Jeszcze 1 minuta czytania

Tomasz Cyz

NASŁUCH:
Don Carlos w Warszawie

Tomasz Cyz

Tomasz Cyz

Jesień 2000 rok, na afiszu warszawskiego Teatru Wielkiego-Opery Narodowej „Don Carlos” Giuseppe Verdiego, dyrygował Jacek Kaspszyk, reżyserował Krzysztof Warlikowski. To była druga opera wyreżyserowana przez Warlikowskiego, ale pierwsza na wielkiej scenie (kameralny „The Music Programme” Roxanny Panufnik miał premierę pół roku wcześniej). Ta inscenizacja – bardzo źle przyjęta przez publiczność i krytykę, zbyt krótko eksploatowana (bodajże pięć spektakli), na dodatek powstała w czasie, kiedy nowy teatr ciągle był traktowany w operze jak śmiertelny wirus – jakoś ciągle tkwi w mojej pamięci.

Scenę w pierwszym akcie, kiedy Carlos i Elżbieta rozpoznają się w lesie Fontainebleau (w libretcie towarzyszą temu „salwy armatnie oraz oświetlone tarasy”), reżyser uzupełnił projekcją sztucznych ogni, która trwa aż do jej zakończenia (mimo zmiany nastroju związanego z rozkazem ojca i zgodą Elżbiety na ślub z Filipem II, ojcem Carlosa), tworząc bardzo silny kontrapunkt. Spotkaniu Carlosa z Księżną Eboli w trzecim akcie („w ogrodach królowej, w pobliżu fontanny”) towarzyszył obraz wodospadu, który w pewnym momencie przez zmianę świateł (na pomarańczowe) wyglądał jak ogień – wszystko w zgodzie z miłosną pustoszącą emocją księżnej do infanta. Duetowi Filipa i Wielkiego Inkwizytora – w oryginale umieszczonemu w gabinetach królewskich, w warszawskim spektaklu w sypialni króla – towarzyszył podwójnie odbity obraz „Chrystusa Ukrzyżowanego”. (Może było to subtelne nawiązanie do kaplicy w Escorialu, umieszczonej pomiędzy dwoma sypialniami Filipa, który przez przeszklone ściany mógł nawet leżąc patrzeć na tabernakulum.) Ten sam „Chrystus Ukrzyżowany” w więziennej sekwencji, kiedy tłum domagał się uwolnienia Carlosa, został zderzony z kronikami filmowymi z początków bolszewickiej rewolucji.

I jeszcze scena auto-da-fé z trzeciego aktu – najmocniejsza w całej inscenizacji. Na scenie rusztowanie widowni, może stadionowe, a może to, na której siedzimy po drugiej stronie rampy. Na niej żądny rozrywki tłum (władza, kler, plebs), wymachujący flagami jak na wiecach czy meczach. Skazani heretycy, ubrani jak chasydzi, idąc na stos przez widownię parteru, zatrzymują się pod Ścianą Płaczu. Ta równoległość obrazów zagłady, połączona z niesilącą się na efekt muzyką Verdiego, działała piorunująco.

W niedzielę 13 stycznia 2013 roku w Warszawie premiera inscenizacji Willy'ego Deckera z 2004 roku. Ciekaw jestem, czy po trzynastu latach będę pamiętał ten spektakl tak jak sceny z Warlikowskiego.

„Don Carlos” w reż. Willy'ego Deckera




Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.