Język robotów
fdecomite / Attribution 2.0 Generic

Język robotów

Agnieszka Mirahina

Literatura się rozwarstwia, elektroniczne źródła tekstów nie są przeznaczone dla naszych oczu. Popatrzmy na trzy elektroniczne projekty, za przedmiot biorące polską literaturę

Jeszcze 2 minuty czytania

Surrealiści byliby pewnie szczerze rozbawieni na wieść, że między „jawą” i „snem” jest też „java skrypt” – język robotów towarzyszący literaturze jak cień; i to cień będący dla niej źródłem światła, bo nie widzimy już tekstów bez tekstów robotów, w języku naturalnym bez oprogramowania. Kto jeszcze pisze bez oprogramowania?

Literatura przeżywa dziś swoją „wizję liczb”, pisana już nie w jednym języku, ale w dwóch. Język naturalny i język oprogramowania – łączy je relacja niepodobna do niczego; to już nie język źródłowy oraz plik przekładów, to po prostu drugi język. To samo sedno literatury nowomedialnej – nie puszmy się jednak zbytnio tym określeniem, bo idzie o literaturę, jaką mamy tu i teraz, o literaturę, jaką znamy; aby się spełniła, choćby jako blog albo chociaż list, musimy pisać także dla robotów, komputerów – dla maszyn. Musimy porozumiewać się z nimi w którymś z ich języków; w językach oprogramowania, językach znaczników. Aby to sobie uświadomić, wystarczy „odsłonić” jakikolwiek stworzony dziś tekst. Niech za przykład posłuży niewielki fragment listu – w którym przypominane są słowa André Bretona. Proszę zwrócić uwagę na kodowanie polskich znaków.

Najpierw „zasłona”, oto  list:

Kiedy Breton rzucił w swoim manifeście: przyszłe piękno będzie konwulsyjne albo nie będzie go wcale – to co? Fantazmatycznie, intuicyjnie to rzucił, ale przez sto lat można sobie te słowa przypominać przy tak wielu artystycznych i nieartystycznych okazjach.

A teraz „odsłona”, oto ten sam list – jego tak zwane źródło:

<div dir=3D"ltr"><span style=3D"font-size:12.8=
00000190734863px">Kiedy=C2=A0</span><span class="3D""" style=3D"background:rgb(255,255,204)"=
>Breton</span><span style=3D"font-size:12.8000=
00190734863px">=C2=A0rzuci=C5=82 w swoim manife=C5=9Bcie: przysz=C5=82e pi=
=C4=99kno b=C4=99dzie konwulsyjne albo nie b=C4=99dzie go wcale -- to co? F=
antazmatycznie, intuicyjnie to rzuci=C5=82, ale przez sto lat mo=C5=BCna so=
bie te s=C5=82owa przypomina=C4=87 przy tak wielu artystycznych i nieartyst=
ycznych okazjach.</span><br>
</div>

Pierwsze to tekst ludzi, drugie tekst robotów. Cyfryzacja jest bowiem bardzo malownicza – dla ludzkiego oka elegancko ukryta. Na naszych oczach, na naszych ekranach mamy tylko „ikonostas”. Ale to język robotów jest źródłem tej i każdej innej strony, a i sam edytor tekstu jest już przecież tekstem – programem napisanym w którymś z ich języków (noszących zresztą bardzo ładne nazwy, takie jak Java albo Kaskadowy Arkusz Stylów). Wszelkie zaś skojarzenia z surrealizmem są tu w pełni uzasadnione, skoro powyższa odsłona tekstu wygląda jak kpina; jak żart lub katastrofa, jak złamane słowo. Co obiecywano? Pewną gładkość tekstu. Brak kantów, wybrzuszeń i bezproblemowość. Tu literatura się jakby rozwarstwia; w lekturze wciąż piękna, ale chorobliwie. Dla człowieka powyższe nie jest już czytelne; to nie jest lektura, chyba że „nieludzka” – przypominająca w formie pęknięcie rogówki, odklejenie siatkówki, zaćmę albo jaskrę (albo rozcinanie oka brzytwą w filmie „Un chien andalou”). Faktycznie jednak tak wyglądają źródła naszych tekstów; co więcej, źródła tych tekstów nie są przeznaczone dla naszych oczu. Możemy je oglądać przez pryzmat odsłony; takiej jak wyżej „podwójnej ekspozycji”. Podwójna ekspozycja była sztuczką wykorzystywaną w XIX wieku w fotografiach mających prezentować duchy; szerokiej publiczności, jak dziwne zwierzęta – „duchy” umieszczano w klatkach, tyle że filmowych. Wszystko nad wyraz surrealistyczne: duch ludzki „przyłapany na klatce”, jako dzikie zwierzę, w kliszach po romantyzmie. Wtedy więc była to fotografia – mokra albo sucha jako trzask migawki – cyfryzacji zaś nie zdradza nawet szelest. Szata jest graficzna, suknia jest cyfrowa; bardziej dyskretna.

Cyfryzacji nie zdradza żaden szelest, bo papier i książka to elektronika. To także oczywiście spotkanie liczby i litery w jednym. Pisze się więc już nie tylko dla ludzi, ale i dla robotów, w języku robotów, pisze nie tylko wiersze, ale i wiersze poleceń – aby te pierwsze wiersze zostały przez roboty odczytane, wykonane i przedstawione w takiej formie, w jakiej „chciał tego poeta”. Charakterystyczne jest, że elektroniczne projekty Ha!artu sięgają do bardzo poetyckiej tradycji literatury polskiej, do Czyżewskiego i Schulza; twórczości poetyckiej i papierowej. Tym sposobem interfejs się legitymuje „fałszywym papierem”, kryjąc pod nim „swoje zwoje” – maszynowe ciągi cyfr.

Popatrzmy na trzy elektroniczne projekty, za przedmiot biorące polską literaturę. Dwa projekty krakowskie i jeden warszawski, czyli Korporacja Ha!art oraz Laboratorium Leksykograficzne „Artes Liberales”:

„Bałwochwał”

Schulzowska gra paragrafowa, „Bałwochwał” Mariusza Pisarskiego i Marcina Bylaka, przypomina pierwsze tekstowe gry przygodowe, w których kierowało się grą (tekstem) przy pomocy krótkich komend. Ta „nowa” lektura Schulza zachowuje faktycznie oniryczny klimat prozy i wciąga w lekturę, zamiast oddalać; nie jest to tylko zasługą muzyki, ale i tego, że wciąż, jak w przypadku tradycyjnej lektury, bardziej niż kliknięcie liczą się ruchy gałek ocznych, ze snu rodem, z fazy REM; czyli samo zwyczajne tekstu czytanie. A to jest przecież sieciowy barometr – im więcej kliknięć, tym mniej lektury.

„Cyfrowe zielone oko”

Odrobinę skromniej wydaje się wypadać projekt poświęcony poezji formistycznej Tytusa Czyżewskiego, czyli „Cyfrowe zielone oko” autorstwa Urszuli Pawlickiej i Łukasza Podgórniego. Na pewno trzeba docenić inwencję, jednak zbyt duży tu rozstrzał pomiędzy zamiarem twórców a efektem. Bo też trzeba powiedzieć i to, że na przykładzie Ha!artowych projektów widać także pewien stylistyczny problem literatury nowomedialnej – chodzi o sposób, w jaki opowiada o sobie samej. Jest zbyt przegadany, przerysowany, chwilami aż nazbyt pretensjonalny – używający zbyt mocnych, zbyt  „modnych” określeń w stosunku do tworów, z rosnącą tendencją do „grubej przesady”; całkiem niepotrzebnie. Ma to miejsce w komentarzu Łukasza, dedykowanym jednemu z podrozdziałów projektu, do „Oczu tygrysa”. Tylko mały fragment, niech będzie radykalizm:

(…) Należy zwrócić uwagę na radykalną krytykę wypracowanych przez wieki kryteriów literackości, poetyckie środki zostały tu niemal całkowicie zastąpione bodźcami plastycznymi i dźwiękowymi, które przy odpowiedniej wyobraźni – zdaje się sugerować Czyżewski – zrobią nam tak dobrze, jak mało która metafora. (…)

Trochę nas Podgórni bierze tu na „piękne oczy”, bo też radykalną krytyką wypracowanych przez wieki kryteriów literackości „Oczy tygrysa” z pewnością nie są. Trochę bujdy i bajania jest chyba jednak potrzebne wszelkim eksperymentatorom – czystej fantazji, kwasu, wody, „pamiętaj, chemiku młody” itd. Obydwa projekty zostały udostępnione na stronach krakowskiego wydawnictwa.

„Bogactwa mowy polskiej”

Pracą o zupełnie innym charakterze i dużo większym zakroju jest projekt wydziału „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego. Dotyczył on prac badawczych nad całkowicie zapomnianym (na rzecz słownika Lindego) XIX-wiecznym słownikiem języka polskiego – czternastotomowym dziełem życia ks. Alojzego Osińskiego, noszącym roboczy tytuł „Bogactwa mowy polskiej”. Jedyny jego egzemplarz – rękopis – zachował się w zbiorach biblioteki we Lwowie. Oto zamysł projektu:

„Bogactwa mowy polskiej” stanowią oryginalną metodologicznie i bardzo istotną kulturowo kodyfikację ówczesnej normy językowej, którą można określić jako normę literacką lub – w dzisiejszych kategoriach – jako normę wysoką. Niesprzyjające okoliczności nie pozwoliły jednak słownikarzowi opublikować dzieła. Dlatego nadrzędnym zadaniem laboratorium jest opracowanie naukowej edycji słownika A. Osińskiego.

Aby uświadomić sobie istotę zakrojonych prac, wystarczy zobaczyć zeskanowaną kartę samego słownika i wyobrazić sobie, jak przenoszone i gromadzone są wszystkie jego hasła; jak zostają oddane procesom cyfryzacji. W tym (i każdym innym) słowniku wszystkie oczywiście słowa są po prostu „poetyckie”; jednym z najbardziej niezwykłych jest chyba „obłoczystość” (która kiedyś znaczyła „zebranie obłoków”).

Lwowska Narodowa Naukowa Biblioteka Ukrainy im. Wasyla Stefanyka

Intrygujące, że dla współczesnego czytelnika te stare rękopisy są tak samo nieczytelne jak języki „przyszłości” i oprogramowania. Mówiąc o cyfryzacji, trzeba jednak przyznać i to, że pojawienie się w literaturze drugiego języka, funkcjonującego w niej na równi z naturalnym, to właściwie nic nowego; to tylko spektakularny powrót do źródeł. W końcu pismo powstało w celach gospodarczych, pismo to mienie, rejestr, inwentarz – rozwój zaś pisma wiąże się z handlem, z ciągłym liczeniem i przeliczaniem, z cyfryzacją wszystkiego. To się nazywa księgowość albo buchalteria, od wizji do prowizji „w zmęczeniu sił i uczuć” – jakby w obliczu tych wszystkich języków z całą ich matematyką, „królową nauk”, „panią od precyzji”, rozdział pomiędzy liczbą a literą „jawił się w Java” rozdziałem zamkniętym:

więc kończy się obłęd i zaczyna błękit
apel jasnogórski marsz częstochowski

brzemię pustynia i gniew –

(Artur Rimbaud, „Sezon w piekle”)