylko dlatego, że wierzył, iż jest w stanie powiedzieć więcej niż to, co dotąd zostało powiedziane. Zdecydował się też odejść od hiperrealizmu pierwszej wersji dzieła Adamsa i skupić na ludzkim aspekcie wydarzeń.

Preludium towarzyszy projekcja wideo, która na podzielonym ekranie przedstawia kontrastowo USA i Ludową Republikę Chin. Zestawione ze sobą plastyczne obrazy (np. bambusowe rusztowanie i drukowany obwód, czy prymitywny młyn wodny i świecąca ogromna karuzela) pokazują Amerykę jako daleko bardziej rozwinięty przemysłowo niż Chiny – raj konsumentów.

Marie-Noëlle Robert, Théâtre du Châtelet

Pierwsza scena rozgrywa się na tle ceglanej ściany, która symbolizuje Wielki Mur – barierę wzajemnych uprzedzeń, która dzieli Amerykanów i Chińczyków. Z czasem ustąpi ona miejsca ekranowi w zmieniających się powolnie pastelowo-landrynkowych barwach, przypominających paletę używaną przez Andy'ego Warchola w seriach poświęconych Marlin Monroe czy (nomen omen) Mao Zedonga. Kostiumy wszystkich postaci (w tym czerwonoarmistów) pozostają zresztą w podobnych, bardzo intensywnych, popartowych kolorach.
W scenie przyjęcia wydanego dla prezydenckiej pary, zamiast kryształowego żyrandolu, jakiego można by się spodziewać w sali balowej, nad głowami bohaterów wisi skomplikowana konstrukcja składająca się z dziesiątek ekranów telewizyjnych. Wyświetlają one fragmenty nagrań archiwalnych z 1972 roku, tworząc albo spójny obraz, albo kalejdoskopową mozaikę niezależnych od siebie urywków – Nixon zabrał ze sobą d Chin aż stu dziennikarzy telewizyjnych, faworyzując wyraźnie kulturę obrazu nad słowem.

Płynna i pomysłowa akcja sceniczna paryskiej inscenizacji idzie w parze z motoryczną muzyką Adamsa. Chen Shi-Zhengowi udaje się wytworzyć napięcie; podobne musiało z pewnością towarzyszyć uczestnikom historycznego spotkania. Rozładowanie ma przynieść scena balu w akcie drugim – w sekwencji baletowej autorstwa Jiang Quing (znanej jako Madame Mao) reżyser postawił na kompetencje (wysokiej próby!) chińskich solistów baletowych. Nie omieszkał także wywołać uśmiechu publiczności, najpierw kiedy Pat Nixon wyciąga ze swej eleganckiej torebki puszkę coli, którą podaje zmaltretowanej przez „krwiożerczych kapitalistów” aktorce, i później, gdy balet kończy się broadwayowską rewią czerwonoarmistek.

fot. Marie-Noëlle Robert, Théâtre du Châtelet

Akt trzeci różni się od poprzednich: krzykliwe kolory (także w kostiumach) zostają zastąpione szarościami, które stanowią tło dla monumentalnego pomnika przywódcy chińskich komunistów. Koresponduje to w pełni z treścią libretta – historyczni bohaterowie stają się „zwykłymi ludźmi”, z których każdy ma swoje wspomnienia, obawy i namiętności. Zastanawiające, że jedynie Henry Kissinger po krótkiej, nieco ośmieszającej kwestii, wyłączony zostaje z tego ludzkiego kręgu. Madame Mao wspomina wspólne trudy i młodzieńczy zapał pierwszych lat rewolucji, natomiast Nixonowie przywołują ich pierwsze spotkania i czas, kiedy Richard służył w marynarce wojennej na Pacyfiku. Na sam koniec do głosu dochodzi Czu En-Lai, który zadaje pytanie o to, kto tak naprawdę pociąga za sznurki historii.

W paryskim przedstawieniu chiński reżyser, podążając za librettem, przedstawia głównych bohaterów w bardzo ludzkim świetle. Czy Adams, Goodman i Chen Shi-Zheng chcą pokazać, że cokolwiek robimy, gdzieś w głębi zawsze pozostajemy (dobrymi) ludźmi? Może jest to swoisty akt przebaczenia wobec osób odpowiedzialnych za śmierć i cierpienia milionów? (Jak bowiem odczytywać operę historyczną, traktującą w dodatku o tak nieodległych nam wydarzeniach?) Amerykanie dobrze wiedzą, że za samej kadencji Nixona na Indochiny zrzucono więcej ładunków wybuchowych, niż zrobiły to wszystkie wojska alianckie w ciągu całej II wojny światowej. Pięćdziesięcioletni Chen Shi-Zheng i jego bliscy doświadczyli zaś Wielkiej proletariackiej rewolucji kulturalnej, która okazała się kulturowym ludobójstwem.

Czy „Nixon in China” Amerykanina Adamsa i Chińczyka Chen Shi-Zhenga w Paryżu ma być manifestem bezgranicznej miłości, która chce triumfować nad ludzkim złem?


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.