Ten świecący punkt to ja

Marceli Szpak

„Pan Żarówka” Wojciecha Wawszczyka to rozpisana na ponad 600 stron opowieść o dorastaniu i wczesnej dorosłości w sytuacji, gdy nad życiem dziecka dominuje choroba rodziców

Ten świecący punkt to ja

Jeszcze 2 minuty czytania

Ten świecący punkt to ja

Co możesz zrobić, gdy twój tato jest naleśnikiem, a mamę po latach tyrania w hucie dosłownie złamało wpół?

a) schować się w ścianie,
b) zrobić o tym komiks,
c) a i b.

W swoim debiutanckim dziele Wojciech Wawszczyk decyduje się na trzecią opcję, a „Pan Żarówka” to rozpisana na ponad sześćset stron opowieść o dorastaniu i wczesnej dorosłości w sytuacji, gdy nad całym życiem dziecka dominuje choroba rodziców. „Kolejne smuty o życiu”, jękną miłośnicy komiksów, atakowani ze wszystkich stron i przez wszystkich wydawców komiksowymi bio- i autobiografiami, z których większość, jak to historie o życiu, nie niesie żadnej pociechy czy nadziei. Ale Wawszczyk okazuje się zbyt sprawnym twórcą, by zbyć jego komiks stwierdzeniem: „Jeszcze jedna artystyczna autobiografia”.

Od pierwszych plansz, pierwszych zdań: „Ten świecący punkt to ja. Od kilku lat pracuję jako latarnia miejska” – lądujemy w rzeczywistości, która nie trzyma się żadnych reguł, i to jeszcze zanim całkowicie zdemoluje ją choroba rodziców i wypadek syna. Sygnałów pozwalających umieścić tę opowieść w określonym czasie i przestrzeni jest niewiele – możemy się domyślać, że wszystko zaczyna się w PRL-owskich latach 80. (design przedmiotów, szkoła z lekcjami języka rosyjskiego), a narastające zubożenie bohaterów dyskretnie sugeruje nadejście kapitalizmu i wolności lat 90. Ma to o tyle istotne znaczenie, że wykluczenie ekonomiczne jest jednym z największych problemów bohatera, którego poznajemy jako sześcioletniego dzieciaka.

„Pan Żarówka”, scenariusz i rysunki: Wojciech Wawszczyk. Kultura Gniewu, 624 strony, w księgarniach od kwietnia 2018

Początkowo jego rodzina wydaje się całkiem zwyczajna, nawet jeśli ojciec pracujący w pralni i matka przelewająca wielkie kadzie z surówką w hucie nie wpisują się w konserwatywny podział na fachy „męskie” i „żeńskie”. Nie powodzi im się ani lepiej, ani gorzej od innych – wiadomo, PRL, wszystkim powodzi się tak samo. Do czasu – wypadek w pralni odbiera ojcu możliwość zarobkowania, zamieniając go w przykuty (przyklejony?) do fotela naleśnik. Jego żona radzi sobie, jak może, próbując pogodzić ciężką zmianową pracę z opieką nad mężem i dzieckiem, na dłuższą metę okazuje się to jednak niemożliwe. Nie wiedząc, w co najpierw włożyć ręce, pewnego dnia zabiera syna ze sobą do huty i… 

„Pan Żarówka” Wojciech Wawszczyk„Pan Żarówka” Wojciech Wawszczyk

To moment, kiedy Wawszczyk przypomina nam, że jesteśmy w komiksie – medium, w którym możliwe jest absolutnie wszystko. W smutny, znękany chorobą i przemysłową szarzyzną świat bohaterów wkrada się odrobina mitu, klasyczny superbohaterski origin – historia wyjaśniająca, w  jaki sposób bohater nabrał swoich supermocy. Nie psując niespodzianki (dość oczywistej dla każdego fana Simpsonów), wspomnijmy jedynie, że chłopiec zaczyna świecić, a w jego ciele zachodzą drastyczne zmiany, stawiające pod znakiem zapytania całą jego przyszłość.

Tak rodzi się Żarówa – dziecko zdolne rozświetlić każdy mrok. I wynika z tego dokładnie nic, poza narastającym smutkiem i samotnością bohatera. Jego moc, choć zjawiskowa i efektowna, nie ma zbyt wielu praktycznych zastosowań, a co gorsza generuje coraz większe rachunki za prąd. Jego starzejąca się matka przegrywa w końcu wyścig z kapitalizmem i ulega wypadkowi w pracy, który unieruchamia ją tak samo, jak unieruchomiony jest jej mąż. Opieka nad rodzicami i domem spada na głowę dwunastoletniego Żarówki, który, jak większość dwunastolatków, jest do tego kompletnie nieprzygotowany.

Pierwsza połowa „Pana Żarówki” to świetna, wzmocniona wieloma surrealistycznymi kadrami opowieść o życiu w biedzie, takiej najzwyklejszej, codziennej, kiedy nie starcza od pierwszego do drugiego, nosi się ciuchy z drugiej i trzeciej ręki i trwa na diecie z serków topionych i parówek. Tymczasem świat otaczający Żarówkę robi się coraz bardziej „zachodni”, nastawiony na posiadanie i wyglądanie, na szpan, blichtr i przebojowość. Żarówka nie ma niczego, więc zaczyna się wstydzić: swoich rodziców, ich niepełnosprawności, wiecznego braku pieniędzy i wszystkiego, co można za nie kupić. Jego jedyna rozrywka to rysowanie zwierzątek na przezroczystych foliach i podświetlanie ich własnym blaskiem, by rzucały cienie na ścianę, czasem rysuje też komiksy, w których jego znaleśnikowany ojciec staje się kimś w rodzaju supergliniarza.

„Pan Żarówka” Wojciech Wawszczyk„Pan Żarówka” Wojciech Wawszczyk

Z takimi talentami i pochodzeniem trudno się dziwić, że po latach popadania w coraz większą depresję, budowania coraz szczelniejszego muru między sobą a rodzicami, walki o jakąkolwiek własną przestrzeń, wolną od choroby i biedy – Żarówka ląduje w końcu na akademii plastycznej. Rozdziały poświęcone jego edukacji to dla autora okazja wyżycia się na wszelkich typach osobowości, na jakie można się natknąć na uczelniach kształcących przyszłych artystów. Korytarze akademii roją się od hochsztaplerów, dziwaczek i klasycznych szaleńców, dla których studia stanowią azyl przed nieuchronną dorosłością. Żarówka stopniowo odnajduje się w tym towarzystwie, a inspirujące szyderstwa wykładowców pomagają mu w końcu znaleźć różne zastosowania dla umiejętności świecenia, nadal jednak nie ma żadnego planu na życie, a coraz starsi i mocniej zniedołężniali rodzice stale domagają się jego uwagi i powrotów do domu.

Historia Żarówki kończy się względnym happy endem, odnalezieniem odrobiny szczęścia we własnym życiu rodzinnym i akceptacją tego, co nieuchronne. Przynosi też po drodze kilka może banalnych, ale prawdziwych morałów na temat dysponowania własnymi talentami i być może najciekawsze w niej jest nie to, co mówi autor, ale w jakim stylu to robi.

Sam Wawszczyk asekuracyjnie przyznaje, że nie umie rysować (a praca nad komiksem zajęła mu ponad sześć lat), patrząc jednak na starannie rozplanowane kadry i ekspresyjną kreskę, trudno przyznać mu rację. Lata doświadczeń przy tworzeniu filmów animowanych (pokazywane na licznych festiwalach „Bezgłowy” i „Drzazga”, praca nad pełnometrażową ekranizacją Jeża Jerzego) zaowocowały komiksem bardzo dynamicznym, nawet jeśli część kadrów wygląda, jakby autor wpierw rysował jakieś nieokreślone antropomorficzne kształty, a później dopisywał do nich treść i układał w fabularne sekwencje.

Można znaleźć w stylu Wawszczyka pewne elementy charakterystyczne dla komiksów Macieja Pałki czy rysunków satyrycznych Andrzeja Czeczota (grubo ciosane twarze z kilku kresek i oczu nietrzymających się stałego miejsca, przerysowana mimika, pokraczne ciała), są też plansze, przy których uśmiechną się fani i fanki Scotta Pilgrima. Najlepsze efekty jednak osiąga, gdy bawi się rytmem kadrów na planszy, by osiągnąć założony efekt emocjonalny (doskonała scena jednej z późniejszych rozmów z matką, kiedy coraz większa przepaść między nią a synem znajduje swoje odbicie w coraz większym dystansie pomiędzy kadrami).

„Pan Żarówka” Wojciech Wawszczyk„Pan Żarówka” Wojciech Wawszczyk

Pojawia się tu kilka świetnych pomysłów graficznych: dosłowne potraktowanie metafory muru, który stawia wokół siebie bohater, zabawy czernią i bielą dyktujące nastrój poszczególnych części. Jest wreszcie nieposkromiony surrealizm zmetaforyzowanego kalectwa – sprasowany na naleśnik ojciec bohatera przybiera najróżniejsze kształty, spiccassowuje się i odpicassowuje w zależności od faz choroby, a matka Żarówki po wypadku wygląda jak człowiek zaprojektowany przez MC Eschera albo uciekinierka z japońskiego horroru, ale stara się żyć, jakby nic się nie stało.

Sprawia to, że „Pan Żarówka” wciąga od samego początku do samego końca. Choć opowiada klasyczną historię o dojrzewaniu, unika banału. Wawszczyk syntetyzuje swoje doświadczenia w zwartą, logicznie opowiedzianą historię, zamienia je w kilka tysięcy kadrów, które na każdym etapie zdają się głosić pociechę wszystkim znajdującym się w podobnej sytuacji – nawet najbardziej bezużyteczne talenty mogą mieć zastosowanie i zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo warto zaświecić. Komiksowa autobiografia? Tak. „Kolejne smuty o życiu?”. Wcale nie.