Piszę na chodzący
fot. Kulawiak

17 minut czytania

/ Literatura

Piszę na chodzący

Rozmowa z Marianem Pilotem

Język sam mi się wymyśla. Proceder, nad którym nie sposób zapanować, a który tyleż pomaga, co utrudnia pisanie. Piszę zdanie i z miejsca tracę nad nim panowanie. Marny ze mnie literat

Jeszcze 4 minuty czytania

AGNIESZKA SOWIŃSKA: Był pan ostatnio w Siedlikowie?
MARIAN PILOT
: Fizycznie – 10 czerwca zeszłego roku, na uroczystości z okazji 750-lecia wsi. Faktycznie – długo przed tą uroczystością. Bo nie chciałem zjawić się w tym dniu w swojej rodzinnej wsi z pustymi rękami. Chciałem swoim ziomkom coś podarować. Czy raczej – kogoś. To jednak wydawało się niemożliwe. Mówi się, że chłopi są zaledwie nawozem historii. Chłopskie dzieje smołą w kominie pisane… Nie mogłem nikogo znaleźć, żadnej twarzy. Puste nazwiska najwyżej… Cudem z przepaści nieistniejącej historii mojej wsi wyłoniła się osoba z krwi i kości: Dorota Król, córka młynarza z Siedlikowa. Spalona na stosie w Kaliszu AD 1613.

Czarownica?
Ironia losu: Odkryłem jedyną osobę w całej historii mojej wsi, która ocalała w pamięci dzięki temu, że spłonęła na stosie.
Proszę, to jest początek protokołu z jej rozprawy.

„Miała była naprawić bydło panu Szkulskiemu czernyszą, oczyną, prosa kwiatem, warząc w wodzie, omywając je, ale nie naprawiła. Maraniny, żeby mąż z nią dobrze mieszkał, naprawiała bielonym szalejem”...
Wysoka literatura, intensywna… Protokół obszerny, sąd miał trzy posiedzenia. Podczas pierwszego Dorota nie przyznała się do niczego, na drugim, po torturach, przyznała się do wszystkiego, oskarżyła wielu ludzi. Za trzecim razem wszystko odwołała. Powiedziała, że ma świadomość tego, co ją czeka i chce umrzeć w prawdzie. Jedyna pani na całej siedmiusetletniej historii wsi Siedlików, czarownica.

I jak przyjęto tę nowinę?
Z zaskoczeniem i oszołomieniem… Dziś nie ma w Siedlikowie nikogo z rodu Królów, ale heroiczna córka młynarza nie zostanie zapomniana, to już nie jest możliwe. Dorota jest na czele ogromnej gromady spalonych w XVII wieku na stosie kobiet – profesor Bohdan Baranowski twierdzi, że było ich na obszarze I Rzeczypospolitej około 10 tysięcy (a na terenie Rzeszy – zgoła 25 tysięcy) – czy mogą zostać porzucone? Znaczy to, że prawie każda wieś ma w swojej zapomnianej historii jakąś Dorotę Król. Ta potężna armia mogłaby, wyobrażam sobie, walnie wesprzeć dzisiejsze ruchy kobiece, tymczasem wszelkiego autoramentu feministki jakoś nieszczególnie wydają się być tymi problemami zainteresowane…

Marian Pilot, Niebotyki. Wydawnictwo Literackie, 444 strony, w księgarniach od lutego 2017Marian Pilot, „Niebotyki”. Wydawnictwo Literackie, 444 strony, w księgarniach od lutego 2017... nie upominamy się o te Doroty Król?
Coś tu z paniami jest nie tak, nie tylko u nas. W Niemczech rehabilitacją „czarownic” na wielką skalę zajmuje się od lat pastor Hartmut Hegeler, który jeździ od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka i skłania lokalne władze, by przywróciły tym kobietom ze stosów godność ludzką. Ma na swoim koncie tysiące zrehabilitowanych! W Polsce, o ile wiem, pierwszy proces rehabilitacyjny miał miejsce w Słupsku za prezydenta Biedronia. Ja, nie przymierzając, przynajmniej krzyczę o sprawiedliwość dla swojej krajanki… Proszę się przyłączyć, pani Agnieszko!

Rozpoznaje pan dziś w Siedlikowie wieś swojego dzieciństwa?
Nie ma żadnego porównania między tą wsią, którą opisuję w swojej ostatnio wydanej powieści „Niebotyki a dzisiejszym osiedlem. Kiedyś to była niesłychanie licha, jak na wielkopolskie warunki, wieś, ludna, prawie 2000 mieszkańców, ale z małym drewnianym kościółkiem z drugiej połowy XVIII wieku, chałupy jeszcze w XX wieku pod słomianymi strzechami. Niemcy w czasie okupacji nadawali wszystkim okolicznym wsiom własne nazwy. A na Siedlików – piaseczki, pagóreczki, laseczki – nie mieli pomysłu i nazwali go Alte Hütte i już: Stare Budy.
Ale Budy są malownicze, gaje, laski, jak się rzekło – dookoła bory i dziś tu już mało wsi, sprowadzili się i pobudowali swoje rezydencyjki wrocławianie, osiedlili się na emeryturze górnicy z niedalekiego Górnego Śląska, letniskowe domki. Mieszkają tu też urzędnicy z Ostrzeszowa, z Ostrowa Wielkopolskiego nawet, kaliszanie. Jak mało która wieś w Polsce mają też dawne Stare Budy swojego europosła, rdzennego siedlikowianina zresztą, Andrzeja Grzyba.

Pięknie, ale mnie smutno, nikt tu już nie mówi moim pierwszym językiem, dawną siedlikowską gwarą.

Nikt już nie został?
Ja już kilka lat temu wpadłem w popłoch, już wtedy tylko gdzieś po kątach mieszkający starzy ludzie po siedlikosku godali, cała reszta już naszym wspólnym językiem radiowo-telewizyjnym perorowała. Z gardła dziadom wiekowym wydzierałem te dawne nasze słowa. Bo oczywiste było, że za chwilę całkowicie zaniknie gwara, która jest u podłoża mojego pisania. I tak się stało. Ale zdążyłem sporządzić słownik gwary siedlikowskiej. I kto wie, czy w tej chwili nie jestem tą jedyną osobą, która mogłaby rozmówić się z Dorotą Król.


Od jakiego słowa by pan zaczął tę rozmowę przez wieki?
Od jakiegokolwiek. Szczocha.

To będzie coś brzydkiego…
Siusiumajtka. Dłubiny…

Dłubiny – piękne słowo.
Obierki. Bo pyrki się dłubie. A jaja trzepane?

Jajecznica?
Kogel-mogel.

Kiedy pan zrozumiał, że w gwarze siedlikowskiej tkwi pana siła?
Na studiach dziennikarskich miałem ćwiczenia z młodym, świetnym lingwistą, Mieczysławem Szymczakiem. Dość mi było powiedzieć jedno zdanie, by precyzyjnie określił, że ja z Alte Hütte. I on mi powiedział ważną rzecz: że mianowicie każdy Szwed mówi swoją gwarą i jest z tego dumny. I żebym tak bardzo nie przykładał się do tego sztywnego języka Parandowskiego, tylko pisał po swojemu. Wyluzował mnie.
Niektórych rzeczy do dziś dnia nie potrafię określić inaczej niż tylko słowem siedlikowskim.

Na przykład?
Kiedy o kobiecie powiem, że jest w chachlatej sukni, to co mówię?

Marian Pilot

Urodził się 6 grudnia 1936 w Siedlikowie, wsi w Wielkopolsce. Pisarz, scenarzysta, dziennikarz, autor słuchowisk. Autor m.in. „Osobnika”, „Pantałyku”, „Zakazu zwałki”, „Bitnika Gorgolewskiego”, a także „Słownika dawnej gwary Siedlikowa”. Laureat Nagrody Literackiej NIKE 2011 za powieść „Pióropusz”.

Wydane w lutym 2017 „Niebotyki” to zbiór opowiadań oraz mikropowieści powstałych w ciągu ostatniej dekady. Książkę otwiera zbiór miniatur literackich, czasami zaledwie kilkuzdaniowych. Mikropowieść „Boskie dziecko” napisana jest z perspektywy „małego knajtka”, pojawiają się tu figury z dzieciństwa pisarza, m.in. wywołująca zmarłych bezręka Aniela Cudno czy ukrywający się w stodole Białożyd Jajor, którego „knajtek” żywi kradzionym jedzeniem. W kolejnej mikropowieści „Albo życie” przenosimy się „do Auszwicu”, jak mawiają wiejscy bohaterowie Pilota. W „Godach” młody bohater z miasta odwiedza na wsi wdowę, Plądercelinę, która opowiada mu swoje życie przed i po śmierci męża – który właściwie do końca nie umarł, został „Plądrem Pokutnikiem”. W ostatnim opowiadaniu „Zabawka wodna”„durak i opętaniec gada z durczaką i opętanką” – narrator odwiedza swoją ciężko chorą, umierającą przyjaciółkę. Wszystkie te opowieści napisane są swoistym językiem, który źródło ma w gwarze Siedlikowa.

Połatanej?
Chachlata to taka obszerna, obfita, szeroka, luźna, ciut niechlujna, niedbała suknia. Tyle słów, a i tak chachlata to jest jeszcze trochę inna kiecka…

Przeklina pan też w gwarze siedlikowskiej? Chętnie słuchałabym na ulicy wyzwisk, którymi ojciec obrzuca w „Bożym dziecku” bezręką Anielę Cudną: ty ciorcio diabelska, oblodro jedna, stworzicielko obrzidła, diachrzyco, gwiździelo.
Choć obyczaje były surowe, bieda z nędzą, to najgorsze klątwy, jakie słyszałem w dzieciństwie brzmiały „ty ciorcie”, „ty pieronie”, a do kobiety „ty pierono” czy „ty cholero”. Może jeszcze: „ty chorobo”. I takie enigmatyczne: „ty motyko” (z tym, że „motyka” to była u nas „dziabka”). Musieli przyjść Ruscy, by zaczęły się te wszystkie kurwamacie. Dopiero Ruscy, bo od Niemców nie można było niczego zaczerpnąć, oni nie mają praktycznie żadnych zdolności „w tym temacie”. Zdolności klątewne to mają właśnie Rosjanie i Węgrzy.

Wymyśla pan język?
Sam mi się wymyśla. Proceder, nad którym nie sposób zapanować, a który tyleż pomaga, co utrudnia pisanie. Piszę zdanie i z miejsca tracę nad nim panowanie, mam trzy warianty tego prostego zdania. Który wybrać, medytuję, decyduję, następne zdanie piszę i apjać to samo, słowa się mnożą, siedlikowskie, sienkiewiczowskie, wiechowskie (bośmy na Pradze)… Marny ze mnie literat, trudno wiele upisać, ciągle w niepewności będąc, ciągle szamocząc się ze słowami.

Jak się panu słucha dzisiejszej polszczyzny?
Przeraża mnie nawała angielszczyny. Za chwilę ktoś, kto nie ma choćby podstaw angielskiego, przestanie cokolwiek rozumieć. Co chwilę pojawia się nowy termin, nowe słowo, nazwa itd. Zawsze tak było – polszczyzna zniosła atak i czeszczyzny, i niemczyzny, i francuszczyzny, i ruskiego przecież. Ale ta nawała jest o wiele bardziej groźna. Do tej pory język polski miał swoje zaplecze w gwarze tysięcy wiosek i miasteczek. Dziś te źródła zanikły niemal zupełnie. Polszczyzna stoi naprzeciwko angielszczyzny goła i bosa.

Choć tu, na Targówku, zdarza się jeszcze jakieś słowo nowe usłyszeć, jakieś powiedzenie. U budowniczych metra chociażby. Takie choćby zdanie tajemnicze: „Z niemca powiedział, że ją kocha”. Z niemca = z nagła? Intrygujący wynalazek.

Podsłuchuje pan ludzi?
Namiętnie. Łażę po piwiarniach – chciałem powiedzieć: pubach, tam jeszcze się gada, plecie trzy po trzy, opowiada. Starzy kolejarze, emeryci z FSO, młodzi metrowcy, ci „z niemca”.

Pewnie też często wychodzi pan na spacery?
Jak powiadam – po pubach łażę, po świecie chodzę, w gruncie rzeczy to ja jestem pisarz chodzący, chodaczkowy… Jeśli cokolwiek przychodzi mi do głowy – jakaś literatura – to na chodzie. Na szczęście mam gdzie chodzić, nawet teraz w te ciężkie smogi: cmentarz bródnowski mam pod bokiem, jeden z największych w Europie. A umarli łaskawi, pozwalają oddychać czystym powietrzem.

Na cmentarzu też się stale coś dzieje. Ostatnio właśnie mieliśmy taki oto przypadek: na jednym grobie stała piękna figura Matki Boskiej. I nagle, miejscowi złodzieje – czy złoczyńcy – ukradli tej figurze głowę. Szum, jazgot, płacze, policja chyba weszła w akcję. Ale głowy nie odnaleziono. Pod figurą modły, kwiaty, z wolna rodził się kult Matki Boskiej Bezgłowej. Ale figurę usunięto.


A jak nie na cmentarz, to dokąd pana nogi niosą?
Tuż obok, zaraz za cmentarzem mamy – jeszcze mamy, ale prawie już nie mamy – Folwark Bródno. Czyli dawny PGR Bródno. To było wspaniałe miejsce. Oaza wiejskości.
Stajnie, obory, chlewnie. W stajniach kucyki, ale i konie policyjne wspaniałe… I psy. Moja wnuczka Zosia, gdy do nas z Anglii przyjeżdżała, nie potrzebowała iść nigdzie dalej – tylko na Folwark. Patrzeć, jak się kozy doi... Lubiłem słuchać gadania babci kozodójki.
Niestety zostało to sprzedane i będą tam teraz mieszkania ludzkie pobudowane, rezydencje.

Śmierć ma jakieś siedlikowskie określenie?
Kojtnął, tojtnął… Ale to na umieranie słowa, na samą śmierć nie. Wszyscy byli raczej milkliwi wobec śmierci. By jej nie wywoływać.

W „Niebotykach” hula w najlepsze. Choć bolesna, zdaje się być oswojona.
Mój ojciec mówił, że śmierci się nie boi – boi się umierania. I w tym jesteśmy zgodni. Jako sześciolatek chodziłem z ojcem na cmentarz kopać groby, opanowałem śmierć dość dokumentnie…

W wieku sześciu lat?
Zmarł grobowy – tak się mówiło u nas w Siedlikowie na grabarza. I niemiecki sołtys wyznaczył mojego ojca na grobowego. A być grobowym to był wtedy wstyd. No, ale nie było wyjścia. Odmowa w najlepszym razie mogła oznaczać wywózkę na roboty do Rzeszy. I mój ojciec, dzielny żołnierz, był bardzo marnym grabarzem. Bał się cmentarza. Gdy przychodziło do kopania grobów, brał mnie i szliśmy razem na cmentarz. Ojciec kopał grób, a ja łaziłem po tym cmentarzu wśród grobów-kopczyków usypanych z ziemi. No i zdarzały się koszmarne rzeczy. W związku z tym, że były to ziemne groby, ojciec kopał na oślep. I dokopywał się czasem do, użyjmy takiego drastycznego powiedzenia, do żywych trupów.
Wpadał w histerię, wrzeszczał, żebym natychmiast do niego przyszedł.

Pana bohaterowie próbują oswoić nawet „Auschwitz” – mówią „u nas w Auszwicu”.
Auschwitz to węzeł fundamentalny naszej cywilizacji. W tym punkcie ona się skończyła – albo zaczęła. Ja jestem z pokolenia, które miało jeszcze zgoła bezpośredni styk z tym Auschwitz. Ojciec już prawie tam był.

Opowie pan?
Kapral WP we wrześniu '39 uciekł z transportu do stalagu. Był w domu, ale Niemcy mieli go na oku. Aresztowany został kolejny raz wraz z grupą podobnych uciekinierów. Stoją w szeregu, na stacji kolejowej w Kępnie, czeka ich załadunek do wagonów. I nagle komenda: kto nie chce jechać do Auschwitz, wystąp.

Podejrzane…
Kaprys esesmana. Übermensch może wszystko: zastrzelić na miejscu – ale i darować wolność znienacka. Ojciec znał niemiecki, zdumiał się, ale pomyślał: no, nie chcę jechać… Pociągnął za rękaw sąsiada, wystąpili obaj, ktoś jeszcze dołączył. I niespodziewanie wrócił ojciec do domu. Ale wciąż po niego przychodzili. Często znikał wieczorami, krył się (często nawet w swej grabarskiej budzie, gdy mu przeszły cmentarne lęki), matka chodziła zdenerwowana.


A pan?
Ja miałem na to reakcję lunatyczną. Chowałem się w oborze, w żłobie. Miałem jakieś 6 lat, pasłem wtedy już nasze dwie krowy, u nich czułem się najbardziej bezpieczny.

Stale w domyśle Auschwitz…
No i lęk przed wywózkami na roboty w głąb Rzeszy. Ale to mniejsza, rzeczywiście – zaś Auschwitz szeptem, Auschwitz pełnym głosem. Pełnym głosem przemawiał taki gość w cywilu, ze szpicrutą w garści: hycel, ale hycel ekstra, niebywały, rozglądał się za psami dla lagru w Auschwitz. Nie nadał mu się nasz burek oczywiście, schował się do budy głęboko, kiedy na niego huknął.

No a szepty nieustające… Do Auschwitz łapanki na porządku dnia, ale też, rzadko niezmiernie, czyjś powrót niespodziewany. Taki wyzwoleniec milczał, bąknął czasem słówko, szeptem, szeptem właśnie coś powiedział. Ale i jego słowa, i jego milczenie potrafili rozszyfrować i na swój sposób opowiedzieć inni. Po wojnie te powieści głośniejsze, ale bardziej jeszcze skłębione, dziksze – do niesamowitości… Byłem już duży, dużo pamiętam.

O szyciu sukienki batem na nagiej Żydówce, które opisał pan w opowiadaniu „Albo życie”?
Tak. Ale też na przykład pikantne i obrzydliwe opowieści z auschwitzkiego burdelu, które kolportowali moi starsi szkolni koledzy. Zaś ojciec jednego z kolegów, który wrócił z obozu, gaduła, z wielką emfazą opowiadał o magiku, który zorganizował sobie komando wszy.
Szkolił je, opiekował się nimi, karmił je nawet własną krwią, one zaś słuchały jego rozkazów. I swojego komendanta.

Ale po co to wszystko?
To była właściwie lagrowa broń atomowa. Bo czego się najbardziej bali esesmani?

Wszy właśnie?
Strach powiedzieć, ale tego, czego dziś z łaski Naczelnego Polaka boi się cały naród polski – zarazków. Weszka na kołnierzu najdzielniejszego esesmana – i sraczka, rzucał übermensch wszystko, pędził do szpitala, szczepił się, dezynfekował, i tak dalej.

I on szczuł tymi swoimi wszami Niemców?
Komando dokonywało cudów. Sam widok maszerujących w ordynku wszy robił piorunujące wrażenie. Wesz, sprawująca zwierzchnią władzę nad KL Auschwitz – co za wspaniały koncept!

Nie podjął go pan.
Ciągle mnie nęci. Ale może powinien go podjąć ktoś bardziej zuchwały.

Był pan w Auschwitz?
Raz. Bez chęci. Towarzyszyłem znajomemu rumuńskiemu dziennikarzowi. Patrzyłem, rzec można, martwym okiem na to wszystko niepojęte, zastygłe w koszmarnym kształcie.
Zbawczego komanda wszy wypatrywałem – dla rozrywki.

Żadnych wrażeń.
Zimna kalkulacja. Polityczny projekt, jaki wtedy zrodził się w mojej głowie, wyłożyłem w swojej powieści „Zakaz zwałki”. Zasadzał się on na tym, by obszar KL Auschwitz-Birkenau z przyległościami przekazać Niemcom na wieczność jako niepodzielne ich dziedzictwo, pomnik ich kultury, techniki, obyczaju, militarna zdobycz w skali tysiącleci. Projekt, jak z perspektywy dziesięcioleci widać, rewolucyjny, ale rozumny, rozsądny, rzec można, wiekopomny. Z odrobiną goryczy myślę – czemu politycy nie czytają powieści, zwłaszcza rodzimych autorów? Mój racjonalny projekt nie został urzeczywistniony, Auschwitz pozostał polski, chociaż jest niemiecki, nigdy do końca nie pojmie tej prawdy nawet bardzo rozgarnięty rumuński dziennikarz, niezależnie od tego, jak świetną francuszczyzną przewodniczka mu ten stan rzeczy przedstawi.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.