Iwaszkiewicz: recykling
Archiwum Muzeum w Stawisku

Iwaszkiewicz: recykling

Błażej Warkocki

Opowiadanie o życiorysie Iwaszkiewicza zdążyło się już uklepać. Spróbujmy zatem wykorzystać możliwości tkwiące w prezentystycznym moralizatorstwie i wyciągnijmy z tego dziennika kilka nie tak znowu przypadkowych kartek

Jeszcze 3 minuty czytania

Na rynku księgarskim właśnie ukazał się trzeci, ostatni tom „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza, co pozwala rzucić okiem na całość tego „życiorysu, co nie służy za przykład” (wedle formuły Germana Ritza). Otrzymujemy portret dalece niekompletny (brakuje na przykład niemal w całości dzienników z dwudziestolecia międzywojennego), choć może to i dobrze. Iwaszkiewicz nie stanął w szranki z długodystansowcami polskiego dziennikopisarstwa (Żeromski, Nałkowska, Dąbrowska), dzięki czemu jego diariusz wydaje się nieco bardziej do ogarnięcia dla przeciętnego miłośnika tego gatunku. A lektura bywa frapująca, bo Iwaszkiewicz objął swym życiorysem niemal cały wiek XX: urodził się jeszcze w XIX stuleciu, a zmarł na rok przed wprowadzeniem stanu wojennego. Co więcej – przez niemal cały ten czas znajdował się w samym centrum polskiej literatury i znał wszystkich, którzy się dla niej liczyli.

Opowiadanie o życiorysie Iwaszkiewicza zdążyło się już uklepać. Spróbujmy zatem wykorzystać możliwości tkwiące w prezentystycznym moralizatorstwie i wyciągnijmy z tego dziennika kilka nie tak znowu przypadkowych kartek:

25 kwietnia 1911 roku
Jarosław Iwaszkiewicz „Dzienniki, t. III,
1964-1980”
. Czytelnik, Warszawa,
w księgarniach od grudnia 2011
Jarosław Iwaszkiewicz myśli o samobójstwie. Ma niespełna 17 lat, chodzi do męskiego gimnazjum w Kijowie i jest śmiertelnie zakochany. Kocha się w Cechnie (zwanym także Cezachną, Cezarem, Cezarionem, Cesiątkiem, Złotkiem, Najukochańszym), czyli Czesławie Peszyńskim. Ale nie tylko – także w Jurze Mikłuchno-Makłaju (zwanym częściej Chłopuszką, Chłopkiem, Jurnałą, Żorią). Najpierw w jednym, potem w drugim, ale czasami jednocześnie w obu. Przeżywa, wspomina, miota się. Tego dnia Jura obiecał, że „wymusztruje” Czesława, ale Jarosław wątpi, czy to się uda, „bo Ceś go za nos wodzi”. Idąc spać 25 kwietnia (był to poniedziałek, rano trzeba do szkoły), ma nadzieję, jak na przykładną pensjonarkę przystało, że przeziębi się i umrze.

Te najwcześniejsze dzienniki są prawdopodobnie jedną z najciekawszych i najbardziej wstrząsającą częścią. Bo młody Iwaszkiewicz nie ma najmniejszego poczucia przekroczenia, grzechu, winy. Nie zastanawia się, co pomyślą rodzice, rodzina, znajomi. W ogóle nie przychodzi mu do głowy, że jest jakkolwiek nienormalny. Nic z rzeczy, które musiałyby się pojawić u jakiegoś współczesnego Jarka, który kocha się w Czesiu. Tylko jeden jedyny raz w ciągu tego parującego od uczuć roku w jego głowie pojawia się wątpliwość: „W poniedziałek, to jest przedwczoraj, byłem u najukochańszego; miły on stale i ciągle; tak go kocham, że boję się, czy nie jestem homoseksualistą”. To bardzo ciekawe zdanie: etykieta „homoseksualista” jest szkodliwym piętnem, które może naznaczyć coś, co najzupełniej niewinne i prawdziwe: uczuciowy stosunek do bliskiego przyjaciela. Po drugie: w tej antropologicznej koncepcji homoseksualizm nie jest przeciwieństwem męskiej przyjaźni; nie jest też jest jej antonimem. Przeciwnie: znajduje się tuż obok, gdy człowiek kumpluje się odrobinę „za bardzo”. Co nam pokazuje, jak bardzo koncepcja męskiej  homo- i heteroseksualności jest zmienna i, zwłaszcza, niespójna. Im dalej w las, tym bardziej Iwaszkiewicz będzie miał problem z powiedzeniem, kogo kocha. Na przykład 15 lipca 1951 czuje się zakochany – intynsywnie i tragicznie. Ale nie dowiemy się w kim, a nawet nie poznamy płci tego kogoś. Wiadomo, mamy środek staliznimu i pewnie lepiej nie zapisywać wszystkiego. Z czasem jednak nazwisko Jerzego Błeszyńskiego (bo o niego chodziło) powróci bez żadnych zawoalowań.

W 1911 roku Jarosław Iwaszkiewicz nie mógł wiedzieć, że przeżyje Czesława i Jurę o kilkadziesiąt lat. Obaj zginą w czasie wojny.

21 lipca 1944 roku  
Dzień wcześniej Jarosław Iwaszkiewicz ociera się o śmierć. Umówił się mianowicie na obiad z młodym poetą, który pisał wiersze nieco podobne do „Oktostychów”. Obiad odbywa się w małej restauracji poniżej mieszkania Iwaszkiewicza na Trębackiej w okupowanej Warszawie. I wtedy pada zasadnicze pytanie: „skąd pan bierze pieniądze, żeby tak dostatnio teraz żyć?”. Pisarz odpowiada spokojnie: „Mój drogi – to wie każde dziecko w Warszawie. Moja żona jest współwłaścicielką Podkowy Leśnej, mamy tam place, sprzedajemy je i z tego żyjemy”. Chłopak bardzo się cieszy, kamień spada mu z serca, rzuca się na szyję rozmówcy i informuje, że tuż za rogiem czai się kolega, a niedaleko dalej grupa kolejnych i nikt z nich nie ma pokojowych zamiarów. Wszyscy razem sądzili bowiem, że Iwaszkiewicz ma pieniądze, bo „kombinuje z Niemcami”. Chłopak zatem zrywa się od stołu, wybiega z restauracji, a po chwili wraca i kończy kotleta (za który zapłacił Iwaszkiewicz).

Opowieść jest zapewne naciągana, układa się zbyt gładko, ale sama kwestia podstawowa pozostaje. Pieniądze – autor „Panien z Wilka” zazwyczaj je ma, zwłaszcza od czasu, gdy udało mu się uregulować kwestie prawne związane z majątkiem żony.

Najwyraźniej rzecz wygląda w okresie PRL. Iwaszkiewicz buduje sobie szczególną, klasowo-eksterytorialną enklawę w Stawisku. Jest pisarzem PRL-owskim, posłem na sejm, prezesem Związku Literatów Polskich. Ma szofera i pieniądze. Jest zatem człowiekiem władzy.

10 stycznia 1955 roku
Iwaszkiewicz znajduje się w Sejmie, jest przecież posłem. Tu notuje zdanie, o którym nie wie, że będzie żyło własnym, tajnym życiem: „Każda epoka ma swój styl, nawet w drobiazgach. Mogłem w maju 1936 roku chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada u Bazylianów w Wilnie. Była cudowna noc z księżycem i słowikami. Rzecz nie do pomyślenia w 1824 ani w 1954. Gdzie teraz Mickiewicz? Gdzie Miłosz, a gdzie Iwaszkiewicz? Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Karczmy Babińskie”. Widzimy, że Iwaszkiewicz potrafi być wyjątkowo abusive, choć nie uda nam odkryć, czy pisze prawdę (i być może nie jest to w ogóle aż tak bardzo interesujące, bo nadmiernie wścibskie). Dużo bardziej interesujące jest, że dzięki wydanemu ostatnio zbiorowi korespondencji Miłosza i Iwaszkiewicza „Portret podwójny” wiemy, że heteroseksualista może zakochać się mężczyźnie.

11 kwietnia 1956
W Sztokholmie, gdzie pada silny śnieg. To jeden z wielu pobytów Iwaszkiewicza za granicą. Czytając „Dziennik”, można dojść do wniosku, że autor nieustająco przebywał w różnych częściach Europy, albo miał zwyczaj dokonywania raptularzowych notatek głównie wtedy, gdy znajdował się poza domem. Najczęściej bywał jednak na Południu. Włochy były jednym z jego ulubionych miejsc wytchnienia (i pracy). A jednak kolejne podróże do Włoch i opisy malowniczych południowych uliczek nużą. Może są i ładne, ale ogromnie przewidywalne. Trudno odnaleźć coś bardziej nudnego niż Rzym czy Sycylia. Piękne opisy, ale niewiele pytań. W gruncie rzeczy podobnie sprawa ma się z muzyką, której opisy zajmują sporo miejsca w „Dziennikach”. Drobnym wyjątkiem jest moment, gdy Iwaszkiewicz zwierza się, że widział we francuskiej telewizji „Hair”. Wtedy musiał na chwilę wyjść z okopów swej estetyki i skonfrontować się z czymś, co mu się podobało, choć nie mógł zrozumieć dlaczego.

1 października 1957
Iwaszkiewicz kończy „Wzlot”, opowiadanie polemizujące z „Upadkiem” Camusa, po długich rozmowach z Jerzym Błeszyńskim, swoją wielką miłością i najważniejszym bohaterem drugiego tomu „Dzienników”. Autor zdaje sobie sprawę z faktu, że nieuleczalnie chory Błeszyński umrze niedługo później.

17 kwietnia 1964
Diarysta bawi we Włoszech i wścieka się, że sprawa, przed którą uciekł z Warszawy, dognała go i tu. Chodzi o List 34. Włoscy pisarze domagają się wyjaśnień w sprawie prześladowań protestujących pisarzy polskich od szefa ZLP Jarosława Iwaszkiewicza, który odbiera rzecz bardzo osobiście i wybucha: „Wyobrażam sobie, jakie tam gadanie, że ja wyjechałem do Włoch i siedzę tutaj. Potworne to wszystko razem, bo takie niskie, głupie i niezręczne. A przeciwko mnie – z tak głupich powodów – wymierzone. I taki zupełny brak przyjaciół. Parandowski – idiota, Andrzejewski – sam fałsz, Paweł Hertz – głupi, Jurek Lisowski – bezradny i właściwie skłaniający ucha na tamtą stronę”. Jarosław Iwaszkiewicz rozumie List 34 jako bezpośrednią przykrość wyrządzoną jego osobie i zupełnie nie potrafi zrozumieć politycznych przesłanek tkwiących w postępowaniu kolegów po piórze. Bo Iwaszkiewicz nie jest rewolucjonistą, lecz ironicznym konformistą. Zawsze po stronie władzy, takiego czy owego status quo. Pod koniec lat 60. Iwaszkiewicz trafia we Francji na wykład Herberta Marcusego. Jednak jedyne, co potrafi zauważyć, to że prelegent źle wymawia wiele francuskich słów. Nawet przez moment nie zastanawia go, o co może chodzić w studenckiej rewolcie i skąd się ona w ogóle wzięła.

10 stycznia 1974
Iwaszkiewicz rozmawia z Pawłem Hertzem o „Dziennikach” Marii Dąbrowskiej. Nie ma najwyższego zdania o tych zapiskach – mają obnażać pensjonarski umysł autorki „Nocy i dni”. Ma to zapewne związek z faktem, że Dąbrowską zawsze postrzegał jako najpoważniejszą konkurentkę do Nobla (nie zdawał sobie sprawy, że prawdziwa konkurencja czaiła się z innej strony). Warto jednak zauważyć, że Iwaszkiewicz dość często wspomina, że czyta dzienniki innych pisarzy. André Gide wraca wielokrotnie jako przykład ekshibicjonistycznej szczerości i rozbudowanego ego. Także Dąbrowska i Nałkowska, oraz Żeromski (przy okazji którego Iwaszkiewicz chwali się kilkakrotnie, że nie wkleja recenzji ze swoich tekstów do dziennika, jest zatem – jak mamy rozumieć – dużo skromniejszy od autora „Przedwiośnia”). I rzeczywiście: Jarosław Iwaszkiewicz w swym diariuszu wygląda całkiem skromnie. Stosunkowo rzadko dogryza swoim znajomym po piórze. A jednak lepiej nie wierzyć bezkrytycznie w jego zapiski. Istnieje wiele sygnałów wskazujących, że ma nieustającą świadomość, że będzie czytany przez potomnych. Że będzie zaczynem narracji o Polsce. I ma w tej kwestii oczywiście rację. Czytając „Dzienniki” trzeba zatem pamiętać, że mamy do czynienia z całkiem świadomą kreacją intymności. Dla potomnych.

2 lutego 1974 roku
Zapisuje zdanie, które potem będzie często cytowane: „«Żona mnie zdradziła, przyjaciel mnie zawiódł, dzieci mnie opuściły – zostały mi tylko psy». Powtarzam to sobie w kółko i bardzo mi jest smutno. Na szczęście żona zdradziła tylko z Panem Bogiem”. I choć nikt z cytujących nie pyta, z kim mianowicie diarysta zdradzał żonę, to zdanie to dobrze podsumowuje trudną, subiektywnie samotną, ale pracowitą starość Jarosława Iwaszkiewicza. Wszystko zaczyna się niewinnie – Iwaszkiewicz parafrazuje znaną konstatację Nałkowskiej: wszystkiego mógłbym się spodziewać, ale tego, że będę stary – nigdy. A potem, im dalej w lata 70., powraca ten sam refren: jestem stary, bardzo stary, stanowczo za długo żyję. Jednocześnie Iwaszkiewicz ciągle pracuje, pisze, tłumaczy. To nie zmienia się nigdy.

27 stycznia 1980 roku
Dzień wcześniej w Paryżu Iwaszkiewicz spotyka Irenę Krzywicką. „Stara i głupia. Że ona była zawsze słaba intelektualnie, to wiedziałem, ale teraz to jaskrawo wystąpiło, kiedy «kobietą być przestała». I ta szalona dezinformacja zupełnie nieprawdopodobna. Ona oprócz dysydentów nic w Polsce nie widzi, a dysydentów wo pierwych gawno, a wo wtorych mało [po pierwsze gówno, a po drugie mało]. Bawi mnie, kiedy pyta, czy w Polsce się coś dzieje, czy coś się pisze... Tak jak gdyby nic innego nie było oprócz idiotycznego «Zapisu»”. Jak widać Krzywicka intelektualnie okazała się dużo bardziej przenikliwa niż sądził Iwaszkiewicz, który mocno dystansował się od opozycji i właściwie odmawiał wszelkiej wartości kulturze „podziemnej”. I nie pisze tego jako oficjel, lecz najzupełniej prywatna osoba. Czy gdzieś tutaj nie czai się zaczyn jego naczelnego pomysłu na literaturę? Zawsze pisać tak, by znajdować się poza wszelkimi politycznymi podziałami.

9 lutego 1980
Jarosław Iwaszkiewicz jest we Francji i spotyka się na obiedzie z Konstantym Jeleńskim i Józefem Czapskim, i konstatuje rozziew polityczny między sobą a rozmówcami (mimo że zasadniczych kwestii nie poruszają w ogóle). Obiad mu smakuje. Cieszy się na książkę, którą znajomi mają mu przesłać. Nie wie, że właśnie dokonał ostatniego wpisu w swoim dzienniku i że za niecały miesiąc umrze.