Jeszcze 5 minut czytania

Alex Freiheit

NIE POPISUJ SIĘ: Gdzie diabeł nie może, cz. 1

Alex Freiheit

Alex Freiheit

W ubiegłym roku zagraliśmy około siedmiu koncertów na imprezach pożegnalnych kilku miejscówek. Wszystkie one zamykały się ze względu na koszty, czasami wypalenie osób prowadzących. Najczęściej jednak w opowiadaniu o powodach końca pojawiał się DEVIL OPER

Intro

– Jam jest bóg tego świata, DEVIL OPER mi wołajta…
– A my jesteśmy, kurde, Diabły pierwszorzędnej rangi!

Niedawno zaczęliśmy jeździć po świecie z nowym koncertowym materiałem SIKSY, w którym prócz Devillicy i kilku innych diablo pokręconych Czarodziejek spotkać można także postać DEVIL OPERA. Pomyka on sobie po świecie w balenciagach i ma się za diabli wiedzą kogo. Jeżdżenie w trasy transportem publicznym ma sporo plusów, bo można dłużej posiedzieć z ludźmi, odespać w pociągu to, co się noc wcześniej wysiedziało na pogaduchach, i mimo że możesz trafić na strajk kolei we Francji, to jednak masz ciut więcej czasu na odkrywanie historii miejsc, do których cię przywlekło. Łaknę tych opowieści jak szalona, bo bardzo boję się o miejsca, które mamy możliwość odwiedzać.

W ubiegłym roku zagraliśmy około siedmiu koncertów na imprezach pożegnalnych kilku miejscówek, wszystkie one zamykały się ze względu na koszty, czasami wypalenie osób prowadzących. Najczęściej jednak w opowiadaniu o powodach końca pojawiał się DEVIL OPER, który przejmuje charakterne miejscówki, by uczynić z nich różne budowlane upiory. Nawiedzać nas one będą pod postacią ducha kapitalizmu, który szepcze złowieszczo: „Byznes is byznes”. Oraz pod postacią niegospodarności, przewalania kasy, środków z Unii wydawanych na coś, co za parę lat będzie pustostanem, którego nikt nie przekaże w ręce ludzi znających się na robocie w kulturze. To dlatego każdy wyjazd, każdy koncert w kraju i za granicą traktuję ostatnio jako przebóg przygodę. Wyznaję też obowiązek podzielenia się z innymi lebiegami tym, czego przy okazji mego kuglarstwa się nasłucham i napatrzę. By zarchiwizować i podlać tego chwasta. Ja z podróży lustracyjnej, miłe chimerki, wracam. A że w równym stopniu wzruszają mnie rzeczy smutne, co pocieszne bawią, niechaj tak zamieszam w narracyjnym kotle, żeby wam się dobrze strawiło.

Igraszki z diabłem

Chcę zacząć powoli i nieśpiesznie, bo mamy trochę więcej czasu w Lejdzie, znaczy w Holandii. Przyjeżdżamy tu dzień wcześniej i trafiamy na before party przed festiwalem, na którym gramy. Idziemy na koncert VULVY – sludgedoomowego duetu na bas, perkusję i głosy. Ubrane w balowo-ślubne suknie artystki dokładają mocno do pieca noise’ową opowieścią o doświadczeniach aborcji w różnych krajach. Widzimy też wizualizacje, na których znajdują się urywki z Czarnych Protestów. Podchodzę do nich po koncercie i opowiadam o naszym dobru narodowym, jakim są laski z Aborcyjnego Dream Teamu, i mówię, że na maksa ich koncert sprawdziłby się w Polsce, myśląc od razu o Pogłosie, który na pewno ugościłby ten gatunek muzyczny i osoby tworzące VULVĘ najwspanialej. Myślę o Burakowskiej w Warszawie, chociaż moja lokalizacja pokazuje: Leiden. To wszystko dlatego, że znajdujemy się w budynku, w którym stare punkowe plakaty są zgrabnie wkomponowane w obmurowanie. Udają naleciałości typowo skłoterskie, gdzie afisze zwykle nawarstwiają się na ścianach i wrastają w nie równie szybko, jak szybko gra kapela, której przed chwilą słuchałam.

Pytamy organizatora festiwalu Peel Slowly and See, co to jest właściwie za miejsce, i dostajemy w zamian oprowadzanie po dwupiętrowym, świetnie zorganizowanym architektonicznie budynku. Jest to centrum kultury prowadzone przez byłych skłotersów. Znaczy skłotersami to może oni nadal są, ale w zamian za pozbycie się budowlanego koszmarka, jakim w mniemaniu rozwijających się miast są tego typu „opuszczone domy”, otrzymali budynek, który wyremontowali w całości przy pomocy wpłat z jakiejś holenderskiej wersji zrzutki. To świetnie, że ludzie zauważyli ich wieloletnią pracę. Jednak taka robota powinna być doceniona przez miasto i to rządzący powinni pomóc w tworzeniu miejsca dla ekipy, która pewnie ogarnia około stu gigów rocznie. Jednak nie bądźmy zbyt łapczywe, diabliska. Dostali budynek do remontu za jednego guldena! Przyznać trzeba, że zakonserwowali go świetnie. Co prawda z dawnego przybytku pozostały tam tylko rzeczone drukowane anonse, pozbyto się wyczuwalnego specyficznego zapachu wspólnej kuchni, w której osoba gotująca popala sobie skręcane papieroski. Nie ma też kibelka oblepionego wlepkami kapel – takie oglądanie, co tu sobie grało, i szybkie foto z pozdrowieniami do np. zespołu Ohyda czy Kurws bywa najlepszym zajęciem podczas sikania i kupkowania.

Nie mamy tu możliwości otworzenia zeszytu z naszym rankingiem dla tzw. szczurowni, jak w pewnych kręgach zwykło nazywać się pieszczotliwie skłoty. Nie przyznamy zatem tu żadnych szczurów w skali jeden do dziesięć. Łgarz ze mnie byłby, nie czort, gdybym jednak nie odnotowała jeszcze jednego elementu: chodzi o grupkę punków z naszywami, w spranej czerni i czapkach, na których do pełnego obrazka brakowało tylko czołówek. Siedzieli podczas koncertów na samym końcu, na delikatnym podwyższeniu, i odróżniali się od całej publiczności. Nie traktowali poważnie tych występów, których nie trzeba było podczas tego wieczoru za takie uznawać. Pamiętajmy, że przeca takie szczurzyska, diabły pierwszorzędnej rangi, to już niejedno widziały, niejedno nagłaśniały i tak właśnie ich miny wyglądały. Ale VULVA na pewno im się podobała.


Drugiego dnia mamy sporo czasu do próby dźwięku, zatem udajemy się na oględziny miasta. Ostatnio zdarza nam się częściej wizytować lokalne przybytki, a nie galerie sztuki współczesnej. I takim sposobem decydujemy się na obchód Molen De Valk, czyli młyna wieżowego, który jednocześnie jest muzeum. Być może wstąpienie do młyna zainspirowane było ostatnio przez nas oglądanym teatrem telewizji pt. „Igraszki z diabłem” (reż. Tadeusz Lis, 1979), bo toć tam diabły w młynie pomieszkiwały. Molen De Valk jest trzecim młynem wybudowanym w tym miejscu. Najpierw w XVII wieku znajdował się tu młyn pocztowy, w XVIII wieku – znacznie wyższy młyn wieżowy. Wpadamy niczym te ziarenka na mąkę i pochłaniamy historie młynarstwa, przyglądając się obiektom i narzędziom, wystrojom i obrazom sprzed 300 lat. Jaka to była doskonale pożyteczna konstrukcja! Oni sobie, rozumiecie, tam mieszkali, ładną kuchnię mieli i pokój z barometrami, by widzieć, czy opłaca się dziś całą produkcję mąki uruchomić. No nie spodziewałam się, że tak mało wiem o ciężkiej robocie młynarza i młynarzowej oraz ich pomocników. I o tym, jak potężnym narzędziem w produkcji jedzenia były te ustrojstwa. Tak to jest, kiedy w miastach, które odwiedzasz, rzucasz się jedynie na sztukę współczesną.

Gościnność na traskach jest bardzo ważna. Nie bez powodu piszę o tym przy okazji młyna. Wyobraźcie sobie, że ostatni żyjący młynarz już w XX wieku uczynił z tej drewnianej architektury nieformalne muzeum, w którym wynajmował pokoje za bardzo niską cenę. Myślicie sobie pewnie, że to taki pierwszy Airbnb szkodnik, a to wcale tak nie było! Otóż bardzo tanio wynajmował pokoje, ale za tak niską cenę noclegu niejako obowiązkiem było wspólne zjedzenie z młynarzem śniadania. Fachowiec podczas najważniejszego posiłku dnia opowiadał swym gościom historię tego miejsca. Taki to był erudyta z bardziej punkowym niż deviloperskim podejściem. Słuchanie opowieści za wikt i opierunek.

Skoro mowa o gościnności, to muszę przeskoczyć od razu do Rennes we Francji. Zdarzył się nam mały kryzys, jak to zwykle podczas podróży tego typu bywa. Dzieje się coś, na co nie masz wpływu, i żadne wersety szatańskie nie pomagają. Przeklęty Emmanuel Macron, prócz tysiąca beznadziejnych rzeczy, jakie wymyślił we Francji, wytrząsnął spod ziemi jeszcze jedną: podniesienie wieku emerytalnego Francuzom o dwa lata. Lud się zbuntował i poczynił protesty, ale jak mawia Maciej Okraszewski z „Działu Zagranicznego”: „Do tego wątku jeszcze wrócimy”. Natomiast dla nas sprawa wyglądała tak, że wszystkie połączenia do Rennes nam odwołano, a później też do Marsylii, więc było szycie trasy w trasie. W tenże sposób pozbyliśmy się atrakcji, jaką miała być podróż pociągiem, który zaiwania ponad 300 km na godzinę, i nasze początkujące mikolstwo płakało smolistymi łzami. Z pomocą osób organizujących koncert w Rennes udało się nam dojechać do Nantes, z którego odebrano nas autem.

Wcześniej spędziliśmy w Paryżu kilka godzin, które poświęciliśmy obserwacji rzeźb dinozaurów w parku przylegającym do muzeum historii naturalnej oraz na kawce pod naszymi ulubionymi podgrzewaczami. Opłacało się. W pewnym momencie usłyszeliśmy muzykę z JBL-a. Okazało się, że za ikonicznym dźwiękiem z przenośnego głośniczka nie stoją chłopaki z torebkami przewieszonymi przez korpusy, w najnowszych modelach butów NIKE/New Balance, tylko starszy pan o budowie kuleczki. Ciągnął ten głośnik razem ze swoim całym mandżurem typu wypchana torba zakupowa na kółkach. Miał też inne siaty przewieszone przez rączkę od poliestrowej walizy. Gdy zauważył, że ma w nas swoją publiczność, uderzył w naszym kierunku tanecznym krokiem, zostawiając swoje skarbowe rzeczy za sobą. I co się okazało? Łapserdak był poliglotą, mówił w kilku językach, w tym polskim. Urodził się w Lublinie, ale jego korzenie są ukraińskie i to tam spędził większość swojego życia i poczynił ożenek. Zaczął nam opowiadać o swoim statusie społecznym we Francji, że mieszkanie ma praktycznie za darmo i dobrze mu się tutaj żyje. Choć pan kuleczka był typowym wesołkiem, to jednak do jego oczu dobijały się smutek i wspomnienia z niełatwego życia, jakiego doświadczył. Gdy tylko wspominał Ukrainę, to czuliśmy, że kłębią mu się w głowie myśli. Gdyby pozwolił je sobie zwerbalizować, to w trójkę zalalibyśmy się łzami.

Za swoją taktykę przyjął bycie zadowolonym ze wszystkiego, czego mógł doświadczyć na tym łez padole. Przekonał nas więc o tym, że jego żywot kloszarda, czy może bardziej nawet flanera, napawa go szczęściem. Dokładnie przedstawił nam w liczbach, jak wygląda jego pension, i pokrótce opowiedział, w jakich krajach żył, uważał siebie za przemożnego obieżyświata. Z podziwem patrzyliśmy na jego zupełnie niedzisiejszy brak oczekiwań. Gdy dowiedział się, że gramy dzisiaj koncert w Rennes, zapewnił nas, że tam jest wspaniale i na pewno będziemy zadowoleni, bo przyjdzie dużo ludzi oraz będzie świetna zabawa. Nie kłamał psotnik. Wykonał kawał dobrej roboty estradowej. Odwdzięczyliśmy mu się w monetach za ten performans i rozmowę. Na koniec zaproponował, by puścić jakąś polską piosenkę z jego telefonu. Człowiek niewyspany, diabeł ogonem przykrył w mózgu wszystkie piosenki polskie. I co puszczamy? Kurwa, Krawczyk & Bregović, „Mój przyjacielu”. Chłopaki ze stolika obok zwróciły uwagę, że to romska muzyka chyba, ale przynajmniej kilku Polaków się wyłoniło na ulicy i tym samym zasiliło pana kuleczkę, ulicznego lisa szczwanego, kilkoma eurakami.

Le Bistro de la Cité

Podczas godzinnej podróży z Nantes do Rennes autem naszych organizatorów ze Swish Swash Records weszliśmy w inny krąg piekielny. Po pierwsze, nikt nie przywitał nas na buziaczka, a to od razu zwróciło moją uwagę, bo mam takie właśnie doświadczenie z osobami francuskimi, że bardzo szybko się buziaczkujemy. Co nie znaczy, że nie byli przemili, o nie! Po prostu byli zupełnie inni, co, jak się okazało, wynikało z ich pochodzenia, o którym bardzo chętnie opowiadali. Rennes należy przecież do Bretanii i na temat tego regionu rozprawiali długo. Wręcz pysznie im było ogłaszać, że daleko im do paryżan. Mówili o języku, o kapelach, które używają bretońskiego, i o tym, jak Rennes uchowało się przed gentryfikacją bardziej niż Nantes. Tutaj chciałabym zrobić przerywnik na niesamowitą artystkę Le Diable Degoutant (tł. Obrzydliwy Diabeł), czyli Pauline Marx, która jest istotą z innego miejsca i czasu. W jej muzyce usłyszeć można fantastyczne mantry, przeróżne tekstury, flory i fauny wyrastające właśnie gdzieś z tradycji i mitologii Bretanii.


Ekipa Swish Swash, oprócz tego, że jest zajarana wydawaniem muzyki w duchu DIY, organizuje też koncerty. Jednym z miejsc, w którym to robią, jest Bistro de la Cité, i tam też mieliśmy zagrać. Bar funkcjonował pod dobrze zorganizowanymi rządami szefowej, która tego dnia była zestresowana, bo po raz pierwszy w życiu, jak twierdziła, gotowała dla kapeli coś wegańskiego. Mimo że imprezy Swish Swash przyciągają młodych odbiorców wszelkiego dziwadła, to miejsce, w którym się znaleźliśmy, wcale nie było jakoś sztucznie dopasowane do współczesności. Nie siliło się więc na zwabienie wyimaginowanego młodego odbiorcy oraz jego wymyślonych przez dorosłych potrzeb. Zakamarek ten pozostał nietknięty, tj. nie zmieniono ani jego wystroju, ani charakteru, by bardziej pasował do propozycji muzycznych i performatywnych. Nie jest to zatem przystępna i ładna kawiarnia z neonami układającymi się w fotogeniczne hasła, bo wcale taka być nie potrzebuje.

Mój imiennik Alex ze Swish Swash zabrał nas po północy na oprowadzanie i muszę przyznać, że takiej architektury to ja w życiu nie widziałam. Jak diabła kocham. Trochę się czułam jak w jednej z dzielnic Stambułu, ale z architekturą pruską (przepraszam wszystkich speców od architektury). Kolorowe domy i zabudowa miejsca sklasyfikowały Rennes na pierwszym miejscu pod względem architektonicznym ze wszystkich miast, które odwiedziliśmy podczas tej trasy. Dodatkowym atutem było oglądanie tych czarcich budowli pod osłoną nocy, na dość bezludnym terenie. Spotkaliśmy jedynie pana wychodzącego z metra, który zapytał nas, czy wychodzimy z domu tylko wtedy, kiedy każde z nas ma czapkę w innym kolorze. Było nas troje, a czapka każdego z nas mieniła się w innej barwie.

Celem wycieczki były nocne odwiedziny w sklepie z winylami Rockin’ Bones, gdzie Alex sobie dorabia na jedną czwartą etatu. Jego najbardziej dochodowym zajęciem jest praca w tłoczni, która zajmuje się produkcją płyt i kaset tylko dla dwóch artystów. Są to Jack White i Steve Albini. Także nie należy winić tylko Adele za brak surowca do tłoczenia winyli, przez co musicie czekać na czarny placek swojego ulubionego undergroundowego zespołu ponad rok, jak diabeł da. Ostatni raz ktoś otwierał dla mnie sklep z winylami w nocy w roku 2015 w Stambule, więc byłam podekscytowana jak jakiś gzub niemiłosierny. Spędziliśmy tam godzinę, bo na więcej nie mogliśmy sobie pozwolić, na drugi dzień mieliśmy pobudkę o piątej rano i czekanie na przesiadkę cztery godziny w Disneylandzie Paris. A chciałoby się więcej przecież, bo muzyka opowiada więcej niż niejeden przewodnik. I tak zwróciła moją uwagę jedna z płyt, więc zapytałam Alexa, co to jest za zespół ten Pigalle, a on do mnie, że to chyba sam diabeł mnie tu przysłał z tym pytaniem, bo wokalista tej kapeli zmarł pięć dni temu.

François Hadji-Lazaro był multiinstrumentalistą i piosenkarzem z Paryża, znanym z takich grup jak Les Garçons Bouchers czy właśnie Pigalle. Alex powiedział nam, że to taki koleś, co grał rockabilly, i bardzo znana persona. Taka, której korzenie sięgają najciemniejszych podziemi miasta i stamtąd wykrztuszają z siebie głębinowe legendy. Podobno mieszkał przy placu Pigalle i chętnie zapraszał ludzi do swojego mieszkania, by grać dla nich i snuć mroczne historie z paryskich barów i ulicznych zakamarków. Pigalle w ogóle nie brzmiała mi na rockabilly, ale to nie ja prowadzę alternatywne wydawnictwo płytowe, więc nie muszę się znać.


Wychodzę ze sklepu jednak nie z ich płytą, tylko z „SAY IT LOUD I’M A GIRL AND I’M PROUD” Mistress Bomb H. Alex sprzedaje mi ją już przy zgaszonym świetle głównym, jedynie z latarką w ręce, i mówi: „Spooky records, for spooky people”.

Mickey Mouse March

Jest dzień później i znajdujemy się w Disneylandzie Paris na wspomnianej już czterogodzinnej przesiadce. Zajadamy się resztkami jedzenia z wczorajszej wieczerzy, zapakowanej dla nas bardzo szczelnie przez gospodarzy. Gościnność i koryto w trasie są gwarancją zdrowia i dobrego koncertu. Tego mnie nauczyła Nika z takich zespołów jak Pochwalone, Morus, Post Regiment, i to wyznaję. Nika żyła w trasie po świecie jak mało kto na polskiej scenie, więc takich diablic należy słuchać z należytą uwagą.

Marzenie z dzieciństwa… Nagle mała diablinka znalazła się w świecie Disneya, za którego sukcesem stoją jego rysownicy. Fakt, nie opinia. Jem zimny ryż z sosem, przed wielkim napisem „Disneyland Paris”, a za mną chodzą w równych odstępach żołnierze uzbrojeni po zęby, którzy strzegą tego piekiełka. Zanim jednak zdecydujemy się, czy wejść do środka, chcemy dokładnie obejrzeć kompleks z zewnątrz. I tak na przykład mamy głośne roboty naprawcze krainy Myszki Mickey, niczym w Poznaniu za Jaśkowiaka. Najciekawsza dla mnie była obserwacja miejsca oznaczonego jako CAST CREW ONLY. Gapiłam się jak skurczybyk na pracowników i pracownice, które zaczynały swoją pracę. Obok było wyjście, którym uciekały osoby pracujące na pierwszej zmianie. Wyobrażałam sobie, na czym polega ich zadanie w środku, za co się przebierają. To nie jest takie łatwe spotkać w Disneylandzie najbardziej celebryckie postaci z animacji, ale warto śledzić ich Twittera, tam przecież Pluto czy inna Arielka postują na temat tego, gdzie obecnie urzędują. Teraz już wiecie.

Obchodzimy cały kompleks, osłonięty przed takimi niesfornymi i zupełnie niepotrzebnymi gapiami jak my. Chata Mickey jest chroniona ciężką dyktą, byśmy przypadkiem nie odkryli za dużo na temat funkcjonowania firmy. Licho takie tylko krąży wokół i widzi rzeczy, które niekoniecznie powinny zostać zauważone. Mamy więc: wyblakłe pastelowe kolory, niczym polskie bloki design, obśrumpane elementa konstrukcji, grzyb na dachu kolejki, która jeździ do Disneylandu. Przy kolejce tej muzyczka, która przypomina mi, że w filmie „Full Metal Jacket” żołnierze maszerują i podśpiewują „Mickey Mouse” w spalonej wietnamskiej wiosce. Pragnę natomiast docenić bardzo czyste i darmowe toalety z ciepłą wodą i napełnionymi dozownikami mydła. Kolejnym plusem są oznaczenia na parkingu. Akurat udało nam się znaleźć między dwiema skrajnymi jego stronami, czyli stroną A jak „Ariel” i W jak „Winnie the Pooh”.

– Gdzie zaparkowałeś?
– Na drugiej Arielce.

Bardzo słabo zorganizowana została aleja wokół tej krainy, żadnych straganów, pamiątek, uszu mysich na zewnętrzu kupić się nie da. Jestem tym bardzo zdziwiona, ponieważ jako handlara pierwszej wody, od 13 roku życia pracująca w sklepie u rodziców, nie potrafię zrozumieć takiej postawy. Przede wszystkim jednak jako Polka przyzwyczajona jestem do budek z duperelami, pierdółkami i pieścidełkami. Inni ludzie, których spotkaliśmy później w trasie, poinformowali nas, że Disneyland Paris jest pod amerykańską jurysdykcją. Być może to ostatecznie i podskórnie zadecydowało o tym, że nie ma się co pchać do środka, bo ambasady amerykańskiej we Francji nie przyjechalim tu oglądać. Ponadto, wiało srogo. Między jednym a drugim obiektem zamkniętym człowiek musiałby się nachodzić na tym wietrze, a w środku na pewno klimatyzacja minus milion Fahrenheita i ja stwierdzam, że to nie na te lata tak nerki wystawiać na przeziębienie. Miałam jednak wrażenie, że wizytatorzy Disneylandu byli w wieku od 30 lat w górę i gdzieniegdzie tylko widziałam ciągnięte huncwoty przez bardziej od nich podekscytowanych opiekunów. Chociaż to pewnie ta pora roku, w której tak zwani dorośli mają czas na spełnianie swych marzeń z dzieciństwa, wszak to marzec. Urojenie zburzonego umysłu pewnie z mojej strony.

Ciąg dalszy nastąpi.