Jego Dziwność

10 minut czytania

/ Muzyka

Jego Dziwność

Krzysztof Krześnicki

Lil B wprowadził rap w erę internetu, przecierając szlaki dla nowej generacji twórców, którzy mogą teraz wyrażać siebie przez hip-hop, bez obawy, że są zbyt wrażliwi czy dziwni

Jeszcze 3 minuty czytania

Kalifornijski raper jest niczym The Velvet Underground z powiedzenia przypisywanego Brianowi Eno. Lil B (lub The Based God – to jego inny pseudonim) nigdy nie stał się szalenie popularny, ale duża część jego słuchaczy sama zaczęła potem rapować. Stał się ulubionym raperem twojego ulubionego rapera, a jego pomysły rozprzestrzeniły się w sieci dzięki efektowi kuli śnieżnej. Spoglądając wstecz, można stwierdzić, że zapoczątkowany przez niego styl stał się zalążkiem rewolucji w hip-hopie, która trwa do dziś.

Zmiany dokonane przez Lil B najłatwiej zobrazować na zasadzie kontrastu między „nową” a „starą szkołą”, np. w porównaniu z jednym z najpopularniejszych raperów Zachodniego Wybrzeża, Kendrickiem Lamarem, obecnie czołowym reprezentantem „świadomego hip-hopu” (conscious hip-hop). Album Lamara z 2015 roku, „To Pimp a Butterfly”, jest jednym z największych osiągnięć rapowego rzemiosła. Lamar czerpał z najlepszych muzycznych wzorców i tradycji gatunku, a jego przesłanie idealnie oddało napięcia i frustracje Ameryki tuż przed wyborem Donalda Trumpa na prezydenta. Lil B także czerpie z klasyków takich jak Lil Wayne czy Nas, a w swoich utworach często porusza ważne społecznie kwestie. Ale w swoich nagraniach nie tylko przemyca rewolucyjny przekaz. Udało mu się wywrócić całą formę hiphopowego utworu do góry nogami. Przede wszystkim Lil B jest jednym z twórców nowego, łamiącego metrum stylu rapowania, pełnego onomatopei i nieokreślonych okrzyków, który bliższy jest strumieniowi świadomości niż klasycznej formie składania wersów. Powołał też do życia postać Based Goda.

Krytycy kalifornijskiego rapera zarzucają mu, że jest tylko internetowym memem i nie ma żadnych umiejętności. Gdy Lil B zaczynał, proponowane przez rozwiązania i produkcje mogły się wydawać outsiderskie, amatorskie lub naiwne. Przesunął jednak granice tego, co raper może, a czego nie. Podobnie jak Kanye West czy Dean Blunt nie jest z tego powodu brany na serio. Konsekwencja Based Goda w ignorowaniu podstaw hip-hopu, takich jak dobre flow czy przyzwoicie sklejone bity, pozwoliła mu skupić się na koncepcie artystycznym i przekazie. Oczywiście, wcielanie się w różne postaci nie jest niczym nowym w muzyce, a w hip-hopie z powodzeniem robili to Kool Keith jako Dr Octagon, Del the Funkee Homosapien na „Deltron 3030” czy MF Doom. Lil B poszedł o krok dalej – nie tylko wciela się w swoje alter ego, Based Goda, na swoich nagraniach; on jest Based Godem zawsze i wszędzie. A mówiąc dokładniej, jak wyjaśnił to sam artysta w jednym z wywiadów, Based God jest pewnym apollińskim ideałem, do którego on, Lil B, stara się dążyć. Jeszcze niżej w tej hierarchii bytów jest niejaki Brandon McCartney – bo tak naprawdę nazywa się Lil B.

Pogląd, że raper nie musi wypluwać z siebie wersów rymujących się z chirurgiczną precyzją ściągnęła do rapu nową generację artystów. Lil B jako Based God może powiedzieć rzeczy, pod którymi nie mógłby się podpisać zwykły MC, jak to, że kocha swoją mamę albo że życie jest piękne. Kalifornijski raper w piosenkach opowiada o takich kwestiach, jak rasizm, homofobia, ochrona środowiska, prawa zwierząt czy depresja i skłonności samobójcze. Based God atakuje maczyzm i pochwały przemocy, królujące w gangsta rapie, zastępując je pozytywnym podejściem do świata i otwartością. Dlatego gdy pojawił się w sukience w telewizji, robił to nie dla zgrywy, tylko dla pełniejszej realizacji swojej filozofii. Autentyczność zawsze była najważniejsza w rapie i Lil B dąży do niej za wszelką cenę.

Muzyka Lil B nie byłaby taką sensacją, gdyby opierała się tylko na tworzeniu wizerunku artystycznego i przemycaniu niekonwencjonalnych treści. Równie ważne są rozwiązania formalne, które zaproponował – sposób nawijania, który niekoniecznie przejmuje się rytmem, i rozmyte bity, pełne ambientowych tekstur. Nieprzypadkowo dzisiaj raperzy w swoich kawałkach wydają z siebie bliżej niezidentyfikowane odgłosy przypominające onomatopeje i powtarzają w kółko te sam wyrazy. Ich mamrotanie, którego często nie da się odszyfrować, można zapisać na konto wpływów Lil B. Jego brak dbałości o technikę można nawet nazwać punkowym. Natomiast produkcje, na których rapował na początku dekady, przyczyniły się do powstania nowego stylu, który został (podobno przez samego Based Goda) ochrzczony mianem cloud rapu. Estetyka, której głównym twórcą był producent i współpracownik Lil B Clams Casino, obfituje w pełne pogłosu sample i mglistą, senną atmosferę – najbardziej charakterystycznym przykładem ich współpracy jest eteryczne „I’m God”. Kalifornijski raper upodobał sobie też hałaśliwe, przesterowane bity słabej jakości, którym często blisko do chicagowskiego drillu, jak np. „Like A Martian” czy „I Own Swag” (to zresztą Lil B spopularyzował słowo swag, które zrobiło w ostatniej dekadzie zawrotną karierę, przeszło nawet do najmłodszej polszczyzny).

Kiedy Lil B nie korzysta z gotowych bitów, to sam zabiera się za klecenie podkładów. Wydany niedawno album „Black Ken” nie jest pierwszym albumem całkowicie wyprodukowanym przez Lil B. Based God stworzył od podstaw muzykę na eksperymentalny mikstejp „Rain In England”, który uosabia jego zainteresowanie muzyką new age i duchowością. Na tym albumie osiąga wyżyny ekscentryzmu.

Internet przeobraził w rapie podejście do klasycznego podziału na legal i nielegal. Based God był jednym z pierwszych, którzy dzielili się swoimi nagrywkami na Myspace oraz wrzucał całe mikstejpy za darmo do sieci. Można powiedzieć, że podłączył hip-hop do szerokopasmowego łącza internetowego. Jest pionierem wykorzystania social mediów do komunikowania się ze swoimi odbiorcami – swego czasu stał się królem MySpace’a. Zasłynął również z tego, że zafollowował na Twitterze 1,5 miliona osób i był na tej platformie wyjątkowo aktywny. Jego działania miały często charakter zgrywy albo jawnego trollowania. Każda agencja kreatywna z miejsca powinna zatrudnić jako senior executive’a kogoś, kto wpadł na pomysł, by rzucić klątwę na najlepszych koszykarzy NBA, takich jak Kevin Durant czy James Harden. Co ciekawe, Durant zdobył mistrzostwo dopiero, gdy Based God zdjął z niego swoją klątwę. Skądinąd jego obecność na platformach społecznościowych obnaża podwójne standardy tych instytucji. Ostatnio Lil B został zbanowany na Facebooku na miesiąc za krytykę białych suprematystów po ataku w Las Vegas.

Legendą obrosła także płodność twórcza rapera, który w swoich najbardziej pracowitych latach wypuszczał setki utworów do internetu – jego najdłuższy mikstejp „05 Fuck Em” liczy 101 utworów. Dyskografia Based Goda jest tak bogata, że można ją poznawać latami i ciągle doznawać zaskoczenia unikatowymi (z ang. rare) perłami, ukrytymi na Youtubie czy na niezliczonych mikstejpach. Twórczość Lil B stała się inspiracją dla ogromnej części raperów. Bez niego nie byłoby Young Thuga, Yung Leana, A$AP Rocky’ego, Lil Yachty’ego, Denzela Curry’ego, Danny’ego Browna, Maca Millera, Chance the Rappera, Franka Oceana, Earla Sweatshirta i całego Odd Future oraz wszystkich soundcloudowych raperów, takich jak Lil Pump, Smokepurpp czy XXXTentaction. Sława Lil B rozrastała się, mimo że od końca 2015 roku nie wypuścił albumu.

Kilka z blisko 150 okładek mikstejpów Lil B

Wydany w sierpniu „Black Ken” jest projektem, który Lil B określa mianem swojego „pierwszego oficjalnego mikstejpu”. Jest on hołdem dla „złotej ery rapu ” przełomu lat 80. i 90. Oczywiście, kalifornijski raper nie porzucił swojego stylu, tylko postanowił przefiltrować przez swoją wrażliwość muzykę, na której się wychował, czyli rap z Zatoki San Francisco.

Lil B, Black Ken, BasedWorld Records 2017Lil B, Black Ken”,
BasedWorld Records 2017
Lil B wielokrotnie mocno akcentuje swoją małą ojczyznę („Still Run It”, „Berkeley” i „West Coast”). Berkeley, w którym raper się wychował, znane jest jako bastion artystów i naukowców z pobliskiego Uniwersytetu Kalifornijskiego. Zatoka San Francisco wypracowała przez lata własne brzmienie hip-hopu zwane hyphy (nazwa powstała z połączenia słów „hiper” i „fly”), które przez długi czas pozostawało w cieniu g-funku i gangsta rapu z Los Angeles. Lil B czerpie z muzycznych korzeni – nagrań takich artystów, jak E-40, Mac Dre i Too $hort. Hyphy to głównie muzyka imprezowa, a dobra zabawa jest w tych stronach określana jako getting dumb – ogłupianie się – raper porusza temat w kawałkach „Go Stupid, Go Dumb” i „Young Niggaz”.

Chociaż bity, które wyprodukował Based God, są bardziej dopracowane niż na jego poprzednich wydawnictwach, to jednak nie są pozbawione markowej nonszalancji i nieprzewidywalności. Na 100-minutowym „Black Ken” znajdziemy produkcje deep funkowe, electro z lat 80., trudne do sklasyfikowania outsiderskie odjazdy i humorystyczne skity, które mógłby nagrać Beck. „DJ BasedGod” i „Ride” przypominają utwory pionierów łączenia electro i rapu, takich jak Egyptian Lover czy założyciel N.W.A. Arabian Prince. Z kolei w drugiej części albumu Lil B puszcza wodze fantazji – „Turn Up” brzmi jak produkt współpracy Based Goda z Calvinem Harrisem, natomiast „Zam Bose (in San Jose)” to dziwna wariacja na temat muzyki latynoskiej.

W utworze „Free Life” Based God rapuje „I wonder about my life / 27 years old, but I feel 5”. Chociaż raper skończył dopiero 27 lat, to jest już klasykiem. Wprowadził rap w erę internetu, przecierając szlaki dla nowej generacji twórców, którzy mogą teraz wyrażać siebie przez hip-hop, bez obawy, że są zbyt wrażliwi czy dziwni.