Młodzi, media i kultura
popculturegeek.com

Młodzi, media i kultura

Mirosław Filiciak

Sposoby korzystania z treści kultury coraz bardziej rozmijają się z działaniami odpowiadających za kulturę instytucji. W dorosłość wchodzi pokolenie, które nie pamięta świata przed internetem. Czas zacząć o tym rozmawiać

Jeszcze 2 minuty czytania

Mają po siedemnaście, osiemnaście lat. O internecie i telefonach komórkowych nie myślą jako o nowych mediach – to po prostu integralna część ich życia, tak silnie zintegrowana z codziennością, że niemal niewidoczna. Nie są gadżeciarzami, nie spędzają przed ekranem komputera każdej wolnej chwili. Wolą spotykać się ze znajomymi, imprezować, flirtować. Jednak nowe technologie komunikowania towarzyszą im bez przerwy, służąc intensyfikacji spotkań i podtrzymywaniu więzi w chwilach, gdy trzeba spędzić czas z rodziną, iść do szkoły lub na zajęcia pozalekcyjne. Ich świat jest po części naszym światem. Jednak poczucie, że doskonale wiemy, jak wygląda ich życie, jest złudne.

Historie nastolatków z trzech polskich miast opisuje raport z projektu badawczego „Młodzi i media”, którym miałem przyjemność kierować. Przeprowadzone przez nasz zespół badanie etnograficzne miało odpowiedzieć na pytania: co młodzi ludzie robią z mediami? Jak nowe narzędzia komunikowania i wymiany treści wpływają na społeczne funkcjonowanie spotkanych przez nas licealistów, na ich pasje, obieg wiedzy i tekstów kultury, na myślenie młodych ludzi o samych sobie? W tym tekście nie zamierzam jednak streszczać raportu, który można przeczytać tutaj. Chciałbym się raczej zastanowić nad tym, jakie wyzwania nasze obserwacje stawiają przed instytucjami kultury. Jest ich sporo.

Świat, jaki wyłonił się z przeszło setki wywiadów przeprowadzonych przez badaczy w terenie, to świat przede wszystkim cyfrowy. Kultura jest plikiem – tekstem, zdjęciem, filmem, piosenką, który można w nieskończoność kopiować i przesyłać. Nawet zdjęcia wykonane na kliszy fotograficznej nigdy nie trafiają na papier – wywołany film zostaje zeskanowany, a fotografie zaczynają krążyć na blogach, serwisach społecznościowych, w mailowych załącznikach, na płytach i pendrive'ach. To, co analogowe, co przywiązane do fizycznego nośnika o znikomej mobilności, jest niemal bezużyteczne. Sił witalnych nabiera dopiero po digitalizacji. W tej formie treści stają się podstawowym paliwem zasilającym sieci społeczne, w których oddzielenie tego, co związane z towarzyskością, od tego, co kulturowe, jest niemal niemożliwe. W mikrosieciach społecznych, do których dotarliśmy, dzielenie się treściami kultury jest podstawową formą aktywności towarzyskiej. To spostrzeżenie musi cieszyć, bo przecież tak chętnie narzekamy, że zainteresowanie kulturą spada, a brak zaufania społecznego utrudnia wszelkie formy wymiany i współpracy.

Bogactwo dostępnych w internecie treści ułatwia dotarcie do nich, ale równocześnie przekłada się na fragmentaryzację doświadczeń kulturowych. Dziś, żeby znać te same filmy i muzykę, co znajomi, trzeba się napracować – nie wystarczy usiąść o określonej godzinie przed telewizorem lub przejrzeć pismo, które czytają „wszyscy”. Trzeba wymienić linki, uwspólnić wiedzę. Wiedzę, która w kulturze nadmiaru jest ważniejsza, niż same treści. Treści są przecież w sieci, trzeba tylko wiedzieć, czego szukać (ewentualnie o co poprosić sprawniejszego w ściąganiu z internetu kolegę). Możliwa kolizja z prawem autorskim nie jest problemem, którym wiele osób zaprząta sobie głowę.

Internet obniżył też próg trudności dla twórców – nie tylko stosunkowo łatwo jest tworzyć i przetwarzać, ale przede wszystkim łatwo jest swoje produkcje rozpowszechniać. Jednak nasz projekt pokazał, że teza o zacieraniu się granic między amatorami i profesjonalistami, a przede wszystkim twórcami i konsumentami, jakkolwiek słuszna, przesłania inny problem: brak języka, by mówić o wszelkich odcieniach aktywności lokujących się pomiędzy tymi dwoma ekstremami. Większość młodych ludzi, których spotkaliśmy, nie była twórcami, ale określenie ich mianem konsumentów byłoby krzywdzące. Poświęcali bowiem dużo czasu i energii, by zdobywać wiedzę na temat muzyki czy filmu, komentować i recenzować je w internecie, czasem przetwarzać lub redystrybuować. W poszukiwaniu inspiracji wykonywali ogromną pracę, wspierani przez znajomych, anonimowych internautów, ale też algorytmy sieciowych wyszukiwarek.

Oczywiście nie jest to ani pierwszy, ani ostatni taki wstrząs kulturowy. Większa część wymienionych tu zjawisk nie narodziła się wraz z internetem, wpisują się w procesy o znacznie dłuższej historii. Teraz jednak nabierają siły, stając się już nie wyjątkiem, a nową regułą. Tymczasem w Polsce wciąż dyskusje na ten temat toczą się na marginesie debat o kulturze. Bez odpowiedzi pozostaje więc pytanie: gdzie w tym świecie jest miejsce dla instytucji? Jak powinny definiować swoją rolę w sytuacji, gdy zarówno upowszechnianie treści, jak i wiedzy na ich temat, obywa się przeważnie bez ich pośrednictwa? Jak wybrane podmioty mają budować swój autorytet w sytuacji radykalnego zerwania z ich monopolem? Oczywiście, kontakt z pełnym pasji nauczycielem czy opiekunem kółka teatralnego, sprawnie działający dom kultury, wciąż są wartością, którą z perspektywy młodych ludzi trudno zastąpić. Ale licealiści, których spotkaliśmy, mają równocześnie świadomość, że nie są już na nikogo skazani – mają wybór. Swoje zainteresowania rozwijają bez pomocy instytucji, a jest to dziś łatwiejsze, niż kiedykolwiek wcześniej. Internet zapewnia wiele ścieżek na skróty, pozwalających na poszerzanie wiedzy. W sieci kwitną społeczności praktyki, w których wymiana informacji i nabywanie kompetencji mają miejsce niejako mimochodem, będąc często nie tyle celem samym w sobie, co efektem ubocznym kontaktów z ludźmi o podobnym hobby. Żeby w tej sytuacji móc zaproponować coś konkurencyjnego, trzeba mieć wizję i pomysł, wykraczające poza uruchamianie kolejnych stron internetowych. Mam poczucie, że tego brakuje. Gotowych odpowiedzi nie zna nikt, ale najwyższa pora zacząć stawiać pytania. I skończyć z protekcjonalnym podejściem do osób, które dla instytucji kultury powinny być najważniejsze.

Potraktujmy kulturową aktywność młodych ludzi jako – jak określiła to kiedyś Barbara Fatyga – „barometr zmian”. Rozpocznijmy poważną dyskusję o przemianach kultury i wizji działania jej instytucji, które w nowej sytuacji muszą wymyślić siebie raz jeszcze. Uzasadnić swoje bycie w świecie, w którym zdemokratyzowała się twórczość i dystrybucja, ale przede wszystkim w świecie, w którym źródłem wiedzy, rekomendacji i samych treści kulturowych są inni internauci, a „instytucjami” kultury są fora dyskusyjne, YouTube i Pirate Bay. I nie mam tu na myśli rewolucji, bezkrytycznej pogoni za adaptowaniem podpatrzonych w internecie nowinek. Zacznijmy od dyskusji takich, jak choćby postawione niedawno przez redakcję „New York Timesa” pytanie: „Czy biblioteki szkolne potrzebują książek?”. Jestem przekonany, że tak – ale zmiana polega na tym, że to już nie jest pytanie, które można zbyć ironicznym uśmiechem. Uzasadnienie odpowiedzi zmusza nas do refleksji nad zmianami fundamentów kultury, która przecież od dawna nie jest już kulturą literacką.

To tylko jeden z przykładów – lista problemów jest długa: prawo autorskie (i – nie boję się tego napisać – społeczne korzyści płynące z praktyk, które prawo w obecnym kształcie kwalifikuje jako przestępstwo), rola szkoły, status plagiatu, wzrost znaczenia zbiorowego autorstwa, upadek instytucjonalnych legitymacji tego co „wartościowe”, standardy debaty w sieci… Z tej perspektywy spory o model finansowania instytucji kultury, kanon lektur szkolnych czy – wybaczcie – sposoby promocji roku chopinowskiego, wydają się mieć znaczenie drugoplanowe.

Zmian jest zbyt wiele, by działać wyłącznie siłą rozpędu. Żeby współtworzyć przyszłość, trzeba wziąć udział w jej wymyślaniu.  Nie ignorujmy więc wskazań barometru, bo klimat się zmienia. Od naszej reakcji zależy, w jakim kierunku pójdą te zmiany i czy przyniosą więcej szkód, czy korzyści.


Raport „Młodzi i media” powstał w ramach projektu finansowanego z programu operacyjnego „Obserwatorium Kultury” Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, koordynowanego przez Narodowe Centrum Kultury. Skład zespołu badawczego: Michał Danielewicz, Mirosław Filiciak, Aleksandra Gołdys, Mateusz Halawa, Paulina Jędrzejewska, Paweł Mazurek, Agata Nowotny, Agnieszka Strzemińska, Jacek Szejda oraz Tomek Ratter.

Ten artykuł jest dostępny w wersji angielskiej na Biweekly.pl.