Jeszcze 1 minuta czytania

Tomasz Cyz

NASŁUCH:
Gracze

Tomasz Cyz

Tomasz Cyz

Marek Weiss – jeden z najbardziej doświadczonych polskich reżyserów operowych, od kilku lat dyrektor Opery Bałtyckiej w Gdańsku – wciąż lubi i chce ryzykować. Ale sobotnia premiera (26 stycznia 2013) obarczona była ryzykiem chyba nawet potrójnym. Czy „Gracze” Szostakowicza/Meyera nie zmiotą z powierzchni ziemi muzyki całkowicie zapomnianego Wieniamina Fleischmanna („Skrzypce Rotszylda”), ukochanego ucznia autora „Lady Makbet mceńskiego powiatu”? Czy debiutujący jako reżyser operowy Andrzej Chyra wytrzyma pojedynek z trudną partyturą „Graczy”? Wreszcie: czy wytrzyma pojedynek z Markiem Weissem, reżyserującym pierwszą część wieczoru?

Ryzyko opłaciło się. Dodanie w prologu inscenizacji „Skrzypiec...” dwóch chóralnych kawałków Szostakowicza (wokalizy z filmu „Król Lear” op. 137 z 1970 r. oraz „Powiały wiatry” op. 104 nr 1 z (1957 r.) tylko wzmocniło lekko spłowiałą operę Fleischmanna (którą co prawda kończył Szostakowicz, ale...) i pozwoliło zbudować trwały sceniczny świat, w którym funkcjonują bohaterowie opery. A tradycyjna, w dobrym tego słowa znaczeniu, inscenizacja Marka Weissa tym lepiej pozwalała śledzić wszystkie rozwiązania wprowadzone przez Andrzeja Chyrę. Po pierwsze: traktowanie czasu, swoiste nie-dzianie się. Po drugie: aktorskie prowadzenie śpiewaków (co szczególnie nie dziwiło, bo Chyra to jeden z najwybitniejszych polskich aktorów teatralnych i filmowych, ale niewielu mogło wiedzieć, że to także reżyser i z dyplomem, i z wyraźnym – co ciekawe – własnym stylem reżyserskim, bliższym może nudzie Marthalera niż kulminacjom Warlikowskiego). Wreszcie: oryginalna zabudowa scenicznej rzeczywistości (pozornie nieistotne sprzęty i meble, równoległość zdarzeń dziejących się w różnych miejscach w libretcie, a w tym samym miejscu na scenie), wznosząca całość na poziom abstrakcji, podobna do wielkiego ptaka w rosyjskiej żołnierskiej czapce ustawionego jakby po nic w centrum sceny.

„Gracze”, reż. Andrzej Chyra, Opera Bałtycka / fot. Sebastian Ćwikła

W kuluarach mówiono, że może wystarczyło zagrać tylko „Graczy”. Chyba nie. Każdy pretekst, by zagrać lub wystawić dzieło zapomniane, jest dobry. Oczywiście, „Skrzypce Rotszylda” (według opowiadania Czechowa) nie są arcydziełem, ale kto powiedział, że tylko arcydzieła nie płoną? Polska publiczność jest bogatsza o doświadczenie jednego utworu więcej. Poza tym ci, którzy chcą, mogą wrócić do fabuły Ewy Bilińskiej z 1988 roku (z Józefem Duryaszem, Wiktorem Sadeckim i Magdą Wójcik). A wszyscy hazardziści czy miłośnicy „Wielkiego Szu” Chęcińskiego mogą mieć nowego faworyta. Także dzięki Chyrze Jacek Laszczkowski (kreujący Ichariewa) przypomniał polskiemu teatrowi operowemu zapomniane rozumienie postaci scenicznej jako organicznej jedności muzyki i teatru. Oby ta lekcja przyniosła efekty.

„W «Graczach» – mówi w opublikowanej w programie rozmowie z Andrzejem Chyrą i Małgorzatą Sikorską-Miszczuk (współpracującą przy rozwiązaniach dramaturgicznych opery Szostakowicza/Meyera) Marek Weiss – jest zawarta przestroga: jeśli uważasz, że wszystko jest tylko grą i chodzi o to, żeby wygrać, to pamiętaj, że zawsze może się znaleźć lepszy gracz od ciebie i będziesz cierpiał. Będzie bolało”. Może się okazać, że nie ma sensu pytać, kto jest lepszym graczem po gdańskiej inscenizacji. Nie bolało, może tylko glowa.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.