Podwójny kochanek to ja

10 minut czytania

/ Film

Podwójny kochanek to ja

Katarzyna Przyłuska-Urbanowicz

W „Podwójnym kochanku” psychoterapię najbardziej przypomina to, co udaje, że jest tylko jej mroczną konsekwencją. To wiwisekcja procesu, będącego po trosze zamieszkiwaniem we własnym ciele, po trosze snem, romansem, pościgiem, porodem, a po trosze – osobistym śledztwem, rodem z pierwszorzędnego kryminału

Jeszcze 3 minuty czytania

„Podwójny kochanek” zaczyna się w pochwie, a kulminuje w gardle. Zabiera nas w podróż do wnętrza ciała, jak bohaterów kultowej francuskiej kreskówki „Było sobie życie”. To z tej anatomicznej perspektywy (dobrze znanej zresztą nie tylko z bajek dla dzieci, ale – czego dowiódł choćby Gaspar Noé – także z bajek dla dorosłych) zobaczymy badanie ginekologiczne, a godzinę później z radością wojerysty będziemy obserwować, jak w szparze głosowej wzbiera uwalniający krzyk orgazmu. Szyjka macicy i krtań – w filmowych kadrach bliźniaczo podobne (a bytów bliźniaczo podobnych będzie tu więcej) – staną się metaforami stłumionego, a potem wyswobodzonego pragnienia.

Rzecz dotyczy bowiem psychoanalizy, a więc procesu toczącego się gdzieś pomiędzy odbierającym siły symptomem a towarzyszącą integracji „ja” eksplozją energii. Anatomia ciała każe nam penetrować anatomię doświadczenia terapeutycznego, ze wszystkimi jego prawidłowościami i anomaliami, z twardą nieuchronnością jego procesów – i jego nieoczekiwanymi zwrotami akcji.

Pacjentką będzie grana przez Marine Vacth przepiękna Chloé (jej imię znaczy: „młody pęd”), o której soczystych ustach można by napisać osobny tekst. Z ust tych, odrębnych niemal od swej właścicielki i pętających nas jak ręka kelnera w kawiarni Querandi, wypływa, słowo po słowie, cały świat, całe wyszeptane melodyjną francuszczyzną uniwersum znaczeń. A że psychoanaliza jest „terapią mówioną”, usta Chloé zdecydują tu o wszystkim: także o nieuchronnym, kończącym terapię – lecz bynajmniej nie film – romansie dziewczyny z psychoanalitykiem Paulem (Jérémie Renier). François Ozon, który dał się już poznać jako zręczny konstruktor zaskakujących historii, również tym razem zadba, by dostarczyć nam fabularnych niespodzianek: łagodny, nieinwazyjny, przestrzegający etyki zawodu Paul będzie miał – jak się okaże – brata bliźniaka, także psychoterapeutę, używającego wszakże radykalnie odmiennych niż jego własne technik terapeutycznych. Kiedy Chloé zorientuje się, że otaczająca ją rzeczywistość jest tajemniczo zdublowana, rozpocznie śledztwo, ujawniające kolejne niepokojące podwójności. W ten sposób wkroczymy w świat sobowtórów, chimer, kotów szylkretowych i aberracji chromosomalnych. Mnożyć się nam będą przed oczami lustra, zwidy i omamy. Jak bohaterka, zaczniemy powoli wątpić w status realności – ale i w status opowieści Ozona. Coraz więcej będzie tu tropów, nawiązań, cytatów i aluzji. Do „Dziecka Rosemary”, do „Obcego”, do „Nierozłącznych”, do „Nimfomanki”. Do zmitologizowanego już w humanistyce „Pochodzenia świata” Courbeta, do rysunków Bataille’a, do wyobraźni Hitchcocka. Serio to wszystko czy już ironicznie? Przenikliwie czy irytująco banalnie? Freudowsko, Jungowsko i Lacanowsko czy po prostu – kampowo?

„Podwójny kochanek” powstał na podstawie powieści „The Lives of Twins” Joyce Carol Oates, kilkukrotnie nominowanej do Nagrody Pulitzera profesorki Uniwersytetu Princeton. Powagę fabuły zdaje się więc wspierać literacki i akademicki autorytet. Oates jako pisarka uwielbia jednak zrodzoną w XVIII wieku powieść gotycką, w której – jak pamiętamy – Susan Sontag widzi przecież jedno ze źródeł estetyki kampowej. I rzeczywiście: gotyckich śladów w „Podwójnym kochanku” nie brakuje. Znajdziemy tu upiorny klimat, niewinną dziewczynę, pułapki, zbrodnię oraz fascynację mrocznymi zakamarkami ludzkiej psychiki, ale przede wszystkim – także typową dla tego gatunku – parę przeciwstawnych bohaterów: szlachetnego Paula i diabolicznego Louisa. Gotyk zostaje wszakże przez Ozona potraktowany ironicznie, przepuszczony przez filtr psychoanalitycznych metafor i filmowych aluzji. Próżno więc rozstrzygać, co jest – jak choćby w „8 kobietach” – poszlaką w kryminalnej zagadce, co erudycyjnym ozdobnikiem, co prześmiewczym cytatem, a co zuchwałym reżyserskim blefem.

Przykład? Chloé, czekając na wizytę u psychoterapeuty (a potem także u jego brata bliźniaka), zanurza palce w doniczce ze storczykiem. Nie patrzy jednak do środka i niczego tam nie szuka, jakby po prostu chciała podotykać jego dolnej części. Po co jednak, na Boga, macać roślinę w poczekalni? A czy pamiętacie, co storczyk ma w doniczce? Oczywiście kłącze. A czym jest kłącze w filozofii? I kto w 1980 roku wprowadził tę figurę do świata współczesnej refleksji? A przypominacie sobie, że jeden z autorów konceptu, Félix Guattari, był nie tylko filozofem, ale i psychoterapeutą, radykalnym psychoanalitykiem, szkolonym i badanym przez Jacques’a Lacana? Który, jak wiadomo, był posiadaczem Courbetowskiego „Pochodzenia świata”? I czyż nasycony aluzjami do psychoanalizy Lacanowskiej „Podwójny kochanek” nie ma struktury kłącza – pozbawionej centrum, rozrastającej się we wszystkich kierunkach, szalonej tkanki znaczeń?

„Podwójny kochanek”

A może jeszcze inaczej: słowo „orchidea” pochodzi od greckiego órkhis, oznaczającego jądro lub jajnik (okrągły kształt mają bowiem korzenie niektórych gatunków z rodziny storczykowatych). Czy nie powinniśmy więc pójść raczej tropem erotycznym? Lub genetycznym, zwłaszcza, że tyle miejsca poświęca Ozon fenomenowi ludzkiego i zwierzęcego chimeryzmu? 

A może Chloé, macając odrośla storczyka, dotyka samej siebie – „młodego pędu”? Bo czyż nie na tym ostatecznie polega psychoanaliza? 

Oto – jak zgrabnie ujęła to kiedyś Marguerite Yourcenar – „delirium interpretacji, do jakiego przyzwyczaiła nas epoka postfreudowska”. Cokolwiek o „Podwójnym kochanku” powiemy, będziemy mieli rację. Wszystko tu do czegoś odsyła. Nachalnie i trywialnie, ale też, na modłę kampową, zachwycająco. I wszystko tu było już gdzieś indziej. W tekstach kultury – i w życiu. Potencjalnie zawierając w sobie owo „wszystko”, najnowszy film Ozona – niczym milczący psychoanalityk – świetnie spełnia więc rolę ekranu naszych projekcji. Jak test Rorschacha (także zresztą z upodobaniem stawiany nam tu przed oczy) zaprasza do snucia prywatnych skojarzeń. Patrzę więc prywatnie całkiem – i co widzę?

Pominę błahy zapewne fakt, że też mam w gabinecie storczyki. I że psychoanalityk Paul do złudzenia mi kogoś przypomina. Istotniejsze, że przebiegające w klimacie grozy, kampowej przesady i mroczego humoru prywatne śledztwo Chloé doskonale ilustruje to, co rzeczywiście dzieje się podczas procesu psychoterapii. Paradoksalnie, faktycznym obrazem terapii staje się tu jednak to, co w filmie terapią już (lub jeszcze) nie jest. Zaglądającą do wnętrza ciała Chloé ginekolożkę gra ta sama aktorka (Dominique Reymond), która wciela się potem w rolę interpretującej sny Dr Agnès Wexler. A czyż sny nie są rodzajem objawów? I czy ich opowiadanie nie bywa równie intymne, co badanie ginekologiczne? Idąc dalej: obraz dwóch psychoterapeutów, z których jeden staje się partnerem idealnym, a drugi – chutliwym brutalem (jak therapistthe rapist w „Lolicie” Nabokova, którego motyw sobowtóra interesował przecież szczególnie), to nic innego jak dobrze znane w psychoterapii zjawisko rozszczepienia, czyli doświadczania ważnej dla nas osoby (na przykład psychoterapeuty) naprzemiennie jako wyłącznie dobrej lub wyłącznie złej. A skoro o doświadczaniu mowa, to czym innym, jeśli nie właściwym dla psychoterapii zanurzeniem w ciele jest przesiadywanie Chloé w galerii sztuki współczesnej, gdzie dziewczyna znajduje pracę jako strażniczka i gdzie akurat prezentowana jest sugestywna wystawa poświęcona cielesności? Rozbrzmiewa wtedy przepiękna muzyka Philippe’a Rombi, a kamera mimochodem obejmuje krwiste i mięsiste eksponaty – po freudowsku niesamowite fragmenty życia.

„Podwójny kochanek”, reż. François Ozon„Podwójny kochanek”, reż. François Ozon. Francja 2017, w kinah od 25 sierpnia 2017I jeszcze (tu zdradzam ważny szczegół fabuły): odnaleziona przez Chloé w toku śledztwa dziewczyna – niegdyś zgwałcona, ledwo oddychająca, odizolowana od świata i przykuta do łóżka – ma przecież, jak upiorny Doppelgänger, jej własną twarz. Kontakt z nią jest ograniczony, bo dawno temu padła ofiarą rozgrywki między Dobrym i Złym. Kto przeprowadzał w gabinecie terapeutycznym podobne prywatne śledztwo, zna smak takiego wstrząsającego rozpoznania: to żałosne, ledwo żywe, obolałe coś, to ja. Oto mój mroczny, potworny bliźniak, którego wolałbym nie znać. Gdyby, oczywiście, nie moje objawy… 

Wreszcie (zdradzając kolejny szczegół): kiedy dociera do mnie, że Dobry i Zły mogą być jednym i tym samym, odkrywam w sobie coś dziwnego. Wyłazi ze mnie (jak u Ridleya Scotta, jak u Romana Polańskiego) abiektalne straszydło, ksenomorf, diabelski pomiot. Mieszanina wściekłości, bólu, obrzydzenia i kto wie, czego jeszcze, której zrodzenie – choć przerażające – ostatecznie przynosi ulgę.

Najbardziej terapię przypomina tu zatem to, co udaje, że jest tylko jej mroczną konsekwencją. „Podwójny kochanek” – symetryczna, choć zarazem niedbale rozlana plama Rorschacha – to wiwisekcja procesu, będącego po trosze zamieszkiwaniem we własnym ciele, po trosze snem, romansem, pościgiem, porodem, a po trosze – osobistym dochodzeniem, rodem z pierwszorzędnego kryminału. „Nie daj się zwieść pozorom” – głosi jednak hasło reklamowe filmu. Jeśli naprawdę ciekawi cię, jak smakuje doświadczenie terapeutyczne, obejrzyj raczej „Manchester by the Sea”, który w ogóle nie jest o psychoterapii, ale którego reżyser wychował się w świecie nowojorskich psychoanalityków i czuje sprawę jak mało kto. U Kennetha Lonergana nie ma intelektualnych popisów ani wstydliwego chowania się w konwencji kampu. Nie ma wiwisekcji. Jest coś ważniejszego, czego u Ozona ostatecznie zabrakło: napływająca nam do oczu i gardeł, dławiąca siła tego, co niewypowiedziane.