Żadnej utopii być nie może
fot. Dominika Sadowska

6 minut czytania

/ Muzyka

Żadnej utopii być nie może

Jakub Wencel

Na debiutanckiej płycie Sorji Morji można wyczuć obecność doświadczenia pokoleniowego: niepewności, permanentnego rozproszenia i kumulujących się napięć

Jeszcze 2 minuty czytania

Pierwsze wzmianki o Sorji Morji przypadają już na rok 2012. Tyle minęło od debiutu dwóch dziwacznych piosenek, „Tajemniczego ogrodu” i „Nie myśl o niczym”. Z jednej strony wpisały się one we wszędobylską wtedy symulację lat 80. Z drugiej jednak  – wobec wykalkulowanego języka projektów w rodzaju Kamp! czy Crab Invasion – wyróżniały się swoją egzotyczną wrażliwością. Pięć lat w muzyce popularnej to okres, w którym zespoły mogą zdążyć uformować się, nagrać trochę materiału i rozpaść bez jakiegoś rozpaczliwego poczucia niedosytu. To także cała epoka, nie tylko w erze błyskawicznego przepływu informacji i trendów zmieniających się z częstotliwością scrollowania ekranu. Połowa dekady to czas, kiedy zmieniają się wrażliwości, punkty odniesienia, a skrupulatnie archiwizowane linki okazują się martwe.

W przypadku projektów, które przez pięć lat nabierają wydawniczej dojrzałości, uruchamia się mimowolne poczucie wyobcowania. Trudno go uniknąć nawet przy dużej odporności na „uspołecznianie” muzycznego gustu i poddawanie go wpływowi czynników zewnętrznych. Choćby odrobinę świadome słuchanie zawsze ciąży w stronę szukania jakiejś formy narracji, logiki rządzącej zmianą. Najbardziej skrajną formą tego doświadczenia jest oczywiście „przepaść generacyjna” i powrót do fascynacji z okresu dorastania. Pięć lat względnego milczenia po krótkim okresie, gdzie pierwsze piosenki Sorji Morji potrafiłem zapętlać długimi kwadransami, to wystarczająco, żeby wzbudzić poczucie takiego dysonansu, ale też za mało, żeby móc czuć się jak zupełnie inny odbiorca; o innej tożsamości i preferencjach.

Sorja Morja, Sorja, Thin Man Records 2017Sorja Morja, „Sorja”,
Thin Man Records 2017
To wszystko pozostaje oczywiście bardzo uniwersalne i wiąże się z najbardziej ogólnymi aspektami słuchania. Trudno mi uwolnić się od wrażenia, że debiutancki album „Sorja” to wydawnictwo, gdzie czas – rozmaicie rozumiany oraz wyrażający się na wiele sposobów – gra kluczową rolę. W końcu chyba każdy potencjalny scenariusz rozmowy z zespołem zaczynałby się od jakiejś mutacji pytania: „dlaczego tak długo?”. Samą płytę trudno nazwać do końca pełnoprawnym albumem: trwa zaledwie dwadzieścia trzy minuty, choć liczy dziesięć utworów i nie można odmówić jej intensywnego wypełnienia melodiami, wątkami, kompozycyjnymi dygresjami. Upływ czasu czuć właściwie w każdym utworze na poziomie koncepcji, temperamentu czy wrażliwości.

Pierwsze utwory sprzed kilku lat, „Nie myśl o niczym” czy „Tajemniczy ogród”, budziły skojarzenia z bujnym, lekko baśniowym dostojeństwem zespołów w rodzaju wczesnego Talk Talk. Na płycie niewiele zostało z całego tego wycyzelowanego sztafażu i – jeśli szukać skojarzeń – to w okolicach Scritti Politti, ale wyłącznie na wysokości płyty „Songs to Remember”. Wciąż bliźniaczo podobna nerwowość dwojga głosów nie szuka już dialogu z kontrastującym zewnętrzem, ale wybrzmiewa całkowicie suwerennie. Efekt końcowy wypada frustrująco temperamentnie, pomimo tego, że wybrzmiewa raczej przy użyciu powściągliwych środków, z daleka od teatralizacji. Nowofalowa dynamika, rwane wokale i ewidentnie świadomie przyduszane wszystko to, co powierzchownie mogłoby ubarwiać, upiększać czy niuansować, tworzą bardzo specyficzny, starannie równoważony miks surowości i ekspresywności. Powiedzenie, że całość brzmi jak „dobrze wyprodukowana demówka” byłoby nadużyciem. Wszystko jednak wydaje się przepuszczone przez jakiś nienaturalny filtr wymuszania efektywności, racjonalnej alokacji dźwięków. Nic więc dziwnego, że najbardziej wyraziście wypada tu szarżująca gitara, jak chyba na najlepszym w zestawie, trochę jakby wyciętym z łagodniejszych momentów „Spiderland” zespołu Slint, „Człowieku-Wilku”.

Obecne od samego początku w piosenkach Sorji przygnębienie, tutaj całkowicie otrząsa się z resztek pomagającej je oswoić melancholii. Zostają albo współczesne lęki (jak konfrontacja ze spóźnioną dorosłością w „Australii”), albo jeszcze bardziej współczesne anty-fantazje („Śmierć”); czas albo bezpowrotnie utracony, albo wrogo przechwycony. Śpiewane z pastelową manierą, poganiane nerwową pracą instrumentów, nie mieszczą się w słowniku współczesnej, apatycznej ironii. W pewnej, kontrolowanej, dozie obecnego w nich infantylizmu, tkwi zmęczona akceptacja, jakaś forma celebrowanej sielskości w codziennym doświadczaniu dyskomfortu, skutecznego oswojenia własnych lęków podczas codziennej życiowej nerwówki.

Nie trzeba wplątywać się w żadne biografizmy. Wystarczy wyczuć w tym materiale obecność czegoś, co chyba można bez zbędnych ciarek patosu nazwać społecznym doświadczeniem pokoleniowym. Doświadczeniem pełnym niepewności, gorączkowych frustracji, rozmaitych presji, permanentnego rozproszenia i kumulujących się napięć. Nie tego spodziewałem się pięć lat temu, ale ten dystans wydaje się dziwacznie pasujący. Kiedy pisałem na dwutygodnikowych łamach o krakowskich Rycerzykach, miałem w głowie Sorję Morję nadającą egzystencjalny ciężar swojej interpretacji – podobnej, eskapistycznej utopii. Tymczasem okazuje się chyba, że żadnej utopii być nie może. I zostaje tylko rewers w postaci niezbyt podatnej na wpisywanie w efektowne metafory codzienności, gdzie swój sprzeciw można co najwyżej delikatnie zanucić pod nosem.