Synowski spleen
fot. materiały prasowe

10 minut czytania

/ Muzyka

Synowski spleen

Piotr Szwed

Bohater nagrań Synów nie leci w kosmos, nie przeżywa ekscytujących przygód, patrzy w lewo, patrzy w prawo, zakłada kaptur, zapala papierosa. Aż się chce wyjść z kina! Statyczność Synowskich historii sprawia jednak, że przykuwają uwagę i naprawdę niepokoją

Jeszcze 3 minuty czytania

Wśród wielu recenzji i komentarzy dotyczących drugiej płyty Synów zatytułowanej „Sen” trudno znaleźć wypowiedź, która świadczyłaby o obojętności – chłodnej życzliwości bądź delikatnym sceptycyzmie. Twórczość Roberta Piernikowskiego i Przemysława Jankowiaka (ukrywającego się pod pseudonimem 1988) albo fascynuje, albo wywołuje zdecydowaną niechęć, przywracając właściwy sens spowszedniałemu pojęciu kontrowersyjności.

„Snem” zachwycają się dziennikarze zajmujący się na co dzień tak mainstreamem, jak alternatywą. Pochwały sypią się ze strony „Polityki”, Onetu i portalu Nowamuzyka.pl. Bartek Chaciński nie ma wątpliwości, że 1988 odpowiada za „najciekawsze bity, dla tych, których nie interesuje krążenie po jednym podwórku hip-hopowych skojarzeń”. Robert Piernikowski znów przeszedł samego siebie w tworzeniu brukowej poezji. Wręcz euforycznie brzmi recenzja opublikowana w „Gazecie Wyborczej” przez Jacka Świądra, który bez ogródek pisze o wielkiej płycie.

Zdecydowanie sceptyczne jest natomiast hip-hopowe środowisko. W Rap Podkaście CGM zarzucono Synom protekcjonalny stosunek do gatunku, stylizację odebrano jako pretensjonalną zabawę, w której intelektualiści wchodzą w rolę raperów, żeby pośmiać się z ich dziwnych gadek. Robert Piernikowski został nazwany „kolejnym typem z ASP”, który instrumentalnie traktuje hip-hop. Podsumowując: tylko bitów żal. Łatwo można by zlekceważyć tę krytykę, mówiąc o zamkniętych horyzontach ludzi, którzy sztywno trzymają się zasad swojego ulubionego gatunku. Najmocniej „Sen” zgromił jednak Marcin Flint, autor bardzo często doceniający projekty odważnie wykraczające poza przyzwyczajenia stereotypowego fana polskiego rapu.

Wydaje mi się, że problem z odbiorem Synów wynika z tego, że przyzwyczailiśmy się do zbyt łatwych rozstrzygnięć: kpina albo dramat, autentyczność albo kreacja. Syny idą na przekór tym podziałom, utrudniając w wywiadach jednoznaczne podejście do swojej twórczości. Intuicyjność ich działań i swoboda, jaką pozostawiają tak otwartym na interpretacje projektem, sprawiają, że ich twórczość zaczyna żyć własnym życiem i traktowana jest czasem zupełnie nie po myśli artystów. Piernikowskiemu zdarzyło się w jednym z wywiadów narzekać na entuzjazm fanów. Obserwując reakcje wielu z nich, zdał sobie sprawę, że coś, co miało być drażniące, bolesne, niepokojące, stało się fajnym, lekkim hajpem.

Syny, „Sen”, Latarnia Records 2018Syny, „Sen”,
Latarnia Records 2018
By ze „Snu” wydobyć coś więcej niż tylko kilka zabawnych tekstów, warto potraktować ten album jak film. Namawiają do tego zresztą sami autorzy, sugerując, by podchodzić do ich kolejnych produkcji jako części uniwersum. Ten zabieg jest bardzo bliski współczesnym, poszukującym hip-hopowcom. Jeden z najbardziej obecnie cenionych polskich raperów – Oskar z Pro8l3mu – konsekwentnie na kolejnych albumach i epkach kreuje coraz to nowe postaci. W „Stówie” był 100-złotowym banknotem, innym razem ukazywał rzeczywistość roku 2046, wchodził w rolę bogacza po kilku rozwodach, by po chwili snuć historyjki o piwach spijanych z kumplami w parku. Zakładanie maski to coraz częstszy zabieg nie tylko na krajowym podwórku. Run The Jewels wskrzeszali gangsta raperski etos, ale wpisując go w karykaturalny nawias, nieustannie poruszając się między bezpośredniością a parodią. Clipping i Shabazz Palaces na swoich ostatnich płytach zaproponowali opowieść w duchu afrofuturystycznego science fiction, tworząc coś w rodzaju hip-hopowej odysei kosmicznej. Oczywiście słuchając narracji, jaką proponuje Piernikowski, na tle wspomnianych wykonawców, łatwo można odnieść wrażenie znane z „Rejsu” Piwowskiego. Bohater nagrań Synów nie leci w kosmos, nie przeżywa ekscytujących przygód, patrzy w lewo, patrzy w prawo, zakłada kaptur, zapala papierosa. Aż się chce wyjść z kina! Warto jednak w tym kinie zostać, bo podobnie jak na „Oriencie” nuda to „siła nośna”, pozwalająca wyjść poza schematy opowieści o chłopakach z blokowisk.

To właśnie statyczność Synowskich historii sprawia, że przykuwają uwagę i naprawdę niepokoją, wyróżniając się na tle opowieści o postaciach żyjących na tzw. społecznym marginesie. Silny w „Wojnie polsko-ruskiej…” Doroty Masłowskiej czy Boguś z „Made in Poland” Przemysława Wojcieszka byli buntownikami, rozdrażnionymi zastaną rzeczywistością. Białasy, czyli postacie, o których opowiadają „Orient” czy „Sen”, przede wszystkim są, trwają. Białasy nagrywają czasem „chore filmy”, białasy marzą o wyjeździe nad morze albo kupują wytwornicę dymu. Można jednak odnieść wrażenie, że ich historie donikąd nie prowadzą.

Piernikowski podobnie jak Jim Jarmusch, którego twórczość Syny często przywołują w wywiadach, mistrzowsko gra banalnością. Pokazuje świat nieudany, dziwny, ale i zaskakujący, w którym jest miejsce na dramat, ale i humor, agresję, obojętność, lecz także poezję, której doświadczenie zostało fantastycznie opisane w „Wierszach”. Niepokojące piękno słów przychodzi w najmniej spodziewanym momencie, gdy bohater otwiera okno i słyszy teksty swojego kumpla. Pisząc o poezji, Piernikowki trzyma się języka ulicy, a jednocześnie jest naprawdę poetycki: serię aliteracji („wiersze, słyszę na moim siódmym piętrze”) wieńczy antyteza, która jest żartem, a jednocześnie jak najpoważniejszym ukazaniem tego, jak doświadczenie estetyczne uwrażliwia na komplikację świata: „pojebane w chuj są te proste wartości”.


Nie zdziwiłbym się, gdyby to właśnie z Jarmuscha Syny zaczerpnęły pomysł na swój znak rozpoznawczy – zadymione koncerty, podczas których na scenie widać właściwie jedynie zarys sylwetek występujących postaci. W filmie „Inaczej niż w raju” jest scena trafiająca w sedno Synowskiej wrażliwości. Jego bohaterowie jadą zimą zobaczyć jezioro Erie, gdy jednak docierają na miejsce, mgła jest tak gęsta, że widzimy właściwie tylko ją i plecy wpatrzonego w nią trojga ludzi. Jarmusch zostawia nas z obrazem zamglonej pustki, który jest jednocześnie komiczny i dogłębnie smutny. Przede wszystkim jednak trafnie podsumowuje on tak bliskie bohaterom „Snu” poczucie porażki, towarzyszącej właściwie na każdym kroku. Syny są bowiem modelowymi przegrywami. Niby chwalą się, że byli w telewizji z „chorym filmem”, dumnie zapowiadają, że nie potrzebują stówy, „mogą się wozić z dychą”, ale te przechwałki są właściwie odwrotnością typowej raperskiej braggi. Budują etos ludzi dumnych z peryferyjności, niedopasowania, odmienności. Dlatego właśnie nie trzeba być białasem, żeby się z białasowską perspektywą utożsamiać.

„Ulica białasa, ciągnie w dół, szkoła ciągnie w dół”, słuchając „Snu”, można odnieść wrażenie, że na płytach Synów w górę zmierza właściwie tylko winda. Atmosferę przygnębienia, ale i melancholii współtworzą rewelacyjne bity tworzone przez 1988. Na tle „Orientu” prezentują się one dojrzalej, są mniej prowokacyjne w swojej szorstkości, nie epatują trzaskami czy szumem na granicy noise’u. Debiutancki „Orient” mógł się kojarzyć z muzyką Johna Carpentera czy prekursorskimi dla eksperymentalnego rapu działaniami Marka Stewarta, takimi jak album „As the Veneer of Democracy Starts to Fade”. „Sen” natomiast jest przede wszystkim hołdem dla tradycji industrialnego hip-hopu. Na przykład w „Nag Champa” pojawia się fraza „You are about to witness the quality of prime shit”.  To nawiązanie do wersu „Straight Outta Compton” N.W.A, a z drugiej strony aluzja do tytułu utworu DJ Spooky’ego, specjalisty od łączenia hip-hopowej rytmiki z dubem i ambientem. Obok prekursora muzyki czasem określanej jako illbient, w podkładach Synów odzywają się echa twórczości projektu Scorn, znajdziemy tam prawdziwe bogactwo motywów kojarzących się raz z zimną falą, innym razem z trip-hopem. Wyjątkowość muzyki tworzonej przez 1988 nie polega na oryginalności brzmienia czy nowatorskim podejściu do samplingu. Jego artyzm objawia się w tym, jak rozbudowuje motywy, przekształca je w dźwiękowe opowieści z punktami kulminacyjnymi i pointami.


„Orient” przypominał drażniący, kręcony kamerą z ręki niezależny film, wydobywający na wierzch wiele naprawdę wstydliwych historii. „Sen” to stworzony z większym rozmachem, wystylizowany komediodramat. Jest jak kino kontemplacyjne, pełne szlachetnych dłużyzn. „Chciałbyś znać nasz ruch” rapuje w jednym z fragmentów „Snu” Piernikowski i rzeczywiście – po  ewolucji, jaka nastąpiła od czasów debiutanckiej płyty, naprawdę trudno przewidzieć, jaka może być kolejna część Synowskiej sagi.

Syny wyróżniają się także tym, że do płyt dołączają angielskie tłumaczenia tekstów (z kolei teledyski do piosenek z zeszłorocznej solowej płyty Piernikowskiego miały angielskie napisy). Czy pomysł związany z przedstawieniem międzynarodowej publiczności projektu tak mocno zakorzenionego w specyficznej polszczyźnie to mrzonka? Niekoniecznie. Po pierwsze wartość podkładów 1988 sprawia, że dla wielu osób wokal Piernikowskiego i cały tak ważny lokalny kontekst ma drugorzędne znaczenie. W „Śnie” da się zobaczyć hołd złożony twórczości Molesty czy ZIP Składu, ale siłą tej opowieści jest uniwersalność. Nowa płyta Synów to wielka pochwała osiedlowego kumpelstwa, ale jednocześnie zapis miejskiego spleenu – poczucia zawieszenia, wyobcowania, niepokojów związanych z przemijaniem, pragnień zmiany życia, które opiera się na banalnym powtarzaniu znanych czynności. Konwencja naiwnego, ulicznego rapu, do której odwołują się Syny, niemalże nie istnieje. Możliwe, że prawdziwych białasów już nie ma albo też w jakimś stopniu jesteśmy nimi wszyscy.