Jeszcze 1 minuta czytania

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

ALFABET NOWEJ KULTURY:
H jak hipertekst

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

W roku 1882 Friedrich Nietzsche, u którego nawracające migreny powodowały pogłębiające się kłopoty ze wzrokiem, kupił maszynę do pisania. Gdy jakiś czas później jeden z jego przyjaciół stwierdził w liście do filozofa, że od czasu zakupu styl Nietzschego stał się jeszcze bardziej telegraficzny, ten odpowiedział, że narzędzia, za pomocą których piszemy, wpływają na nasze myśli. A co z narzędziami do czytania?

Pod koniec lat trzydziestych XX wieku Vannevar Bush, amerykański inżynier i myśliciel, wyobraził sobie memeksa – mechaniczne przedłużenie pamięci. Hipotetyczne urządzenie przechowywało całą wiedzę zebraną przez badacza w sposób bardziej wydajny niż tradycyjna biblioteka podręczna. Memeks był bowiem niewielki – miał rozmiar biurka. Dzięki zmechanizowaniu pozwalał w mig docierać do poszukiwanych treści. Ale, co najważniejsze, unikał prostych schematów indeksowania – takich jak na przykład biblioteczne systemy katalogowania alfabetycznego czy przedmiotowego. W ich miejsce miał imitować ludzką zdolność do swobodnego łączenia idei poprzez skojarzenia.

Użytkownik memeksa mógł określać powiązania między archiwizowanymi ideami i faktami, łącząc fragmenty wiedzy w ścieżki. Memeks oprócz informacji zawierał siatkę opartych na skojarzeniach ścieżek, pozwalających użytkownikowi chyżo przemierzać labirynt wiedzy. „Jak gdyby surfował na fali” – chciałoby się powiedzieć. „Ważny jest proces łączenia dwóch rzeczy ze sobą” – pisał Bush. Jego wizja biurka wyposażonego w czytnik mikrofilmów, rozliczne wajchy i przyciski, aparat fotograficzny rozmiarów orzeszka oraz czytnik kart perforowanych, nieznośnie się przez ponad pół wieku zestarzała. Przetrwała jednak wizja systemu swobodnego wiązania ze sobą drobnych elementów wiedzy i kultury, oraz przeświadczenie o jego znaczeniu.

W roku 1968 Roland Barthes opublikował esej „Śmierć autora”, w którym pisał o tekście jako wielowymiarowej przestrzeni, tkance cytatów, w której porusza się czytelnik – i to on, a nie autor, za każdym razem „składając” tekst, nadaje mu znaczenie. W tym samym czasie Doug Engelbart, inżynier-wizjoner, zaprezentował pierwszy działający system komputerowy wykorzystujący mechanizm odnośników łączących ze sobą pliki tekstowe. Ted Nelson, pracujący wówczas nad podobnym projektem, nazwał tego rodzaju system hipertekstem.

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Tim Berners-Lee, fizyk pracujący w CERN-ie, wymyślił sformalizowany język opisu dokumentów hipertekstowych (Hypertext Markup Language), protokół do przesyłania takich dokumentów między komputerami (Hypertext Transfer Protocol) oraz program do ich oglądania o nazwie WorldWideWeb. Wynalazki Berners-Lee, uruchomione na komputerach podłączonych do gwałtownie rozwijającego się wówczas internetu, pozwoliły stworzyć sieć WWW. Dziś kliknięcie w odnośnik hipertekstowy jest bodajże najczęstszą czynnością wykonywaną przez każdego internautę.

Tym samym linearna narracja została ostatecznie zastąpiona przez model bazy danych – możliwość tekstu, a nie w pełni gotowy obiekt. Czytanie przekształciło się w proces, w którym czytelnik musi wziąć udział już nie tylko na poziomie interpretacji, ale też dokonując manifestujących się kliknięciami na linkach wyborów. Coś, co było kiedyś wyrafinowaną praktyką wyrzucających autora z tekstu literaturoznawców, stało się podstawowym sposobem obcowania ze znakami. Jak określiła to kiedyś amerykańska psycholożka Sherry Turkle: „komputery sprowadziły postmodernizm na ziemię”. Lub – jak powiedziałby inny ekspert od mediów cyfrowych, Lev Manovich – strategie awangardy zostały wbudowane w struktury oprogramowania.

Kultura sieciowa jest kulturą linków, kulturą, której elementy są w sposób naoczny ze sobą połączone. Wyrażone dotychczas implicite sieci powiązań stały się publiczne, a odnośnik – zapis powiązania – jest nową formą kulturową (o której znaczeniu najlepiej świadczy fakt, że niektórzy próbują objąć odnośniki systemem prawa autorskiego). Oczywiście, wraz z upowszechnieniem hipertekstu nie zniknęły artystyczne eksperymenty literackie. Jednak dla młodego pokolenia ludzi, którzy naukę pisania zaczynają od stukania w klawiaturę, a czytania – od klikania przyciskiem myszki – mozaikowość tekstów nie jest już niczym niezwykłym. Staje się podstawą uczestnictwa w kulturze.

Czy dzięki tym zmianom mamy większą kontrolę nad przekazem? I tak, i nie. Praktyka pokazuje że system linków ułatwiających poruszanie się między fragmentami tekstów, sam staje się gmatwaniną. Ponadto powiązania wybiegające z każdego jej fragmentu w głąb całokształtu kultury powodują coś na kształt reisefieber, utrudniającej skupienie się na treści widocznej tu i teraz. Coraz częściej cierpimy na rodzaj czytelniczego ADHD. Ile razy w trakcie lektury tego tekstu zaglądaliście w inne miejsca Sieci? Zamiast ścieżek mamy więc rozprzestrzeniające się we wszystkich kierunkach, nieuporządkowane kłącza. W końcu i nasze umysły bardziej niż ogród francuski przypominają Puszczę Białowieską.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).