Jeszcze 2 minuty czytania

Adam Lipszyc

GMINA CENTRUM: Cała gmina w błyskawicach

Adam Lipszyc

Adam Lipszyc

Tylko z pozoru protesty mają charakter obronny. W istocie to rewolucyjne manifestacje nowego, wolnego, pewnego siebie życia, które – jak ze zdumieniem i zgrozą odkryła władza – ma się już całkiem nieźle

W czwartek 22 października odbiliśmy się od zamkniętej bramy cmentarza na Okopowej. Chcieliśmy zajrzeć do mamy w jej urodziny, ale – jak się okazało – z powodu pandemii cmentarz otwarty jest tylko w niedzielę. Pewnie słusznie, choć nie wiem, kto właściwie miałby tam się tłoczyć. Prawie wszyscy i tak już tam leżą. Albo gdzie indziej, gdzie trochę mniej ciasno. Tak czy owak, wyszło nam to w sumie na zdrowie, bo w rezultacie urodziny mamy uczciliśmy pierwszą wizytą w parku Zachodnim, otwartym po wielomiesięcznym remoncie. Ten park to trawiasty spłachetek niepodal Dworca, a jakże, Zachodniego – pozostałość po dawnych ogródkach działkowych. Do dziś rosną tam owocowe drzewa, które pięknie kwitną na wiosnę, a do niedawna można się było tu i ówdzie natknąć na ukryte w trawie resztki fundamentów. Do niedawna, bo właśnie z tego poletka zrobiono całkiem prawdziwy park, z ławkami, placem zabaw, wyrajem dla deskorolkarzy i koszem do koszykówki, opatrzonym napisem „Zakaz wieszania się na koszu i tablicy”. Park jest po prostu wspaniały, więc triumfalny przemarsz odnowionymi alejkami dobrze nam zrobił – zwłaszcza że tego dnia oficjalna liczba zakażonych po raz pierwszy przekroczyła dwanaście tysięcy. Łaziliśmy po parku, gapiliśmy się na całkiem żywych ludzi, a ja, żeby dodać sobie otuchy, powtarzałem sobie w głowie: „Jeszcze zatańczymy”.

Dobrego humoru nie starczyło na długo: po południu dowiedzieliśmy się o wiadomym werdykcie. Już człowiek myśli, że jest na wszystko gotów, a tu proszę – cios prosto w ryło. W debilnym filmie „Maska” jest taka scena, w której zielony Jim Carrey (a fu!) wyczarowuje spuszczadło do kibla: ciągniesz i oto szalony kiblowirek wciąga niedobrych ludzi. W czwartek po południu chciałem mieć takie spuszczadło. Chciałem, żeby bajkowy wilk-chuchadełko rozchuchał ich głupie domki. A tu nic: ani spuszczadła, ani chuchadełka. Ale za to była demonstracja – i to, owszem, właściwie pod domem, na dzielni.

Solidna demokracja zasadza się, mówią, na trójpodziale władzy. Te władze mają swoje siedziby w naszej gminie. Tymczasem jednak demokracja poszła się gwizdać, diabli wzięli przesławny trójpodział, więc i te siedziby z każdą chwilą tracą na znaczeniu. Władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą zastąpiły pozrastane ze sobą, spotworniałe organy knucia, kombinowania i pośpiesznej produkcji bezprawia, podporządkowane jednemu bardzo niemiłemu człowiekowi, który nie ma nic do stracenia i którego ciekawią wyłącznie sposoby umacniania własnej władzy – bo przecież nie takie nudy jak edukacja czy służba zdrowia, ludzkie potrzeby i nieszczęścia czy choćby pandemia.

Z nieomylnym wyczuciem tej sytuacji i jej przestrzennych konsekwencji czwartkowi demonstranci przemaszerowali spod siedziby niby-trybunału, czyli władzy pod-dyktando-przyklepawczej, pod siedzibę szefostwa partii rządzącej, czyli władzy potajemnie-ustalawczej (tam dołączyłem, bo mieszkam niedaleko), a wreszcie pod prywatny dom na Żoliborzu, właściwą siedzibę władzy jak-ma-być-orzekawczej, władzy za-wszelką-cenę-u-władzy-się-utrzymywawczej. Tak, budynki przy Szucha, Nowogrodzkiej i Mickiewicza to zasadnicze punkty anatomii tej monstrualnej narośli, która opanowała naszą gminę – i wszystkie inne.

22 października wieczorem nikt jeszcze nie mógł wiedzieć, że to dopiero początek. Tym większe wrażenie zrobiła na mnie ta w sumie przecież niezbyt liczna, improwizowana demonstracja. Wraz z grupką innych starców próbowałem zawyżyć średnią wieku, ale bezskutecznie: tak wtedy, jak i w następnych dniach ulica należała do tej fantastycznej młodzieżerii – zagniewanej, zdeterminowanej, dzielnej. Właśnie dlatego, że było ich, było nas stosunkowo niedużo, patrzyłem na tych ludzi z podziwem, a szok i rozpacz, które wywołał we mnie ten kurewski wyrok, niepostrzeżenie i niepowstrzymanie metabolizowały się we mnie w poczucie dumy, że moją gminę zasiedla tak wspaniała ekipa. Pewnie inaczej bym śpiewał, gdybym na etapie Teatru Komedia nie wsiadł na rower i nie popedałował z powrotem do domu, innymi słowy, gdybym załapał się na gaz pieprzowy, którym stróże prawa poczęstowali demonstrantów. Ale już następnego dnia było nas przecież naprawdę dzikie mnóstwo – niewiarygodny był ten płynący środkiem gminy strumień ludzi, którzy znaleźli się tam nie ze żmudnego, kodziarskiego obowiązku, lecz z poczucia bezdyskusyjnej oczywistości – a potem już poszło. Cała gmina w błyskawicach.

Młodzieżowy i młodostudencki charakter tych protestów jest oczywiście ich najważniejszym wyróżnikiem. Kto pogapił się trochę na to wkurzone, ale nie nabuzowane, po jakiemuś spokojne i całkiem serdeczne towarzystwo, kto poczytał trochę te drwiące, bystre hasła nasmarowane pośpiesznie na kawałkach tektury, kto widział, jak dziewczyna tak niewielka, że składa się właściwie tylko z butów, czapki i maseczki, wykrzykuje zaskakująco treściwe i precyzyjnie wycelowane przekleństwo, ten raczej nie powinien zwątpić, że na ulice wyszła nowa, zupełnie klawa Polska.

Tylko z pozoru bowiem te protesty mają charakter obronny i reaktywny. Owszem, wywołała je próba ostatecznej kolonizacji kobiecego ciała i życia, podjęta przez religijnych fanatyków i cynicznych kombinatorów. W istocie jednak te protesty to rewolucyjne manifestacje nowego, wolnego, pewnego siebie życia, które – jak ze zdumieniem i zgrozą odkryła władza, rozpaczliwie apelująca do bliżej nieokreślonej, milczącej większości – ma się już całkiem nieźle. A manifestując nie tylko w centrum gminy, nie tylko w gminie centrum, ale w gminie każdej najmniejszej i najmniej centralnej – na tym, jak wiadomo, polega drugi wyróżnik tych protestów – to dzielne życie z każdą chwilą przybiera na sile.

Epokowy charakter ma wreszcie trzecia powszechnie odnotowywana cecha tych protestów, a mianowicie ich otwarty antyklerykalizm. Oblicza zastrachanych cymbałów, którzy dowodzą polskim Kościołem – żałośliwych miernot, którym matka obiecywała wikt, opierunek oraz ludu dozgonny szacunek, a które postawione wobec konsekwencji własnej pychy, podłości i politycznych kalkulacji nie potrafią wydukać niczego poza nieskładnym wyrzekaniem – te twarze mówią same za siebie. Kiedy w niedzielę protestujący po raz pierwszy wzięli na cel kościoły, przełamane zostało przestrzenne i obyczajowe tabu, którym w znacznej mierze stały dotąd nasze gminy. A gdy raz się odkryje, że na murze kościoła można wymalować błyskawicę, apele o uszanowanie przestrzeni uświęconych potem i znojem Jana Pawła II będą już brzmiały pusto i bezradnie. Tak, 25 października 2020 skończyła się w naszych gminach niekulturalna hegemonia Kościoła katolickiego. 966–2020.

Z tych właśnie trzech powodów – ze względu na młodzieżowy, zdecentralizowany i antyklerykalny charakter tych protestów – już teraz ich skutki wydają mi się nieodwracalne. Dlatego też nie potrafię stłumić w sobie nadziei. Wiem, że minął dopiero tydzień (ten sygnał z Wariat Tower nadaję we środę wieczorem). Że nie znam jeszcze skutków straszliwego, cynicznego i arcyniebezpiecznego orędzia, które nasz nowy jenerał Garuzelski wygłosił we wtorek po południu, szczując na ludzi najmroczniejsze siły. Że gamoń może dozbroić bojówki. Że idąc za swoim niewielkim poprzednikiem, może zarządzić stan wojenny i wyprowadzić wojsko na ulice. Że wirus może rozprzestrzenić się tak, że po prostu się nie pozbieramy. Ale po tym tygodniu wiem również, że pewnych rzeczy już nie sposób odkręcić. Że w końcu naprawdę będziemy wolnymi obywatelami naszych gmin. I że – tak właśnie – jeszcze zatańczymy.