CZYTELNIA:  Dożywocie
fot. Łukasz Kasprzycki

CZYTELNIA:
Dożywocie

Rozmowa z Michałem Witkowskim

Inteligent to już nie jest zgarbiony pan w marynarce i z fajką, który czyta Güntera Grassa i Konwickiego, ale w życiu nie był na siłowni i na solarium

Jeszcze 4 minuty czytania

AGNIESZKA SOWIŃSKA: Czytałeś w pociągu do Warszawy?
MICHAŁ WITKOWSKI: Patrzyłem przez okno. Zauważyłem, że jak się czyta, to się z podróży nic nie wynosi. Równie dobrze można by siedzieć na kiblu. Lepiej więc patrzeć przez okno.

Po raz pięćsetny na trasie Wrocław-Warszawa...
Człowiek ma tendencję, że jak się pojawia coś takiego, co się nazywa pustka albo nic, to zaraz włącza jakieś radio albo komputer – byle coś włączyć. Żeby nie było nic. Bo jakaś refleksja się może przyplątać niechcący.

No tak. Potem wypadałoby coś z nią zrobić.
Zapisać w czarnym zeszyciku.

Bohater „Drwala” ucieka z osaczającej go i wysysającej z niego soki życiowe Warszawy w okolice mocno posezonowych Międzyzdrojów, by pisać. Nie myślałeś nigdy o tym, by uciec, by czytać?
Nie muszę. Mam bardzo spokojne życie.
Zresztą ja czytam bardzo dużo, bo nie mogę spać po nocach. Czytam codziennie do czwartej, a potem gaszę światło. Ale żeby tak się naprawdę podniecić – kisiel w majtkach intelektualny – to dosłownie pięć nazwisk, wciąż te same zresztą.

Michał Witkowski

Urodzony w 1975, jeden z najgłośniejszych współczesnych polskich pisarzy. Autor m.in. dwóch zbiorów opowiadań „Copyright” (2001) i „Fototapeta” (2006) oraz powieści „Lubiewo” (2005), tłumaczonej na dwadzieścia języków (angielski przekład nominowany do The Independent Foreign Fiction Prize). Finalista Nagrody Literackiej NIKE 2006, laureat Nagrody Literackiej GDYNIA 2006, nominowany do NIKE 2007 i laureat Paszportu „Polityki” za powieść „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” (2007). W 2009 roku wydał powieść „Margot”. W 2011 zaś „Drwala”. Mieszka we Wrocławiu. Zapamiętuje wszystko, co czyta. Obecnie na jego zdjęciu profilowym na facebooku jest... Violetta Villas.

oficjalna strona pisarza: www.michalwitkowski.pl

Jakich?
To bardzo oczywiste nazwiska – wszyscy na nie czekają: nowa Masłowska, nowa Jelinek, nowy Pielewin itd. Ale to zdarza się tak rzadko, że pomiędzy najczęściej jest nowy Sieniewicz. Coś takiego, na co ja nie czekam.
Muszę więc w międzyczasie podczytywać kryminały. Bo musiałbym nic nie czytać. A na takie długie jesienno-zimowe wieczory to kryminały się akurat nadają, jeśli chce się przyjemnie spędzić czas.

Szwedzi?
Wyłącznie. I to też nie wszyscy. Bo to też jest cały świat.

W „Drwalu” bohater wzgardza kultowym „Millenium” w Empiku w Świnoujściu.
Trzeba przyznać, że akurat Larsson jest dobry. Ale jest np. taka autorka – Mari Jungstedt. Pisze totalnie płaską literaturę – ani opisu, ani nastroju, ani klimatu, ani krytyki społecznej – nic w tym nie ma. Ale są też kryminały tak gęste, że mają klimat jak z Lyncha. Takie lubię.

Twój drwal z leśniczówki nie ma szwedzkich kryminałów. Ma za to masę innych ciekawostek, jak choćby książkę kucharską Ćwierczakiewiczowej czy „Historię porcelany”.
Jeździłem do takiego kolesia, który miał same takie książki – raczej stare, i takie albumy, jak kiedyś wydawało Wydawnictwo Dolnośląskie z serii „A to Polska właśnie”. Historia stroju, historia jedzenia, historia porcelany itd. Stworzył sobie w tej pustelni alternatywny antyświat.

Ale dlaczego ty to czytałeś?
A dlaczego uznajesz to za literaturę wybrakowaną? To arcyfajna rzecz.
Ja w tej leśniczówce pisałem też „Barbarę Radziwiłłównę” i wiesz ile zgapiałem z tych klimatów? Jakieś sarmackie klimaty... „Lubiewo” też częściowo tam powstało. To na przykład z „Historii stroju” wzięły się w „Lubiewie” różne krynoliny i wiadomości jak te, że damy podczas uczty siedziały na nocnikach, bo nie było widać tych nocników pod krynolinami.
Te pułapki na wszy, o których piszę też w „Lubiewie” – czyli że nasączano wacik krwią i wkładano go sobie w perukę do takiego małego pudełeczka i wszystkie wszy tam wchodziły z całej głowy – też są stamtąd. I portrety trumienne, na których są dwudniowe dzieci w pełnej zbroi, z brzuchem – bo jeszcze nie było idei ubierania dzieci jako dzieci.
Dla mnie nie ma nic ciekawszego niż historia obyczajowości.

Sam chyba nie kupujesz książek o porcelanie?
Kupiłbym, gdybym gdzieś na taką trafił. Ale tylko u niego tę książkę widziałem.
Kiedyś kupowałem porcelanę. Ale od wszystkiego się uzależniam i bałem się, że wydam wszystko na porcelanę – a można tak zrobić... A jeszcze Ćmielów był taki bidny. Nie taki, jak ta niemiecka porcelana lejąca się od złota. Na przykład taka miska do mycia rąk i dzbanek z jednym krzywym ostem. To było takie wiejskie, piękne w sumie. Takie „Nad Niemnem”, na tej zasadzie. No z powodu wojen jest to najbardziej wytłuczona porcelana świata, więc i najdroższa.

Skoro jesteś uzależniony od zbieractwa...
Już nie jestem.

A książki?
Muszę sobie kupić średnio raz na dwa dni, bo tyle mniej więcej czytam jedną książkę.

Może zapisz się do biblioteki?
Coś ty. Tam za nowość wciąż robi „Margot” albo jakaś książka jeszcze ze dwa lata starsza. Nie, nie. Kończę jedną, kupuję drugą. A poprzednią rozdaję, albo pożyczam komuś i już do mnie nie wraca.

I nie masz nawet takiej „świętej półki” – książek nie-do-pożyczenia?
No mam.

CZYTELNIA

W 1998 roku ukazał się zbiór wywiadów Barbary Łopieńskiej „Książki i ludzie”, zawierający rozmowy z intelektualistami i pisarzami – między innymi z Marią Janion, Jerzym Turowiczem, Gustawem Holoubkiem, Januszem Tazbirem, Jackiem Kuroniem i Hanną Krall – o książkach i czytaniu, o księgozbiorach. Nawiązując w cyklu rozmów CZYTELNIA do tamtej ważnej książki, chcemy sprawdzić, jak sama czynność czytania ma się dzisiaj, prawie piętnaście lat później, kiedy wielu młodych twórców księgozbiorów już nie gromadzi, a książka – jak mówi Dorota Masłowska – staje się „ekskluzywnym hobby”. Nie chodzi tylko o stawiane zbyt często pytanie o to, czy przerzucimy się na czytniki elektroniczne i komputery, czy przedmiot zwany książką, ów plik kartek zszyty z jednej strony, przestanie istnieć. Raczej o zmiany w częstotliwościach codziennej uwagi nastawionej na słowo. Rozproszenie? Rozbicie skupienia? Cywilizacyjna choroba oczu? Ten nowy rodzaj kontaktu ze słowem jakiś przeszły świat rozbija, ale i przyczynia się do powstawania światów nowych.

Co na niej stoi?
Dostojewski kradziony jeszcze z biblioteki w latach 80. Zgrzewana okładka z plastiku i pożółkły papier, pieczątki na pierwszej stronie. Ostatnia właśnie z ‘88, kiedy ją ukradłem. „Biesy”.
Co zimę ją właściwie czytam od początku do końca. Przeczytałem ją pewnie tyle razy, ile jest zim od czasu, gdy czytam. Ze 30. Straszne to jest.
Właśnie takie rzeczy tam stoją. Takie z klasyki, ale takiej mojej, co to musi być. Nie lubię zdradzać moich tytułów. Są dosyć banalne w sumie.

I dlatego nie lubisz zdradzać, że banalne?
Bo mi się najbardziej podoba to, co przez innych i tak jest uznane za najfajniejsze, jak Dostojewski na przykład. Nie jest to tak, że potrafię wynaleźć jakiegoś nikomu nieznanego pisarza i powiedzieć, że dla mnie to tylko ten.
Ja tylko uważam za swoje odkrycie – ale to też znana książka, tylko nikt jej nie czyta oczywiście – „Metamorfozy czyli Złoty osioł” Apulejusza z V w n.e. I to jest przetłumaczone z wiersza prozą barokową.

Da się to czytać?
Tam jest wszystko – totalnie pojechane, surrealistyczne rzeczy, czary, itd. Jak z najgorszego snu. Że idzie koleś, a jego uszy stoją nad nim. Dwie czarownice sikają na niego jak śpi... A wszystko to językiem Paska – strasznie barokowym i strasznie swojsko-polskim, jakbyś „Transatlantyk” czytała.

A pokusiłbyś się o stworzenie kanonu literackiego współczesnego inteligenta? Bo to skomplikowany typ – poczyta Miłosza, a potem pójdzie na „Piratów z Karaibów”.
No bo jest postinteligentem. Ja wymyśliłem tę nazwę w „Polityce”. Jest ® nad tą nazwą. Copyright by Witkowski. Postinteligent tym się różni od inteligenta, że nie przebiera. Wszystko jest dla niego tekstem. Taka doktorantka od kulturoznawstwa potrafi zinterpretować nalepkę z butelki po oranżadzie z lat 50., XIX-wieczną operę i program telewizyjny. Czytać cały świat. Nie ma tak jak dawniej, co mnie bardzo męczyło, że inteligent to był zgarbiony pan w marynarce i z fajką, który czyta Guntera Grassa i Konwickiego, ale w życiu nie był na siłowni i na solarium. Nie miał kontaktu ze swoim ciałem, z żadnym profanum, z żadnym seksem, z niczym, co niskie. Po prostu był całkowicie zanurzony w tej kawiarni, cały był głową. A dziś nie ma takich modeli – że artysta to musi właśnie pić, palić, być przeklęty. Może spokojnie chodzić na siłownię i łykać witaminki, ponieważ jest zupełny rozłam paradygmatów, wzorców. Po prostu ich nie ma.

I tak jest lepiej?
Lepiej. Tak bym się już dawno zapił z obowiązku.

Nocami czytasz książki. A jak wstajesz? Facebook przy porannej kawie?
Jak wstaję – nie mówię, że rano – to ja właśnie piszę, a nie czytam. To jest ta pierwsza rzecz, którą robię, zanim jestem zmęczony czymkolwiek innym. Z najbardziej świeżą głową, przy pierwszej kawie. I drugiej czasem.
Bo najgorsze jest to, jak człowiek był już na zakupach, zrobił to, tamto, ma już wszystkiego dosyć, i ma jeszcze pisać. Nie. Najpierw pisanie, a potem cała reszta. Wtedy człowiek ma przypływ dobrej energii i dobrego samopoczucia.

A taki Gogol na przykład wracał po całym dniu pracy w urzędzie, siadał i pisał.
Ja też tak kiedyś robiłem. Ale to nie jest dobre. Nie ma się już tej najświeższej głowy.
Czytać to ja mogę wieczorem i w nocy, i to bardzo chętnie, bo wtedy jest ten moment, gdy mogę mieć spokój, nikt już nie zadzwoni, można wyłączyć komórkę. Najlepiej gdyby zacinał deszcz ze śniegiem, wiesz.

A jaka pora jest dobra do słuchania audiobooków? Chyba je lubisz – każda twoja książka wychodzi jako audiobook.
Nie cierpię audiobooków – ani słuchać, ani nagrywać. Uważam to za mękę, a już piętnaście godzin nagrywania „Drwala” to był koszmar. Zawsze jestem akurat chory, gdy wynajęte jest studio, zawsze mam chrypkę i wszystko mnie boli i nic mi się  nie chce.  Ale się zmuszam.
Nie umiem odmówić moim fanom, którzy kochają mnie w wersji audio (śmiech).

Wierzysz w książki?
I to jak!

Kryzys czytelnictwa podobno jest, ludzie książek nie kupują, a ty wierzysz w literaturę?
„Drwal” się sprzedał w nakładzie 35 tysięcy egzemplarzy w ciągu pierwszego tygodnia.
To chyba dobrze?

Chyba tak.
Nawet gdyby wszyscy zdechli, nawet gdyby wszyscy uznali, że już nie ma co, że już nie czytają, że będą teraz grać w gry, to mi nikt nie zabroni sobie czytać.

Ostatni bastion.
Mogę nawet siedzieć dożywocie, żeby mi tylko dosyłali tam książki.
Wiem co zrobię! Zabiję jedną krytyczkę literacką i pójdę siedzieć.

Którą?
Już ona wie. Pójdę na dożywocie, a wy mi będziecie dosyłać książki.

Jaką książką byś się zainspirował do tego morderstwa?
Podnieca mnie prosta zbrodnia. Dowiedzieć się, gdzie ta k... mieszka, wziąć tłuczek do mięsa, bo czego innego na nią (krytyczkę) szkoda i walić, aż będzie tatar. A potem od razu pójść do kapitana Borewicza, osunąć się na kolana i się przyznać we łzach... I niech fani z Facebooka dosyłają nowe książki i gumy z nikotyną.
Byłbym pewnie też wypożyczany. Bo bym miał nawijkę. Tak jak Stasiuk opowiada w „Murach Hebronu” – byłbym wypożyczany pod cele, żeby opowiadać.

Nie powiesz, która to krytyczka?
Nie. Ale w zastępstwie mogę zabić Kingę Dunin, która w dwutygodnik.com napisała recenzję „Drwala”.

W więzieniu podobno kiepsko karmią.
Seks za to jest (śmiech). Będzie seks i literatura, wszystko więc będzie dobrze.

Przy takim przerobie – są książki, których byś w ogóle nie tknął?
Mnóstwo. O proszę, tu obok leży biografia Jana Twardowskiego. Na pewno tego nie tknę. Ksiądz-biedronka, nie ksiądz-paradoks. Obok leży Danuta Wałęsowa, na pewno tego też nie tknę. Violę Villas może tknę, jak dostanę z wydawnictwa za darmo. Miłosz, Herbert. Miłosza nigdy nie lubiłem, manię Herberta przechodziłem w liceum i już do tego nie wrócę.

Jak to? Absolwent polonistyki?
Jeśli już, to ja jestem Jelinkowo-Warlikowski. 
Studia nie miały na moje życie żadnego wpływu. Ja czytałem o wiele więcej i przed, i po.
Jak byłem mały, Wharton strasznie mi się podobał. Byłem w nim po prostu zakochany. Ach boże, ten nastrój Ameryki, ci chłopcy, te boiska, och, cóż to za świat w ogóle. No i kryminały, oczywiście.
Lektury na studiach to była jakaś kropla w morzu moich lektur. Studia nie były w stanie nic we mnie zmienić. Nie wiem po co studiowałem, dzisiaj mówiąc. Prawdopodobnie jakiejś ogłady tam mimo wszystko nabrałem. Ale nikt normalny nie brał już wtedy na poważnie takiej klasyki, a już na pewno nie Herberta i Miłosza.

Na moich studiach brano ich absolutnie poważnie.
Ale po zajęciach szliście pewnie na Warlikowskiego.
Miłosza za dobrze znam, by mógł mi się jeszcze kiedykolwiek spodobać. Podobnie jak Herberta. Mam z nimi taki problem, że obaj są w pewnym etosie, a etos ten jest mi kompletnie obojętny. Nie obcy właśnie, tylko obojętny. Są dla mnie zbyt XX-wieczni. Gdyby odjąć komunę, to by naprawdę ciężko było ich dalej czytać. Są zawieszeni między dwoma stronami żelaznej kurtyny. Nie tak po chamsku, jak co gorsi, że się musieli opowiadać po jednej albo drugiej stronie, ale cały ich świat jest oparty na honorze, na obowiązku, na całym tym moralnym kręgosłupie, którego ja nie mam kompletnie. Cała polska literatura dzieli się od dawna na tych co wartości budują i na tych, którzy je podważają, relatywizują. Czyli na linię Mickiewicza i linię Gombrowicza. I ja jestem z tej drugiej, dlatego nigdy nie napiszę powieści „Skrzypce”.

Pewnie nie wierzysz więc w listy „100 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią”?
Wiesz, ja czytam mniej więcej jedną książkę dziennie, jedną na dwa dni, miejmy nadzieję, że dużo więcej niż sto książek jeszcze przeczytam. Ale jeśli chodzi o klasykę, mam też jakieś straszne braki. Wcale mi się nie chce czytać takich rzeczy, których w swoim czasie nie przeczytałem, typu Faulkner, typu „Wilk stepowy”. Nie mam takich ciągotek, żeby to uzupełniać. Chyba że widziałem film i stwierdzam, że to musi być zajebiste, tak jak „Lot nad Kukułczym Gniazdem”, wtedy pójdę, znajdę tę książkę i przeczytam.

Czasami sytuacja też to wymusza – na przykład się jest nad morzem i jest tylko buda z tanią książką. I tylko poradniki typu „chcę schudnąć” i właśnie jakaś zakurzona klasyka. Wtedy się niechcący kupi jakiegoś Dickensa, żeby nie kupić „100 sałatek”. I w któryś deszczowy wieczór przeczyta się jakiegoś „Moby Dicka” czy coś, czego się dotychczas nie przeczytało i miało się już nigdy nie przeczytać. W takich sytuacjach rzeczywistość jest w stanie mnie zmusić do przeczytania niechcący czegoś z zapuszczonej klasyki. Zazwyczaj mi się te Moby Dicki podobają w końcu.