Kynik czy cynik?
fot. Katarzyna Laskowiecka

13 minut czytania

/ Teatr

Kynik czy cynik?

Krystyna Duniec

Wokulski walczył o własną podmiotowość za pomocą performansu osobowościowych maskarad – pisze badaczka przed premierą „Lalki” Wojtka Farugi

Jeszcze 3 minuty czytania

Utopia i rozczarowanie to pojęcia nieprzejrzyste, a nieprzejrzystość rodzi zawsze trudne emocje i kontrowersje. O ile antyutopia i dystopia mają konotację dość jednoznaczną: pierwsza zakłada totalitarny porządek świata, druga krytyczny, pesymistyczny osąd zastanej rzeczywistości, kwestionujący możliwość jakiejkolwiek zmiany, o tyle utopia może oznaczać zarówno dążenie do społecznej doskonałości, nawet za cenę ograniczenia wolności, jak i próbę osiągnięcia dobrostanu z uniknięciem związanych z tym nieszczęść, czy w końcu idealistyczną wizję najlepszego ze światów. Z pewnością ma rację Emma Goldman, uznając, że każda wzniosła wizja fundamentalnej zmiany społecznej wpisuje się w utopię. Jeśli zgodzić się też Jackiem Kuroniem, że utopia może stać się źródłem zbrodni tylko wtedy, gdy będzie realizowana z użyciem przemocy, to wygląda na to, że określa ją niemożliwe marzenie o altruistycznym działaniu na rzecz społecznej sprawiedliwości. Potwierdza ten pesymizm wiersz Wisławy Szymborskiej „Utopia”, przyrównujący ją do bezludnej wyspy, z której ucieka się w głąb morskiej topieli.

Jerzy Andrzejewski z kolei nade wszystko cenił niepewną wizję przyszłości: „wczoraj, pozawczoraj, dzisiaj i zawsze kusiły mnie i wciąż kuszą niewiadome obszary czasu i przestrzeni, jakie się przede mną mogą otworzyć i jakie się niekiedy przede mną otwierają, one mnie niecierpliwie i nagląco wabią, ponieważ mogą zawierać w sobie wszystko, wiem, że kresem oczekiwań jest rozczarowanie”. Czy był więc szczęśliwym nihilistą, który, jak powiedziałby Peter Sloterdijk, potrafi dobrze urządzić się w świecie bez złudzeń, czy może kynikiem, który mimo braku złudzeń zachowuje nonkonformizm w eksploracji świata? Postawa kyniczna oznacza bowiem energię integrującego oporu w świecie „małych egoizmów” na rzecz tyleż własną, co społeczności. Naturalnie, łatwo można zwekslować w stronę „rozumu cynicznego”, czego symbolem może być na przykład Szklany Człowiek – symbol ludzkiej wiedzy, przejrzystości i cywilizacji, za chwilę przeistoczony w narzędzie propagandy ideologii rasowej narodowego socjalizmu.

Pozostaje więc mieć nadzieję, że wynalazki „wariata”, profesora Geista, w „Lalce” Prusa stanowiły efekt jego rozumu kynicznego, który, zakładając sukces badawczy, nie został nigdy zawłaszczony przez cyniczny. Kynik więc to ktoś w rodzaju błazna, który przekracza normatywny porządek społeczny:

Kiedyś nazywano mnie wielkim chemikiem – powiada Geist – dopóki... nie wyszedłem poza granicę dziś obowiązujących poglądów chemicznych. Pisałem rozprawy, robiłem wynalazki pod imieniem własnym lub moich wspólników, którzy nawet sumiennie dzielili się ze mną zyskami. Ale od czasu, gdym odkrył zjawiska nie mieszczące się w rocznikach Akademii, ogłoszono mnie nie tylko za wariata, ale za heretyka i zdrajcę.

Lalka. Najlepsze przed nami

reżyseria – Wojciech Faruga;
scenariusz sceniczny – Wojciech Faruga / Paweł Sztarbowski;
scenografia, kostiumy, reżyseria światła – Agata Skwarczyńska;
dramaturgia – Paweł Sztarbowski;
muzyka – Joanna Halszka Sokołowska / z zespołu Der Father
PREMIERA 15 maja w Teatrze Powszechnym w Warszawie

Kynik to wariat, odszczepieniec, egzystujący w pogoni za sensem życia stale na krawędzi zorganizowanego życia społecznego. To więc także nie tylko Geist, ale i składający się z samych sprzeczności Wokulski: wysadzony z siodła syn szlachecki, biedny subiekt u Hopfera, student wyższej uczelni, rewolucjonista, który odetchnął dopiero na Syberii, gdzie zesłany za udział w powstaniu styczniowym dojrzewał społecznie i naukowo pod okiem wielkich uczonych. Na wygnaniu „mógł pracować, tam zdobył uznanie […] wrócił więc do kraju prawie uczonym, lecz gdy w tym kierunku szukał zajęcia, zakrzyczano go i odesłano do handlu”. Kyniczna ekstrawagancja jednak, przyzwalająca na subwersywny bezwstyd, pozwoliła mu zignorować społeczną klasową tabuizację, sprawiając, że uznawano go powszechnie za awanturnika i zdecydowanego wariata, jeżeli nie za kogoś jeszcze gorszego. Wokulski stale zaskakiwał nienormatywnymi zachowaniami, te, które wpisywały się w uzus społeczny, były mu darowane albo wręcz wykorzystywane. Budził więc zdziwienie, kiedy pracował jako subiekt w jadłodajni u Hopfera i uczył się Szkole Głównej. Nie bulwersował za to, kiedy zatrudnił się w sklepie Minclowej, a potem z nią ożenił, zdobywając jej majątek. Zaskoczył, kiedy nagle porzucił dostatek, wyruszając w nieznane strony. Kiedy natomiast, jak typowy aferzysta, pomnożył majątek, korzystając z zawieruchy wojennej w Bułgarii i biorąc udział w gigantycznych zakupach wojskowych prowadzonych przez Rosjan w Paryżu, otworzył sobie drzwi na zbiedniałe salony. Nie dziwi więc, że bywał Wokulski „bohaterem sezonu”, zwłaszcza że, jak zauważyła Izabela Łęcka, świat często zachwyca się cyrkowcami. Kyniczna nienormatywna kondycja skazywała jednak Wokulskiego na wieczne rozdarcie:

We mnie jest dwu ludzi – mówił – jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat. Który zaś zwycięży? [...] Cóż to za upokorzenie, śmiać się z triumfów jakiegoś byka albo gąsiora, a jednocześnie płakać nad własnym sercem, tak boleśnie rozdartym, tak haniebnie podeptanym. Ach, o to się już nie troszczę. Ale co zrobię, jeżeli wygra ten mądry?... Cóż to za okropna rzecz posiadając wielki kapitał uczuć złożyć go samicy innego gatunku zamiast wielkim sprawom: Czy warto żyć dalej w podobnych warunkach?

Erotyka, kierując w stronę obiektów, których bliskość czy posiadanie wydaje się zapewnić możliwość efektywnego funkcjonowania, każe drogo płacić za skarnawalizowaną kyniczność. Wokulski za miłosną bezczelność w stosunku do Izabeli Łęckiej, za odporność na upokorzenia, nieodpowiedniość, prowokacyjność, błazeństwo, bezwstyd połączone ze społecznym niezakorzenieniem, zapłacił poczuciem własnego zmarnowania. Podczas gdy on jest w miłosnym potrzasku, „ci znakomici ludzie, jakich tu spotykam, nie mają nawet połowy moich sił i mimo to zostawiają po sobie machiny, gmachy, utwory sztuki, nowe poglądy” – myślał w Paryżu.

Patrząc na świat z jednej strony przez okulary Mickiewiczów, Krasińskich albo Słowackich, z drugiej klasowego realizmu, Wokulski walczył, jak na kynika przystało, o własną podmiotowość, tyle że nie drogą publicznej masturbacji, jak Diogenes z Synopy, ale  performansem osobowościowych maskarad. Inteligentny materialista, rehabilitował przewrotnie własną cielesność, przeistaczając się w eleganta o czerwonych rękach, protektora biedaków, wynalazcę, interesującego interlokutora, który uwodził nie uwodząc. Tworzył swój własny etyczny kodeks kynika, zakorzeniony w zdrowym rozsądku, jednocześnie kierujący się emocjonalnymi afektami stymulującymi wolę działania. Wykorzystując dar „ścisłej obserwacji często nazywanej cynizmem przez tych, którzy jej nie posiadają”, przeprowadzał Wokulski drobiazgowe behawioralne studium ludzkiej kondycji, żeby rewolucjonizować swoją rzeczywistość, ale na godnych warunkach: „Wolę się obawiać bankructwa i śmierci aniżeli wdzięczyć się do tych, którzy kupią u mnie parasol, albo padać do nóg tym, którzy w moim sklepie raczą zaopatrzać się w waterklozety [...] ja chcę żyć”.

Nie pasując do żadnej z grup społecznych, jak rasowy kynik, niepozbawiony geniuszu wariat,  pogardzany przez klasę społeczną, którą rozsadzał swoim wtargnięciem, Wokulski stawał się jednocześnie katalizatorem społecznych przeobrażeń, demaskując społeczny normatywizm, ujawniając i ośmieszając jego sprzeczności. Będąc pewnego rodzaju nihilistą, który – jak powiedziałby Leon Strauss – nie wierzył w cywilizację nierozpatrywaną w kategoriach rasy, nacji, języka czy kultury, wykonywał protekcjonalny gest negacji wobec społecznej dyskryminacji, zajmując się losem czy to prostytutki, czy to kolejarza. Doświadczając przede wszystkim konfliktu między swoimi aspiracjami a porządkiem społecznym, pozbawiony złudzeń, nie wykazywał się jednak cynicznym rozumem akceptującym nieodwracalną beznadziejność dostępnego świata. Jako wyemancypowany z fałszywych wyobrażeń o świecie kynik, nie potrafił bowiem stworzyć oszustwa ideologicznego, które pozwoliłoby mu bez wątpienia przy jego majątku brylować w arystokratycznym świecie czy występować jako bohater uciśnionych mas. Zostawały mu więc wieczne ośmieszanie się i same rozterki:

A ja za czym goniłem? Naprzód za perpetuum mobile i kierowaniem balonami, potem za zdobyciem stanowiska, do którego nie dopuszczali mnie moi właśni sprzymierzeńcy, nareszcie za kobietą, do której prawie nie wolno mi się zbliżyć. A zawsze albo poświęcałem się, albo ulegałem ideom wytworzonym przez klasy, które chciały mnie zrobić swoim sługą i niewolnikiem.

Wokulski nie miał wątpliwości, że gdyby urodził się w niepodległym Paryżu, mógłby więcej nauczyć się w dzieciństwie, później, jako kupiec doznałby mniej przykrości, a więcej pomocy, a „gdyby zaś wziął się do kierowania balonami, znalazłby gotowe modele i całe grupy podobnych jak on marzycieli, a nawet pomoc w razie praktyczności pomysłów. A gdyby zakochał się w arystokratycznej pannie, nie napotkałby tylu przeszkód w zbliżeniu się do niej”. Mobilny, trzeźwy, realistyczny umysł Wokulskiego, kontrapunktując filozoficzne spekulacje życiowym konkretem, ośmieszając społeczną obłudę, nie pozwalał mu wyrzec się jego utopii. Dziś nazwano by go może aktywistą, „pozytywnym wzorem biznesmena” albo „pożytecznym idiotą”.  

Czy Wokulskiemu zagrażała transformacja w cynika? Może wtedy, kiedy poddając się stanowi acedii, po rozstaniu z Izabelą, ogarnięty niemożnością działania na rzecz jakichkolwiek wyzwań, wynikającą z długotrwałej frustracji pożądania, o śmierci myślał z obojętną ciekawością, rozpływając się w apatii. Może wtedy, zakładając, że przeżył, zachowując zdolność do działania, choć przechodził żałobę po utraconym obiekcie miłości, zaczął robić interesy, głównie w paryskich bankach? Opłakując utraconą miłość, tęskniłby wtedy już jako cynik, czyli „uświadomiony kynik” (Szymon Wróbel) za utraconą naiwnością i bezczelnością kondycji kynika. A w nowym wcieleniu przechadza się dziś po Wall Street czy Marszałkowskiej, zarabiając krocie w kapitalistycznych korporacjach czy zdobywając duże fundusze na rozmaite granty?

Może jednak Wokulski odrzucił cyniczną zmodernizowaną świadomość nieszczęśliwą? Może badania Georga Simmela nad wpływem pieniądza („Filozofia pieniądza”) na transformację kynizmu w cynizm nie do końca są wiarygodne? Może jednak dawni i współcześni Wokulscy, upokorzani idealiści, choć paradoksalnie trzeźwi pragmatycy, podpiszą się pod filozofią Emila Ciorana, powtarzając za nim: „można by mi zarzucać pewne upodobanie do rozczarowań, ponieważ wszyscy jednak kochają sukces, trzeba bodaj w trosce o symetrię, by był ktoś, kogo pociąga porażka”. Rozmaici więc Wokulscy, ale może i rozmaite Izabele, bojkotujące osaczenie przez zaborczą miłość, patriarchalne, uwarunkowane ekonomicznie porządki, szukające autonomicznego seksualnego spełnienia, żeby powrócić do kondycji kynika opracować muszą skuteczne strategie neutralizujące toksyczny imperatyw pozytywności własnego życia. Uwierzą, że porażka, choć oddala powodzenie i sukces zapewniający poczucie czytelnej identyfikacji, przynależności do odpowiedniej klasy, gender, rasy, powodując chaos, niestabilność, ośmieszenie, zagubienie, to przynosi paradoksalnie jakąś wolność? Kompromitując obsesję sukcesu i  kolonizującą ambicję widzialności, wpływu na rzeczywistość, zlekceważą gorset lansowanych pryncypiów i wstydu, budując opór przeciwko ich opresji. Zainicjują wtedy zarówno spór o społeczną transformację, szczególnie o dystrybucję jej benefitów, jak i o drogę do osobistego szczęścia. Jako kynicy zgadzający się na porażkę i rozczarowanie, oskarżą, jak doktor Szuman w „Lalce”, cywilizację, „opartą na rzymskich prawach, dawno już zmarłych i pogrzebanych, na interesach papiestwa, na trubadurach, ascetyzmie, kastowości i tym podobnych badaniach”, o to, że „z naturalnego uczucia zrobiła nerwową chorobę!”.

Cywilizacja – powiada Szuman – „tak wiele czyni udogodnień w naszych zamiarach, tak czule opiekuje się nami w imię religii, moralności, tradycji i już nie wiem czego”, że „jedni umierają, drudzy próbują się otruć”. Może jeśli przeżyją, mimo braku złudzeń, odzyskiwać będą życie „za sprawą kilku chwil spędzonych szczęśliwie z kimś na wakacjach – kiedy otwierał się horyzont” (Sloterdijk), podążając za swoim thymos, czyli czymś, co pozwala przekroczyć niezaspokojone własne pragnienia, rozczarowania, krzywdy i otworzyć się na otaczający świat. Utopia? Jedyna realna dziś na świecie Utopia to skrajnie biedna, z nikłymi tylko śladami cywilizacji, ojczyzna Aborygenów na Terytorium Północnym Australii, wywłaszczona przez Australijczyków i z przeszłości, i teraźniejszości. Może dlatego artyści aborygeńscy kultywują etniczność swojej sztuki, kluczową dla świadomości ich kulturowej tożsamości.

Tekst referatu wygłoszonego w Teatrze Powszechnym w Warszawie w ramach konferencji naukowej „Lalka. Między utopią a rozczarowaniem”.