Para z obrazka

Marceli Szpak

Jesteśmy u siebie, w domu, w Polsce, #toonas, więc bohaterka „Kwaśnego jabłka”, pobita przez męża katoliczka nie dzwoni na Niebieską Linię, nie szuka wsparcia wśród organizacji społecznych zajmujących się przemocą domową, nie kontaktuje się z policją. Ona wybacza

Para z obrazka

Jeszcze 2 minuty czytania

Para z obrazka

Zwykle nie boję się komiksów. Niestraszne mi kadry ze zbliżeniami na poród, nie lękam się zdeformowanych zombiaków, nie wstrząsają mną absurdy fabularne ani bezsensowna przemoc. Po latach obcowania z tym medium mogę w miarę pewnie stwierdzić, że widziałem w nim już wszystko: od ludzi odkrawających sobie twarze, przez ludzi defekujących na stół w trakcie rodzinnego obiadu, po ludzi, którym odkrojone twarze przyszyto. Nie boję się.

A „Kwaśnego jabłka” Joanny Karpowicz i Jerzego Szyłaka wystraszyłem się na tyle, że przeleżało na kupce wstydu od wrześniowej premiery aż do dziś. Dokładnie zakryte innymi komiksami, bo wystarczy spojrzeć tylko na okładkę tego komiksu, by poczuć lekki niepokój. Co takiego niepokojącego w pięknej kobiecie, która kryjąc się za ciemnymi okularami, popija kawę na tle szarych kuchennych kafelków? Niewiele, jeśli pominąć fakt, że krwawi z nosa. Zaledwie kilka kropel, ale to wystarczy, by zburzyć ten idylliczny obrazek.

Ślad krwi ciągnie się również na wklejce, stylizowanej na kuchenny obrus, którego najróżniejsze mutacje znaleźć możemy w wielu polskich domach. To pierwszy sygnał: jesteśmy u siebie, w domu, w Polsce, #toonas. I natychmiast wpadamy w typowo polską sytuację: kobieta modli się przed snem w swojej sypialni. Spartański wystrój: małżeńskie monidło na nocnym stoliku, prosty krzyż zawieszony nad wezgłowiem łóżka. Kolejny sielankowy obrazek, skąpany w łagodnym bursztynowym świetle, przynależnym wizerunkom świętych i rozmodlonych charyzmatyczek, tym razem niczym niezakłócony, ponieważ z ust bohaterki płynie modlitwa dziękczynna.

„Kwaśne jabłko”,  scenariusz: Jerzy Szyłak, rysunek: Joanna Karpowicz. Wydawnictwo: Timof i cisi wspólnicy, 56 stron, w księgarniach od września 2017

Na przestrzeni kilku następnych plansz poznajemy anonimowe małżeństwo, typowych przedstawicieli klasy średniej. Ona to nauczycielka i cicha, skromna dobra żona, która na każdym kroku stara się dogodzić swemu mężowi, on natomiast jest KIMŚ – nie do końca wiadomo kim, ale nosi garnitur i zarabia więcej od niej. Widać, że pobrali się niedawno, że dopiero się dorabiają, ale dzięki jego pracy (i być może dzięki jej gospodarności) są już na prostej. Stać ich na wydatki dyktowane kaprysem chwili. Jest w ich świecie także miejsce na wartości: regularnie chodzą do kościoła, przyjmują komunię, dbają o podtrzymywanie rodzinnych więzi. Mają udane pożycie małżeńskie, które nie gorszy Pana Jezusa, patrzącego na nich znad łóżka.

„Kwaśne jabłko”„Kwaśne jabłko”

Do chwili, kiedy pada pierwszy cios. Do momentu, kiedy cicha, skromna, dobra żona odważa zadać się pytanie „Gdzie byłeś?”, gdy lekko podpity małżonek wraca spóźniony do domu.

Jesteśmy u siebie, w domu, w Polsce, #toonas, więc pobita przez męża katoliczka nie dzwoni na Niebieską Linię, nie szuka wsparcia wśród organizacji społecznych zajmujących się zjawiskami przemocy domowej, nie kontaktuje się z policją, pogotowiem, prawnikiem lub księdzem, tylko robi to, do czego przez całe życie była przyuczana i warunkowana: wybacza. Bierze winę na siebie, pokornie godzi się z niezasłużoną karą.

Bariera zostaje przełamana. W idealny obraz pożycia małżeńskiego wkrada się bezwzględna przemoc i dominacja, prześwietlone kadry pierwszego aktu ustępują miejsca coraz ciemniejszym planszom, wydarzeniom dziejącym się po zmroku, po powrocie do domu, za zasłoniętymi firankami, w mroku małżeńskiej sypialni. Szyłak i Karpowicz nie szczędzą swojej bohaterce żadnej przemocy: gwałt małżeński, finansowe ubezwłasnowolnienie, fizyczna brutalność – nauczycielka musi przetrwać to, co jest udziałem ponad 65 tysięcy kobiet rocznie (dane policji według oficjalnie zgłoszonych aktów przemocy, dane nieoficjalne wspominają o liczbach dziesięciokrotnie większych). I tak, jak olbrzymia liczba kobiet, nie jest w stanie się z tego piekła wyrwać. Jedyne, co jej pozostaje, to pogrążyć się w iluzjach, przynoszących chwilową ulgę. Szuka pocieszenia w Bogu, który zbywa ją milczeniem, szuka pocieszenia w ciąży, która może odmienić ich los. Szybko jednak zostaje pozbawiona złudzeń. Najbardziej morderczą iluzją okazuje się nadzieja, która każe jej wierzyć, że każdy uśmiech oprawcy i bukiet kwiatów na przeprosiny anuluje wcześniej doznany ból i upokorzenie.

„Kwaśne jabłko”„Kwaśne jabłko”

Można „Kwaśnemu jabłku” zarzucić nadmierną publicystyczność, czarno-białe rozpisanie postaci, zwalanie odpowiedzialności na alkohol, interwencyjny styl „Ekspresu reporterów”, znaleźć w nim nadmiernie uproszczoną symbolikę (drewniane krzyże, hostie, czerwone sukienki), krzywić się na wytykanie hipokryzji akurat w tej grupie społecznej, której hipokryzja w kwestiach równości płci, przemocy małżeńskiej i roli kobiet nie podlega żadnej dyskusji. Być może wynika to z tego, że scenariusz przeleżał kilka lat w szufladzie, być może jednak jest wynikiem tego, że komiks jako gatunek od zawsze posługuje się dużymi uproszczeniami, by osiągnąć jak najbardziej wyrazisty efekt. Autorzy nie gubią się w niuansach i kolejnych warstwach szarości, tylko sprowadzają złożone zjawisko do kilku statystycznie najczęstszych punktów wspólnych i przekształcają w skuteczną przypowieść.

A to, że „Kwaśne jabłko” zamierzony efekt osiąga, nie ulega większej wątpliwości. Realistyczne, malarskie kadry Joanny Karpowicz wydobywają całą grozę posiniaczonego ciała i gwałtów małżeńskich, te same techniki, które przyciągają nasz wzrok do obrazów klasycznych mistrzów (w tym wielbionego przez autorkę Edwarda Hoppera), wykorzystuje do tego, by podsunąć nam przed oczy rzeczy, o których nie chcemy wiedzieć, nawet jeśli dzieją się tuż za ścianą lub wśród najbliższej rodziny. Dość statyczny układ kadrów, z wieloma panoramami i dużymi zbliżeniami na twarze bohaterów, podkreśla powoli i skokowo narastającą grozę sytuacji, w jakiej znalazła się bohaterka, by na chwilę ustąpić miejsca dynamice jak z komiksu superbohaterskiego, gdy autorzy pozwalają skatowanej żonie na chwilę ulgi i pogrążenie się w oczyszczających marzeniach. Od strony graficznej „Kwaśne jabłko” to kolejny popis Joanny Karpowicz, która specjalizuje się ostatnio w brutalnych opowieściach z życia nękanych kobiet (w tym roku ukazała się również „Anastazja”) i jak nikt inny potrafi oddać mrok czający się w pozornie zwyczajnych sytuacjach. Umie także przywrócić choć odrobinę godności ofiarom, obdarzając je twarzami świętych.

„Kwaśne jabłko”„Kwaśne jabłko”

Bałem się, że „Kwaśne jabłko” zmusi mnie do myślenia o rzeczach, o których nie chcę myśleć, czytając komiksy. Bałem się, że talent Karpowicz i narracyjna skuteczność Szyłaka, które ujawnili już przecież w świetnej, ale nieco zapomnianej „Szmince” sprzed prawie piętnastu lat, przypomną mi o zjawiskach, które powodują, że przełączam telewizor na inny kanał, żeby się nie denerwować własną i społeczną bezsilnością w obliczu takich sytuacji. Słusznie się bałem. „Kwaśne jabłko” osiąga to wszystko bez najmniejszego wysiłku, za pomocą plastycznych, zapadających w pamięć obrazów i wprowadzenia na polskie blokowisko niepokoju jak z najmroczniejszych filmów Ulricha Seidla. Nie jest to komiks, do lektury którego kogokolwiek chciałbym zachęcać, ale być może warto sobie z jego pomocą zbiorowo przypomnieć, że przemoc domowa nie znika od zamykania oczu.