O nowy, lepszy pop
New People, fot. Rafał Rudzki

11 minut czytania

/ Muzyka

O nowy, lepszy pop

Piotr Szwed

New People i Rycerzyki to zespoły, których atuty doskonale by się uzupełniały. Gdyby jakimś cudem połączyć ich ostatnie albumy, otrzymalibyśmy bezdyskusyjną piosenkową płytę roku

Jeszcze 3 minuty czytania

Te zespoły bardzo wiele łączy. Po pierwsze status nadziei polskiej piosenki. New People i Rycerzyki, w czasach coraz wyraźniejszej polaryzacji gustów, odkrywania rozmaitych nisz i peryferii, mają odwagę proponować wysmakowaną muzykę środka. Po drugie, wyraźnie odwołują się do sprawdzonych wzorców złotej ery popu – pozwalającej artystom łączyć komercyjny sukces z artystyczną finezją. Wreszcie, ich albumy póki co, mimo bardzo wielu pozytywnych wrażeń, pozostawiają słuchacza z lekkim uczuciem niedosytu.

New People to niezupełnie „nowi ludzie”. Grupę tworzy siedem osób dobrze znanych z projektów takich jak The Car Is On Fire, Magnificent Muttley, Crab Invasion, Drekoty, AlaZaStary, Eric Shoves Them In His Pocket. Zespół na długo przed wydaniem debiutanckiej płyty był postrzegany jako supergrupa, a nawet muzyczny dream team. Gdyby poprosić jakiegoś dziennikarza o rozesłanie powołań do reprezentacji krajowego indie-popu, ich lista w dużej części pokrywałaby się ze składem autorów płyty. Wydany w lutym album stanowi idealne odwołanie do przedwiosennych tęsknot. Po trwającej prawie pół roku jesienio-zimie New People proponują ludziom grejpfrutowe słońce świecące nad krainą soft-rockowych inspiracji.

Słuchając aż szóstki wokalistów, można mieć poczucie, że powstał album będący muzycznym odzwierciedleniem serialu „Przyjaciele”. Alicja Boratyn, Natalia Pikuła, Jakub Czubak, Aleksander Orłowski, Jakub Sikora i Hubert Woźniakowski (do idealnego odwzorowania relacji serialowych brakuje pełnego parytetu) opowiadają o miłości, rozstaniach, życiowych zakrętach, z których jednak zawsze można wyjść bezpiecznie, mając kogoś, na kogo możesz liczyć. Nawet jeśli w „Lucky One” czy „Cityboys Moonlight Treat” melancholia zaczyna dominować nad radością, to i tak wiadomo, że zostanie ona za chwilę oswojona. Komfort bezpiecznej jazdy zapewnia realizacja konwencji określanej czasami jako mondeo pop. Muzyczna przewidywalność? Tak, ale z drugiej strony dawno nie słyszałem płyty, w której niemal barokowo wokalna wielogłosowość tak dobrze pasowałyby to historii o celebrowaniu wspólnie spędzanego czasu.

To, że cały czas znajdujemy się w sferze dźwiękowej błogości na szczęście nie oznacza nudy. Trzeba przyznać, że zespół zrobił wiele, by jego debiutancki album brzmiał spójnie i jednocześnie czarował prawdziwą obfitością aranżacyjnych rozwiązań. Niektórzy mogliby uznać, że obszerne fragmenty płyty New People to właściwie muzyka do wind. Gdyby jednak zrobić tym piosenkom test na przezroczystość, oblałyby go. Zbyt angażują słuchacza, skłaniając do podrygiwania i nucenia.

New People, New People, Toinen Music / Agora 2018New People, „New People”,
Toinen Music / Agora 2018
Pierwsza część albumu to sięgnięcie do sprawdzonych wzorców znanych z muzyki grupy Stereolab, ale zrealizowanie ich z robiącą wrażenie dynamiką. Rozleniwiające klawisze i nienachalne, kojarzące się z Fleetwood Mac gitarowe zagrywki funkcjonują tu pod dyktando sekcji zapewniającej wyrazisty, taneczny groove. Z jednej strony wszystko to, co robią New People, znamy aż za dobrze, z drugiej łączenie inspiracji w obrębie jednego utworu bywa zaskakujące. Np. „Sad Max” imponuje naturalnością, zaburzoną po chwili przesterowaną ekspresją gitar. Gdy zespół decyduje się zwolnić tempo, otrzymujemy soulową perełkę – „Cityboys Moonlight Treat”. Kunsztowne gitarowo-klawiszowe dialogi w tym utworze to prawdziwy popis wyczucia instrumentalistów, którzy potrafią zwrócić na siebie uwagę, pamiętając jednocześnie, że jej największa część powinna zostać skierowana na doskonałą w tym utworze Natalię Pikułę. 

Jeśli jest tak dobrze, to skąd mieszane uczucia? Możliwe, że najlepiej wyraża je sam zespół, chwaląc się nagraniem płyty, „po której masz ochotę wrócić do klasyków Chic i Michaela Jacksona”. Nasuwa się pytanie, czy słuchacze będą chcieli wrócić do samych New People? Czy zespół proponując erudycyjną wędrówkę po historii wysmakowanych piosenek, nie ustawia się czasem w roli autorów przewodnika, a nie głównej turystycznej atrakcji. Zamiast jeszcze odważniej ruszyć do walki o nowy, lepszy pop, występują w roli doskonałej grupy rekonstrukcyjnej. Słuchając tego niewątpliwie dobrego albumu, można mieć poczucie, że brakuje na nim jakiegoś wyróżniającego, autorskiego, wspólnego mianownika. Wyobraźmy sobie, że z płyt Jensa Lekmana znika Jens Lekman i zastępuje go kilkoro świetnych, zdolnych, nawet znacznie lepiej śpiewających wokalistów. Zostaną nam przepiękne aranżacje, zwracające uwagę melodie, aluzje do klasyki, zabraknie pozornie tylko jednego czynnika – niepodrabialnej charyzmy.

Oczywiście najłatwiej ją uzyskać, mając za mikrofonem wyrazistą postać, która przyciąga uwagę. Tego asa w rękawie zdają się mieć Rycerzyki. Gdy trzy lata temu ukazywała się ich debiutancka płyta, krytycy zwrócili uwagę na sposób śpiewania i teksty Gosi Zielińskiej. Pisano o ich dźwięczności, umiejętności kreowania indywidualnej, urokliwej, baśniowo-onirycznej atmosfery. Bartek Chaciński zapowiadał, że Rycerzyki mogą stać się dla polskiej sceny czymś na miarę zespołu Kobiety. Wielu mogło uznać to za przesadny optymizm. Ta sugestia jednak jakby powoli zaczynała się spełniać. Dwa lata temu pojawiła się Noc Muzeów (poboczny projekt członków grupy – Gosi Zielińskiej i Macieja Pitali) i zdecydowanie rozbudziła apetyt na kolejne nagrania krakowskiego zespołu. Singiel „Bzy” został doceniony przez serwis Screenagers, wygrywając ranking utworów z najlepszymi polskimi tekstami 2016 roku. Był liryczno-muzyczną miniaturą napisaną z niebywałą swobodą i pomysłowością, gęstą od znaczeń i emocji. Oczekiwania wobec drugiej płyty Rycerzyków rosły, a sam zespół, choć nie przedstawiał nowych utworów, zdawał się zyskiwać na znaczeniu. Nazwa grupy powracała w kontekście innych wykonawców i prezentowała się coraz poważniej niesiona falą nagrań artystów o pokrewnej, nieco sentymentalnej wrażliwości, takich jak Better Person, Enchanted Hunters czy Sorja Morja.

RycerzykiRycerzyki

Co wiemy dziś, po premierze drugiej płyty autorów jednego z najważniejszych piosenkowych debiutów ostatnich lat? Rycerzyków na pewno nie da się wpisać do kategorii „jednostrzałowców”, do której nawiązywał, pisząc o pierwszej płycie zespołu, Jakub Wencel. Twórcy „Kalarnali”, jeśli wystarczy im wytrwałości, zostaną z nami na dłużej. Nie tylko stworzyli sobie rozpoznawalną tożsamość, ale potrafią ją rozwijać. Pod względem muzycznym drugi album to odważniejsze pójście w stronę eksperymentów ze strukturą utworów. Coraz mniej jest w twórczości Rycerzyków piosenek, które dałoby się rozrysować w oparciu o schemat zwrotka–refren.

To także płyta dużo bardziej skomplikowana rytmicznie. Świetny, singlowy „Czerwiec” jest w sumie dla tego materiału mało reprezentatywny. To utwór skrojony pod radiowy format, euforyczna i energetyczna piosenka, nagrana z troską o dźwiękową i tekstową harmonię. Z miejsca powinna przekonać do siebie fanów Camery Obscury czy Belle and Sebastian. Jeśli jednak miałbym wybrać na singla coś oddającego skalę poszukiwań zespołu, postawiłbym chyba na „Czary”. Znana z otwierających debiut „Lentilków” umiejętność zapętlania jednego motywu, który stopniowo zaczyna zyskiwać drugie i trzecie dno, rozrastać się, a jednocześnie odrealniać – to wszystko świadczy o tym, że Rycerzyki stają się coraz bardziej pojętnymi uczniami Cocteau Twins. Nie boją się łączenia onirycznego klimatu, z którego słynął szkocki z zespół, z transowym disco-funkiem, jak w świetnym finale „Wydm”.

Z senną, nieostrą, mało oczywistą muzyką współgra temat płyty. Teksty na nią powstawały podczas półrocznego pobytu Gosi Zielińskiej na samotnej islandzkiej farmie. Taka sytuacja mogłaby sugerować, że będziemy mieć do czynienia z opowieścią o pustce, samotności, wyciszeniu. Tymczasem dostajemy album na temat trochę zaobserwowanej, a trochę wymyślonej krainy, zestaw piosenek o kontemplacji i kreacji, wyrażający wiarę w piękno rzeczywistości, ale i moc opowieści. Jeśli zwątpiliście w to, że na świecie istnieje magia, to wokalistka Rycerzyków, niczym Ethan Hawke, opowie wam w „Finwalu” o wielorybach, „przedwiecznych gigantach z głębin”, które są bardziej magiczne niż wszystkie elfy Śródziemia.

Rycerzyki, Kalarnali, Thin Man Records 2018Rycerzyki, „Kalarnali”,
Thin Man Records 2018
Śmiałe poszerzanie formatu piosenki jednak nie zawsze na „Kalarnali” kończy się dobrze. Wszelkie eksperymenty w przypadku takiego zespołu jak Rycerzyki przypominają operację na otwartym sercu. Trzeba bowiem bardzo uważać, by – dążąc o urozmaiceń – nie zniszczyć największych atutów grupy, jej znaków rozponawczych – naturalności oraz uczuciowości. Przy okazji debiutu twórczość krakowskiej grupy porównywano do Prefab Sprout, jednak Zielińskiej daleko do pod względem snucia bezpretensjonalnych, nieśpiesznych narracji do Paddy’ego McAloona. Czasem może ona wręcz sprawiać wrażenie kogoś zagubionego w roli następczyni Kate Bush czy Basi Trzetrzelewskiej. Słuchając „Wydm”, trudno uwolnić się od wrażenia, że zwyczajnie za dużo tam wokalnej ekwilibrystyki. 

Dobrze, że Gosia Zielińska postawiła ostatecznie na śpiewanie po polsku, bo jak wiadomo teksty to jej duży atut. Niestety „Kalarnali” pokazuje, że jak na razie kapitalne pomysły przeplata ona przeciętnymi. „Król” czy „Niebieski olbrzym” to piosenki, w których baśniowe rekwizyty zdają się nie mieć głębszego uzasadnienia –  warto by ostrożniej grać tajemniczością, bo w większych dawkach staje się ona banałem. Trudno zestawiać wspomniane piosenki z pamiętynymi „Bzami”, w których opis konkretnej sytuacji był jednocześnie popisem poetyckiego kunsztu, błyskotliwą zabawą dwuznacznością słów. Pod względem tekstowym „Kalarnali” jest propozycją nieporównywalnie mniej wyrazistą chociażby do zeszłorocznego debiutu Sorji Morji.

New People i Rycerzyki to zespoły, których atuty doskonale by się uzupełniały. Gdyby jakimś cudem połączyć ich ostatnie albumy, być może otrzymalibyśmy bezdyskusyjną piosenkową płytę roku. Zanim jednak te projekty okrzepną, dojrzeją i wydadzą jeszcze okazalsze owoce, są powody do radości. Wyjątkowo wcześnie, 23 lutego (tego dnia miały premierę obie omawiane płyty) rozpoczęła się polska, sophisti-popowa wiosna.