Jeszcze 2 minuty czytania

Adam Lipszyc

GMINA CENTRUM: Góra Świat

Adam Lipszyc

Adam Lipszyc

Patrzeć i dotykać można, trzeba w nieskończoność, a oko i wnętrze otwartej dłoni dają tyle rozkoszy, bo nie mogą pochwycić tego, co najwspanialsze

Czerwiec miesiącem deadline’ów. Budził się człowiek zaplątany w martwe, oślizłe sznury terminów, porażony myślą o kolejnych obowiązkach, o których poprzedniego wieczora nie pamiętał. Promocje, aplikacje, gradacje, nominacje, deklaracje, klasyfikacje, immatrykulacje i laureacje, a także waksynacje – wszystko to tłoczyło się w kalendarzu, nadpisywało, domazywało i nawiasowało, kratki dni wyglądały jak skrzynie pełne czarnych kabli, które jedna ręka rozgarnia, a druga supła na nowo. Rozmowy telefoniczne przypominały przelewy bankowe, artykuły trudno było odróżnić od esemesów i mejli. Przez sen uczestniczyło się w konferencjach, pod prysznicem – w posiedzeniach komisji. Bilokacja i bifurkacja stały się chlebem powszednim. Właściwie trzymać można się było już tylko słów dawnego kolegi spod miasta: „Umówmy się na wczoraj, wtedy mam już wolne”.

A potem, nagle, to wszystko się skończyło. Przesławny człowiek, który spotkał deadline’y i stawił im swoje czoło z granitu, mistrz świata i okolic, Geniusz Karpat i Słońce Narodu, mózg operacji i ciepłych kolacji (ja!) w stanie cichej manii opuścił Gminę Centrum i dał nogę na południe. Poprzez wesołą krainę smażonego sera, przez bardzo szarosmutną równinę zakazanej tęczy – aż do zaspanej pipidówki, gdzie pięć komicznych bawołów pławiło się w błotnistej sadzawce.

Dalej to już było tylko coraz lepiej. Szło się najpierw dnem głębokiej arcyzielonej doliny, potem wspinało się na jedną z jej ścian, okropnie stromą i błocistą, żeby rozbić kolorowe namioty na z dawna już wypatrywanej, wypragnionej, wydyszanej polance, na której królowały owce, psy, osły i muchy – wszystko to pod surowym okiem imponującej pani pasterzycy (tylko mi tu nie palcie ogniska!). Drałowało się potem całymi dniami, z obolałą girą i udręczonym plecem, popandemiczne bezformie dawało się człowiekowi w żenujące znaki, ale zielone zbocza pokrywały się przecież tysiącami, setkami tysięcy ciemnoróżowych kwiatków, kozice, świstaki i serboty brykały po przełęczach szerokich jak boiska, a wielkie spłachcie śniegu topniały w rozhulanych potokach.

Od na wpół zlodowaciałego jeziorka w mrocznej dolince biły fale bezwzględnego mrozu: tej nocy dosłownie umierało się z zimna, ale usiąść tam rankiem na brzegu rozpadliny i pogapić się na wyniosłe szczycisko po drugiej stronie było po prostu najlepiej. Na innej przełęczy jakieś niedźwiedziowe prosię wygarnęło spod tropiku torbę z żarciem i wór ze śmieciami, zdefraudowało ser i pasztet, plastiki rozwłóczyło po trawie i znikło bez śladu, można więc było tylko stać w gaciach z latarką i pomstować w mrok. Następnego dnia można też było zbiec z grani w strachu przed skalistym grzebieniem, wbić się na krzywy ryj do jakiejś chaty koło schroniska dowodzonego przez bardzo przystojną acz finansowo wymagającą dreadmenkę – i tam przespać burzę.

Rano można było przejść w bród przez potok, a potem, z butami w łapie, wspinać się jeszcze długo na bosaka, po miękkiej trawie i ciepłych kamieniach, a to obłędne odczucie w podeszwach stóp zataić jako najniewymowniejszy sekret. Podczas nagłego deszczu skryć się pod wielkim kamieniem, wtranżalać batoniki i lać na deszcz ciepłym sikiem, trząść portkami na śnieżnym trawersie i stromej skalnej ścianie, ale jednak, w końcu, w końcu, wejść na sam szczyt, nawet jeśli podobno tylko drugi co do wielkości. I można było wreszcie, kiedy już zbiegło się w dół na ostatni obiad, rozwalić się na trawie przy potoku, najwspanialej. Wszystko bez maseczek.

No ale na koniec jeszcze to: nocleg w dolinie, w południowo­amerykańskim, maczetowym gąszczu, po drugiej stronie wątłej kładki, na skrawku ziemi, zaraz pod wielgachnym wodospadem. Pasterski pies, podgryzalski dowcipniś, który doczłapał się aż tutaj ze schroniska i wieczorem warował po drugiej stronie, bojąc się przekroczyć kładkę, nad ranem musiał jednak zawrócić do swoich. Przez całą noc kaskada przewrzaskiwała się z burzą, więc spania to za dużo nie było, ale i tak kiedy rano zwinęło się namioty, na mokro i błotno, przeszło się na powrót przez kładkę i miało się ruszyć w dół doliny, żeby zakończyć całą sprawę, to przecież stanęło się jeszcze i wgapiło w te wodne pióropusze wytryskujące spośród zielonych krztoli, rozpryskujące się na szarych kamlotach – i ani du-du nie chciało się stamtąd odejść.

W dwudziestowiecznej filozofii zmysł wzroku miewał kiepską prasę. Czasem szło o to, że pozycja człowieka patrzącego miałaby wiązać się z pozycją potencjalnej lub faktycznej kontroli i dominacji. Komplementarny argument głosił, że przykładając zbyt wielką wagę do zmysłu wzroku, bałwochwalczo utożsamiamy to, co istniejące, z tym, co bezpośrednio obecne, dane i widzialne, ignorujemy zaś to, co istnieje w sposób mniej uchwytny, a bardziej widmowy. Wszystko to pewnie do jakiegoś stopnia racja, ale tylko, właśnie, do jakiegoś stopnia, bo i patrzeć można przecież na bardzo wiele sposobów. W każdym razie niektóre z najbardziej ekscytujących doświadczeń człowieka patrzącego wiążą się chyba właśnie z porażką dominacyjnych aspiracji wzroku – porażką, która otwiera przestrzeń niekończących się przyjemności. To dlatego zapewne Michał Witkowski w jednym z późniejszych wydań „Lubiewa” porównuje spojrzenie do erotycznego dotyku (a może to zmyślam?): patrzeć i dotykać można, trzeba w nieskończoność, a oko i wnętrze otwartej dłoni dają tyle rozkoszy, bo nie mogą pochwycić tego, co najwspanialsze, że kontaktują się z tym właśnie w swojej porażce, w nieustannym wymyku.

Wystarczy pomyśleć o tym, jak wracamy raz i drugi, i trzeci przed obraz, który nas zaczepił, jak wychodząc po raz kolejny z sali, odwracamy się przez ramię, żeby sprawdzić, czy wciąż tam jest, czy udało się go wygasić, wyczerpać naszym spojrzeniem, jak dręczy nas myśl, że póki on tam wisi, jednak nie powinniśmy wychodzić (nasi towarzysze dostają właśnie szału i grożą nam dożywotnią samotnością). Przynajmniej dla mnie te galerianckie doświadczenia wiążą się jednak zwykle z jakimś mózgowaniem, z kombinowaniem, z ustalaniem co do czego i którędy, może też z jakimś łażeniem, z choreograficzną próbą usytuowania własnej osoby i własnego ciała wobec trajektorii linii, plam i znaczeń. Tego dodatkowego, skądinąd także nieskończenie przyjemnego wymiaru, brakuje raczej, gdy człowiek jopi się w zieleninę z gatunku naturalnej. Wtedy jest prościej – trochę głupiej, trochę mądrzej – a dotykowy, erotyczny charakter patrzenia wychodzi na plan pierwszy.

Katalog miejsc, w których takie jopienie naprawdę się człowiekowi przydarzyło, nie jest wcale bardzo obszerny. Znalazłoby się tam na pewno to górskie jezioro, na Wschodzie, co to pewnego ranka wyłoniło się za monstrualną zaporą kamienistej moreny (wracałeś tam ze trzy razy). Jedyny w swoim rodzaju układ morskich skał nieopodal brzegu, w miejscu, gdzie jeździliśmy tyle razy, a potem nagle przestaliśmy (kiedy po raz ostatni znikały za trawiastą górką, robiło się człowiekowi ślepo w samym środku duszy). Rozłożyste drzewo – chyba po prostu klon, ale całkiem dostojny – z liną i huśtawką ze starej opony dla szykownej asymetrii (myślisz, że jeszcze tam kiedyś wrócimy?).

Ale najważniejszym obrazem w tym atlasie – może nie najstarszym, ale najbardziej podstawowym – byłaby na pewno Góra Świat. Strome, trawiaste zbocze, z kilkoma domami rozrzuconymi na stoku – w sumie nic takiego, ani szczególnie wysokie, ani szczególnie szczególne – wyłaniało się między domem a oborą, ponad głową łańcuchowego psiska. Kiedy się przyjeżdżało albo odjeżdżało, albo po prostu wychodziło w góry, stało się tam zupełnie bez końca, trochę dlatego, że chciało się ustalić, na czym to polega, a trochę dlatego, że wcale się tego nie chciało. Tak, wiem. Przez ten straszny rok oplatały nas zwoje martwych lin, a wielu zadusiły dokumentnie. I, wiem, nadchodzi jeszcze wpierdol typu delta, psi czy omega. Ale – chociaż dawno tam nie byłem – wiem też, że Góra Świat stoi jak stała. I że jeśli tam pojedziecie, nie będziecie mogli przestać się na nią gapić.