Jeszcze 8 minut czytania

Alex Freiheit

NIE POPISUJ SIĘ: Gdzie diabeł nie może, cz. 2

Alex Freiheit

Alex Freiheit

Z niechęcią wracam do tych dwóch zimowych miesięcy w Gnieźnie, ale chcę o nich napisać. Przypomniałam sobie wtedy, dlaczego będąc nastolatką, nienawidziłam tego miasta i marzyłam tylko o wyjeździe do większego

Długo wyczekiwana Marsylia jest coraz bliżej. O krainie mydła i kokainy słyszeliśmy sporo, co potęgowało nasz absolutny brak oczekiwań i otwartość na przygody. Pewnie każda osoba, która ma lub będzie miała doświadczenie z tym miastem, opowie inną bajkę. Ja natomiast zabajdurzę wam taką:

Dla bezpieczeństwa osób, które znajdują się w tej opowieści, zmieniam imiona bohaterów bądź nie podaję ich wcale. Zostanie za to imię policjanta, bo nie wymyśliłabym dla niego bardziej obrazowego przydomka niż ten, który już posiada.

Przyjeżdżamy TGV do Marsylii. Jest 21 na dworcu Saint-Charles, który znajduje się na wzgórzu – rozciąga się stamtąd jeden z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek widziałam. Apetyt rośnie dosłownie i w przenośni, więc udajemy się do mieszkania Cleo – naszego organizatora, by zjeść wspólną kolację. Jesteśmy w starej kamienicy, balkon ciągnie się od dużego pokoju aż po kuchnię. Niestety, balkony często się tutaj zawalają z powodu zaniedbań i braku kontroli ich stanu. Sytuacja nieco się zmieniła po roku 2018, kiedy doszło do ogromnej katastrofy: runęły dwa budynki, były ofiary. Zaczęto nadzorować więc konstrukcje wystające. Do Cleo przyszedł urzędnik, sprawdził balkon i zdecydował, że nie nadaje się on do użytkowania, później ustawił na nim dwie cienkie drewniane belki, które miały barykadować wejście. Cleo zapytał, czy naprawdę nie może już używać swego okna na świat, a urzędnik odpowiedział, że on musi zrobić zdjęcie tej barykady, a reszta to już „diabli wiedzą, nie powiedzą”. Cleo poprosił później jakiegoś architekta, by sprawę balkonową ostatecznie rozwiązał, a ten po bacznych oględzinach stwierdził, że balkon tak nagle to nie runie, raczej po kawałeczku. Palimy więc na balkonie, którego niejasny stan zapewnił Cleo obniżkę czynszu o 100 euro.

Mogłabym opisać wiele niesamowitych historii, snutych dość leniwie przy kolacji, papierosie, z przerwami na baczniejsze wgłębienie się w herstorie artystek, które nam z winyli przygrywały. Skupię się tylko na jednej. 

Cleo mieszka na ostatnim piętrze kamienicy. Naprzeciwko znajduje się puste mieszkanie, które posiada okno wychodzące na korytarz. Szyba w nim jest oczywiście stłuczona. Czasami to mieszkanie jest skłotowane. Czasami jest to po prostu baza na imprezę. Cleo w każdym razie nie zaprzyjaźnił się do tej pory z żadnym z lokatorów, ale mu nie przeszkadzają. Sam korzysta z tego mieszkania, bo w środku znajduje się odkurzacz dużo lepszy niż jego, więc sobie pożycza, taki zaradny to bies. Pewnego dnia z mieszkania wydobywają się niepokojące dźwięki, grube basowe głosy, łupanie i dziwne rozmowy. Wychodzi więc do, jak sam ich określił, kolesi mających jeszcze kokainę w nosie. Nadmienię może, że mieszkanie jest podobno nieużytkowane przez stałych lokatorów od kilkunastu lat, a sam landlord pozostaje bliżej i dalej nieznany. Dobrze zbudowani nowi „koledzy” Cleo informują go, że oto zjawiają się na rozkaz samego właściciela, by dokonać prac remontowych i przygotować pomieszczenie pod wynajem. Podkreślam, że chwilę wcześniej weszli do mieszkania przez szybę. Proszą Cleo, by dał im klucze od klatki, bo tego właśnie nie zapewnił im zleceniodawca, a przecież oni zaraz muszą wejść ze sprzętem ciężkim i zacząć robotę, a czas to pieniądz. Cleo czuje się osaczony i zdezorientowany. W związku z powyższym wręcza klucze rzekomym zleceniobiorcom. Nie oceniam. Ja to rozumiem. Jestem w stanie uwierzyć, że napotkane utrapieńce to niedoszli marketingowcy, którzy swoje talenty wykorzystują raczej w biznesie mafijnym niźli korporacyjnym i przegadali nam bidnego Cleo. Jest to wolnomyśliciel w znaczeniu osoby powoli i nieśpiesznie myślącej w typie slow life, DIY, radical don’t give a fuck about the time.

Po kilkunastu minutach Cleo uświadomił sobie, że chyba jednak popełnił błąd, a że nie posiadał żadnego kontaktu do właściciela mieszkania, zaczął dzwonić do znajomych i prowadzić rozmowy w stylu: „co ja żem uczynił?”. Po kilku telefonach trafił na znajomego, który stwierdził, że to brzmi zupełnie jak początek czegoś najgorszego i niebezpiecznie znajomego. Polecił natychmiast skontaktować się z jego koleżanką, która doświadczyła koszmaru zaczynającego się właśnie od udostępnienia wyłudzaczom wejścia do kamienicy, co Cleo niechybnie uczynił. Manon (słyszałam, że to jedno z bardziej popularnych imion we Francji) z przerażeniem opowiedziała, że również została przegadana i dostarczyła klucze od klatki trzem mężczyznom. Warto nadmienić, że to wszystko dzieje się w jednej dzielnicy. Mężczyźni stali się nieformalnymi właścicielami pustego mieszkania i udostępnili je migrantom, pobierając przemocą od nich haracz za wynajem. Ich apetyt jednak rósł w miarę rozkręcania tego „byznesu” i zaczęli przejmować kolejne mieszkania także po to, by trzymać w nich dragi. Manon, która broniła swojego domu, została przez nich pobita i wyrzucona brutalnie z mieszkania. W chwili, gdy pojawiły się narkotyki, a agresorzy urośli w siłę i zaczęli dokonywać coraz to ohydniejszych przemocowych czynów, przestraszeni migranci uciekli. Zorientowali się pewnie, że to kolejna historia, w której nikt o ich dobrobyt i spokój nie zadba, i muszą po raz kolejny w strachu uchodzić przed brutalnością. Policja w Marsylii, jak nam powiedziano, reaguje dopiero wtedy, gdy w grę wchodzi kokaina. Zatem Manon na powrót do swojego domu musiała trochę poczekać, napastników nie złapano, a jedyne, co udało się zrobić, to ich skutecznie przestraszyć.

Przerażony Cleo długo trawił kocioł informacji, który został wylany na jego czerep. Postanowił działać. Udało mu się po kilku dniach namierzyć posiadacza mieszkania. Właściciel, w typie w gorącej wodzie kąpany furiat, oznajmił, że trzeba działać natychmiast i on przyjedzie ich zabić, stwierdził: „trudno, najwyżej będą musieli zginąć”. Cleo, nie chcąc być wplątany w akcje związane z mordobiciem, a tym bardziej zabiciem, postanowił wyjechać na kilka dni do znajomych z Brukseli i tam przeczekać metody nowo poznanego landlorda. Ten zdążył w tym czasie zmienić zamki w kamienicy, uznał teren za czysty i polecił naszemu Cleo kontaktować się z policjantem, który rzekomo jest już na tropie szajki mieszkaniowej. Policjant miał na imię Jimmy. By rozluźnić nieco atmosferę tej potwornej historii, zaczęliśmy wymyślać, jakiego typu aktor w serialu Netflixa mógłby zagrać policjanta Jimmiego. Brzmiało to wszystko jak wątek poboczny z serialu „4 Blocks” (HBO, 2017–2019) rozgrywający się w jakimś marsylskim Neukölln, gdzie policjant Jimmy w średnim wieku, dobrze zbudowany i przystojny, pracuje na swoją legendę, rozwiązując zagadki marsylskiej mafii kokainowej, i trafia przypadkowo na łowców mieszkań niezamieszkałych. Kawę popija w jednej z tych dzielnicowych kawiarni, w której przesiadują tylko mężczyźni, i tam znajduje swoje tropy.

Pytam Cleo: „kiedy to się, do jasnej anielki, wszystko działo?!”. Usłyszałam, że bagatela dwa tygodnie temu, i ręce mi opadły, że on tu może bez strachu tak sobie z nami tartę podjadać. Człowiek z bloku gnieźnieńskiego przyjechał, a jedyna afera, która wydarzyła mu się z sąsiadami w ostatnich miesiącach, to ta dotycząca instalacji cieplika – mieszkańcy podzielili się na tych, co chcą, i na tych, co nie chcą, a i tak spółdzielnia zdecydowała za wszystkich.

I ja tak sobie tutaj śmiało poczynam z tymi diabelskimi rzeczami i czynię je pluszowymi, a to naprawdę jest opowieść o piekle na ziemi, które dotyka tych najbardziej wykluczonych – migrantów, kobiety, osoby, które nie mają narzędzi czy po prostu siły, by odpowiedzieć przemocą na przemoc, a nie tak to powinno przecież funkcjonować. By jeszcze dać sobie chwilę na przetrawienie tej historii, której strawić się nie da, zwracam uwagę na figurki w mieszkaniu Cleo. Po całej bowiem chacie, w różnych miejscach były porozstawiane figurki psów w odmiennych kolorach, ale wszystkie zrobione z tego samego materiału. Psy Cleo były postawne i dość dużych rozmiarów. Zapytałam, czy je kolekcjonuje. Odpowiedział, że dziwna sprawa z tymi psami, bo zaczął je znajdować po śmietnikach w różnych częściach Marsylii, od kiedy wydarzyła się ta akcja z samozwańczymi landlordami. Mówię do niego nie na żarty: „pilnują cię!”. Odpowiedział całkiem poważnie: „Tak też zaczynam właśnie myśleć”. Figurki pochodzą ze starej francuskiej fabryki i były niegdyś częstym widokiem w domach, ale nazwy firmy niestety nie pamiętam. Zapytałabym Cleo, ale nie odpisuje nam już dwa tygodnie i wcale nie myślę, że to może oznaczać coś złego.

Poruszeni historiami o kolejnym kręgu piekła, udajemy się spać – nazajutrz gramy koncert w tym samym miejscu, gdzie śpimy. L’Embobineuse to przestrzeń doskonała. Jest zimno, ale heatery chodzą jak złe. Dziwne przedmioty, kuchnia z dużym stołem i zmywarką, szafka dobrze zaopatrzona w słodycze, owoce i warzywa ewidentnie ze skipów, więc możemy tu na stół wyłożyć nasz zeszyt z rankingiem szczurowni i już liczyć szczury, które na koniec zsumujemy. Brud do przeżycia, ale jakby mama zobaczyła, gdzie śpię, to utwierdziłaby się w przekonaniu, że jestem jednak łachudra i łotrzyca spod ciemnej gwiazdy.

Nazajutrz z samego rana wybieramy się na wizję lokalną. Nie możemy iść wyznaczoną wcześniej trasą, bo policja odgrodziła wszystko, więc idziemy grzecznie na nieplanowane naokoło i trafiamy najpierw do dzielnicy, która ewidentnie nie uchroniła się przed gentryfikacją. Ktoś tam sobie muralik maluje słodko i potulnie, kawiarenki takie ładne i na pewno na przelewy tam turyści chadzają w ramach wycieczki wziętej z przewodnika po mieście typu „Marseille for hipsters”. Zero życia, mieszkańców nie zlokalizowano, za to widoczne napisy o nienawiści dla AirBNB (tutaj zapisywane na murach jako RBNB). Gdy je zobaczyliśmy, stwierdziliśmy: spierdalamy stąd, nic ciekawego nas tu nie czeka. Zawsze w takich momentach przypomina mi się opowieść pewnej osoby lewicującej, która mianowała się sprzątaczką. A to wszystko dlatego, że wynajmuje swoje mieszkanie turystom w dużym mieście. A że turyści rezerwują sobie pomieszczenie najczęściej na tydzień, to musi co tydzień sprzątać. Komedia w trzech aktach, której oglądać się nie da. Albo po prostu polski „Biały Lotos”.

Idziemy zatem na widoki popatrzeć, do kościołów powłazić, owoc zjeść ze sklepiku, w tłum się wtopić, nosząc spraną czerń skłoterską, jeden z lepszych kamuflaży, jaki wymyślono. Usatysfakcjonowani tym, co zobaczyliśmy, wracamy do przybytku, w którym zaraz zaczynamy próbę dźwięku, jednocześnie stwierdzamy, że do Marsylii należy jeszcze powrócić. Niegdyś puste miejsce naszego noclegu nagle wypełniło się ludźmi. Bardzo zresztą młodymi. Jedni składali zina, inni gotowali, a jeszcze inni zajmowali nas rozmową. Padło pytanie, czy spaliśmy dobrze. My na to, że jak te kamienie i sam Mefisto by nas nie zbudził. Oni zaś, że tu strzelanina rano. Jak się później okazało, strzelanina mogła dotyczyć wielkiego bloku, który widzieliśmy, wracając. Budynek ten zamieszkały był przez migrantów, których właśnie czekała ewikcja, zmienianie zamków i brutal policji wykonującej swoje obowiązki, jakby robili to na czilerze, tak przy fajeczce. To jest bardzo duży problem w Marsylii. Migranci znajdują budynki, które mogą zeskłotować, uczynić swoim domem, bo przecież najczęściej nie mają innego wyjścia, ale zaraz w takich miejscach pojawia się mafia narkotykowa z kałasznikowami i przez te jebane dragi oczywiście syf i gnój cały. Niczemu niewinni mieszkańcy zostają wykopani przez pały, bo agresorzy postanowili ukrywać w takich miejscach dragi i dokonywać tam kolejnych aktów przemocy.

Na koncercie było dużo dzieciaków, które szalały jak prawdziwe diabliska, więc bardzo chciałam choć kilka z nich poznać i zapytać o żyćko. Na spytki ich wzięłam po gigu. Wszyscy ankietowani rozpływali się nad Marsylią. Podsumowując zebrane opinie: dużo się dzieje, jest zróżnicowanie, jest trochę taniej, choć zaczyna być drogo, nie ma tak dużo gentryfikacji, ale zaczyna być jej więcej, jest dużo imprez i miejsc, do których się chodzi i robi rzeczy. Osoba, która zrobiła nam światła, zjawiła się w L’Embobineuse dwa miesiące temu bez żadnego doświadczenia, ale z entuzjazmem, dano jej praktyki i podstawy, a dziś już ogarnia światła na połowie gigów i innych wydarzeń. C’est cool.

Opuszczamy pełni wrażeń Marsylię vanem ze zbitą szybą, własność budowlańca załoganta, który jeździ też z kapelami jako kierowca. Był także w Polsce – uwaga – w Zduńskiej Woli i w Radomiu. Twierdził, że było wspaniale i nigdy nie zapomni tego, jak dużo ludzi przyszło na koncerty i jak dużo pieniędzy zarobili. Kurtyna.

RÊVE GÉNÉRALE

Zanim przenieśliśmy się do Szwajcarii, tak zwanego day offa spędziliśmy w Lyonie. Trochę naziolskich wlepek trza było pozaklejać, dzień jak co dzień. To jest ten etap trasy, w którym masz ochotę na swój ulubiony posiłek, ciut byliśmy umęczeni pysznym, acz dość monotematycznym jedzeniem, które w ostatnich dniach w siebie ładowaliśmy. Stwierdziliśmy zgodnie, że należy udać się na poszukiwania afrodyzjaku o nazwie Çig köfte.

Çig köfte poznałam w Turcji jako klasyczkę tamtejszego street foodu. Od tamtej pory jest to mój ulubiony posiłek na świecie i polecam go wszystkim osobom wegańskim. Mowa tu o specyficznie ugniatanych kawałkach kaszy bulgur doprawionej pomidorami i przyprawami, którą formuje się na cieniutkim cieście lavaş. Do tego świeża sałata, pomidory, ostra papryczka, pietruszka, sos z granata, mięta. Wszystko skropione cytryną, zwinięte w rollo. Diablo smaczna sprawa.

Odnaleźliśmy więc miejsce, w którym Turcy przygotowywali mój ulubiony posiłek, ale w chwili, gdy zaczęliśmy konsumować, usłyszeliśmy okrzyki dobiegające z oddali. Strajk. Szybko więc dokończyliśmy posiłek i pobiegliśmy na końcowy już ogon strajku, by w nim uczestniczyć. Tak każe obyczaj.

Niczym riotsowi turyści, którymi chcąc nie chcąc, zostaliśmy, zaczęliśmy zwiedzać poszczególne platformy tego bardzo długiego przemarszu. Zatrzymam się tu na chwilę przy określeniu, którego użyłam, a które poznałam ładnych parę lat temu w Grecji. Powiedzieli nam o tym napotkani przez nas mieszkańcy ateńskiej Eksarchii, czyli miejsca, w którym mieszkają i gromadzą się osoby aktywistyczne zaangażowane w politykę. Weszli na ten temat, gdy dowiedzieli się, że my Polaki. Nie ukrywając niesmaku, oznajmili, że jest duży problem z tak zwaną turystyką riotsową, którą uprawiają nierzadko osoby z Polski. Chodzi o to, że udajesz się do miejsc, w których są najsilniejsze zamieszki, po to, by spuścić trochę maczystowskich napięć i naleciałości, a już mniej cię obchodzi, o co tak naprawdę jest ta walka i z czym muszą dealować osoby organizujące protest. Mówiąc krótko – przyjeżdżasz, robisz dym, bo nie jesteś u siebie, i wracasz Ryanairem, pozostawiając po sobie tylko smrodek. Pamiętając to, czego nas nauczono w Atenach, nazywam tutaj nas w ten sposób nieco żartobliwie, bo wstydu bym nie miała, gdybym taką trzodę odwalała. Poza tym leszcz ze mnie jest, a na siłkę chodzę tylko po kondycję, nie masę.

Na początku zupełnie spokojnie, bo co to tam kilka spalonych koszy na śmieci i powolnie spacerująca raczej starszyzna. Im dalej, tym bardziej muzycznie. Idąca obok vana z nagłośnieniem basistka szyła utwór „Seven Nation Army”, a tłum śpiewał tekst po francusku, pewnie specjalnie dopasowany słowami na takie okazje. Dalej trochę zajaranej Marksem młodzieży, aż wreszcie docieramy do miejsca, w którym zdecydowanie chcieliśmy się znaleźć. Orkiestra jakaś z piekła rodem! Jak oni grali, jak oni wszyscy wokół śpiewali! I daleko mi tutaj do porównywania polskich protestów do francuskich i oceniania tych pierwszych.

W tym piekielnym uniesieniu dojrzałam w tłumie osobę przebraną za Gandalfa, więc stwierdziłam, że jesteśmy bezpieczni, ale chwilę później zaczął się niczym nieuzasadniony pokaz siły policji. Najpierw poszła armatka wodna, a później już tylko gaz. Protestu jednak nie przerwano, bo miał on się zakończyć na placu Bellecour, od którego oddaleni byliśmy zaledwie kilkaset metrów. Jak mogę się tylko domyślać, polismany wpadły na wspaniały pomysł wyjęcia swoich ostrych narzędzi w celu zatrzymania tłumu przed dojściem na plac. Strajk jednak zakończył się tam, gdzie zaplanowano. Najwięcej ludzi powędrowało do platformy z dzikim techno, ale my zostaliśmy w kole otaczającym orkiestrę, która grała tak pięknie, że jakby Macron tylko usłyszał, to może przestałby być takim hyclem.

ZWEI MINUTEM POGO TANZEN

Przenosimy się do Szwajcarii, gdzie ostatnio jestem zdecydowanie najczęściej zaraz po byciu w Gnieźnie, co zresztą mnie niesamowicie bawi. Wspomniałam już, że jest to dla mnie zwykle azyl od mówienia o polityce, ale to chyba zasługiwałoby na osobny rozdział w tej i tak już przydługiej relacji. Powiem tylko, że kiedyś zostałam zaproszona w Genewie na imprezę na skłot i zareklamowano mi ją tak: „Alex, musisz przyjść! Będziemy palić policyjny samochód!”. W to mi graj! Pędzę tam z koleżankami w porze nocnej, na odległość nie zważając, i rzeczywiście – palono policyjne auto. Z tym że zrobione było ze sklejek i kartonów. C’est la Swiss.

Lądujemy najpierw w Bazylei, w miejscu o nazwie Schuppen, po naszemu „szopa”. Prowadzone przez kolektyw miejsce jest zorganizowane w dawnym garażu i znajduje się na środku podwórka otoczonego kamienicami. Miejsce to należało do babiny, która zażyczyła sobie, by oddano cały kompleks budowlany kościołowi. Babince się zmarło, a kościół już zajął się planowaniem urbanistycznym z gatunku wyburzenie wszystkiego i postawienie tam hotelu. Byznes jak się patrzy. Lud się jednak zbuntował. Był bardzo silny opór mieszkańców, rzecz jasna, ale także całej dzielnicy. Ponoć jakaś ostra walka to była i udało się ostatecznie przejąć to miejsce. Zatem uratowano przybytek, w którym teraz mieszkają robotnicy, młodzież z kolektywu, starsze osoby, trans kobiety i trans mężczyźni, skłotersi i czasami po prostu przyjezdni. Miejsce to formalnie należy do wspólnoty. Zatem może nie jest to skłot, bo ludzie mieszkają tam legalnie, ale zdecydowanie przetrwały tam tradycje takich miejsc jak: organizacja wydarzeń kulturalnych i społecznie zaangażowanych, skipowanie jako główne narzędzie do zaopatrywania kuchni, dzielenie się sprzątaniem, wspólne podejmowanie decyzji na tyle, na ile jest to możliwe i potrzebne. Wyjmuję zatem swój notatnik z rankingiem szczurowni i ze względu na czystość w mieszkaniu oraz skipowanie drogerii w postaci maseczek do twarzy, kosmetyków do kąpieli po terminie i lakierów do paznokci mogliśmy przyznać tylko jednego szczura na dziesięć. To tak na siłę i bardziej na zachętę.

Po koncercie, prócz wielu kosmicznych osób, które mamy przyjemność poznawać na naszych eskapadach, pojawił się tajemniczy klient, jak zwykle nazywamy Polaków za granicą, którzy przychodzą na nasze gigi. Ten zwrócił naszą uwagę słowotokiem oraz tym, że właściwie po minucie wiedziałam, kim jest, co robi i że spóźnił się niestety na nasz koncert, bo grał z filharmonią „Personę” Ingmara Bergmana i jak tylko wygrywał na kontrabasie ostatnie nutki, to już miał w głowie to, że jest spóźniony. Nietypowy to człowiek, który jest już tak długo za granicą, że pozbawiono go tej typowej polskiej zgryzoty i szczypty podejrzliwości. Słowem, potrafi się cieszyć z małych i dużych sukcesów swych rodaków. Nie zdradzę tutaj nazwiska jegomościa, ale jak przejrzeliśmy jego stronę na culture.pl, to byliśmy w cinżkim szoku, co za personę tu diabli przywiali. W pewnym momencie ucieszył się, że jesteśmy Polakami, bo z pewnością zrozumiemy sytuację, o której chce nam opowiedzieć. Otóż jego kolega, chyba jakiś skrzypek z Rosji, wymyślił projekt, że będzie przy pomocy muzyki łączył Rosjan z Ukraińcami. Projekt nazywa się Die Brücke, czyli most… Mówi, że próbował jemu tłumaczyć, że za wcześnie na takie budowanie mostów, że nazwa jest nietrafiona, a ten odparł, że nazwa jest już zatwierdzona, projekt takoż, więc koniec pieśni. C’est la Swiss.

Na sam już koniec przenosimy się szybciutko do Lucerny. Bardzo turystycznego miasta, co widać jak na dłoni w jego cukierkowym centrum. Posiada ono niewątpliwie piękne widoki, czyli coś, co w Szwajcarii nie przestanie mnie dziwić. Idziesz se rano do roboty i patrzysz se na góry. Nielitościwy to widok. Gramy tam w Konzertkeller Industrie, na dawnym znów skłocie, który nadal funkcjonuje na jego sprawdzonych praktykach, ale jego mieszkańcy posiadają ten teren legalnie. Tutaj od razu wyjadę z rankingiem szczurzym i niestety także tylko jeden szczur na dziesięć. Czysto, ciepło, w kominku osoba pali, miły akustyk, jedzenie można by jeść ze stołu. Na psy schodzą te skłoty. Dzielnica niewątpliwie industrie. Podobno już niedługo, gdyż przemysłowe niegdyś obrzeża zmieniają się raczej w biura i pewnie za kilka lat dzielnica ta uzbroi się w kawiarenki, biznesiki artystycznie wyglądające i zaraz znajdować się będzie na tripadvisorze jako nietypowa, alternatywna przemysłowa dzielnica Lucerny, „super jedzenie, ale trochę drogo”. A jak się o takiego typu gentryfikacji myśli, to aż człowiek chce zakrzyknąć, jak o poranku ktoś darł japę wniebogłosy na Industriestrasse: „Arschloch! Arschloch!”.

Tego wieczoru graliśmy z bardzo popularnym i, jak nam później powiedziano, kultowym już zespołem na bas, perkusję i głosy – Ester Poly. Ludzie zaczęli tańczyć pogo – to z gatunku uroczych – na hasło perkusistki: „ZWEI MINUTEN POGO TANZEN”. Ma na imię Beatrice i następnego dnia zjadła z nami śniadanie. Od razu dało się wyczuć, że to konkretna, silna babka, czorcica najwyższej próby, co to z niejednego pieca jadła. Przypominała mi swoim ogarnięciem życiowym wspomnianą już Nikę. Obowiązkiem jest zatem jakoś rozmowę nawiązać, bo czułam, że oto mam przed sobą istotę z niemałym doświadczeniem na tej scenie, w tej tak zwanej branży muzycznej. Pogawędka dość szybko skręciła na finansowe aspekty bycia muzyczką. Beatrice bowiem należała do stowarzyszenia, które walczy o status artysty, zadając odpowiednim osobom nurtujące ten zawód pytania. Doradza też innym, jak mogą sobie ogarnąć biurokrację i swoje zarobki, tak by wyjść na tym najlepiej. Słowem, pomogłaby mi pewnie ogarnąć takie rzeczy jak ubezpieczenie zdrowotne i inne życiowe kwestie, których boję się jeszcze ruszać, udając, że jestem młoda, zdrowa i bezpieczna w marzeniu, które sobie powolutku spełniam. Mówiłam jej, że pracowałam kilka razy w Szwajcarii i stawka, jaką otrzymałam za performowanie, pozwalała mi przeżyć ładnych kilka miesięcy. Tam też po raz pierwszy spotkałam się z per diem, czyli czymś w rodzaju kieszonkowego na codzienne żywieniowe wydatki, bo przecież za franki jak kupujesz, to włos ci się na głowie jeży, oddech przyspiesza przy finalnej kwocie nabitej na kasę. Jako osoba oszczędna, w której krew wielkopolska płynie, postanowiłam urządzić sobie jednoosobowy konkurs polegający na chomikowaniu tego, co zostanie mi z tzw. dniówki socjalnej. Udało mi się nawet nieźle bejmów uciułać, szwajcarskie franki wiozłam do Polski dumna z siebie.

Opowiadałam jej także, że ostatnio mam możliwość pracować w Genewie, gdzie przygotowuję duet taneczny na festiwal teatralny w Awinionie. Próby mamy w Szwajcarii, w miejscu, które nazywa się L’Abri. Rozpływałam się nad pożytecznością tego przybytku. Po pierwsze, mają dobrze opracowany system rezydencji, na której osoby, kolektywy czy inne duety zostają wybierane na okres roku. W tym czasie oczywiście przygotowują swoje finałowe dzieło, ale mają zapewnione również takie rzeczy jak promocja i komunikacja na temat tego, kim w ogóle są i jak mogą opowiedzieć o swojej pracy szerszej publiczności. Mają dostęp do świetnie wyposażonego miejsca z kuchnią, w której gospodarze raz w miesiącu gotują posiłek dla wszystkich osób pracujących w L’Abri, pomoc techniczną i różne rodzaje sal. Moim ulubionym miejscem jest duży pokój na poddaszu, w którym znalazłam pianino Yamahy i właściwie pierwszy raz w życiu pracowałam nad tworzeniem muzyki w spersonalizowanym dla mnie studiu, a za takie je uznawałam mimo braku stołu mikserskiego.

I tak się rozpływałam nad tym, jakie cudowne możliwości dają takie miejsca jak L’Abri, a Beatrice ucinała moje idealistyczne uniesienia i mówiła, że oni w całości są finansowani przez Rolex. Pierwsze słyszę, ale nie udaję, że nie słyszę, bo przecież czego ja się niby spodziewałam? Że ta darmowa kawa z ekspresu à la barista to tam tak ze skipów pewnie, a pianino przywlekł ktoś ze śmietnika? Czysto w takich miejscach, a ja wcale nie mniej brudna i umoczona w tym całym świecie finansowania sztuki, usprawiedliwiając swoje działania tym, że później mam możliwość dzięki tym frankom społecznie pracować więcej. Beatrice być może zobaczyła wszystko to, o czym właśnie myślałam, i pewnie jeszcze więcej. Dodała zatem, że ona wkrótce też udaje się do Rolexa po pieniądze dla swojego hausprojektu. Ta życiowa ogarniaczka była jedną z założycielek genewskiego skłotu L’ecurie, to jedno z najstarszych tego typu miejsc w Szwajcarii. Teraz funkcjonuje już legalnie, także jako koncertownia z barem, za którym obok młodej osoby pracuje niewątpliwie najstarszy mieszkaniec tego miejsca, który swoim stylem do złudzenia przypomina tych trzech punków w spranej czerni z Leiden.


FULL BODY WORKOUT

Wracamy do Polski i twarde lądowanie sobie serwuję. Drugiego dnia po powrocie idę do siłowni, w której widocznie pod moją nieobecność zainstalowano… Sportowe Drzwi Gnieźnieńskie. Tyle że zamiast kwater z życia św. Wojciecha ktoś podnosi ciężary, ktoś robi psa z głową w górze, ktoś wymachuje ketlem. Zamiast kołatek z lwimi paszczami – hantelki. Pozamiatane.

Nowy materiał SIKSY, z którym obecnie koncertujemy, napisałam zimą. Miałam w Gnieźnie prawie dwa miesiące wolnego od koncertowania i postanowiłam wziąć się za swoje zdrowie psychiczne na poważnie. Nie było to wszystko proste. Absolutnie nie obwiniam Gniezna za stan, w którym się znalazłam, ale miasto zdecydowanie nie pomagało mi w odzyskiwaniu sił, które zwykle czerpię także z poznawania nowych rzeczy. Jego oferta kulturalna woła o pomstę do nieba. Od kiedy podczas twardego lockdownu zamknął się Klub Muzyczny „Młyn”, właściwie nie odbywają się tu zimą koncerty. Nie dziwi mnie w ogóle fakt, że najwięcej młodzieży spotykam w siłowni bądź na dyskotece organizowanej przez Puchacz Label w Restauracji Europejskiej. Niegdyś Europejska służyła głównie biesiadom, stypom i weselom. Właściciel zaprosił do siebie młodzież, dając im w sumie miejsce do potyniania, za co chwała mu i klucze do drzwi gnieźnieńskich. Podkreślam słowo „właściciel”. Czy naprawdę bycie właścicielką to jedyny słuszny i zalecany przez władze kraju i samorządu sposób na bawienie się w kulturę?

Z niechęcią wracam do tych dwóch zimowych miesięcy w Gnieźnie, ale chcę o nich napisać. Przypomniałam sobie wtedy, dlaczego będąc nastolatką, nienawidziłam tego miasta i marzyłam tylko o wyjeździe do większego. Nie potrafiłam odnaleźć powodu, dla którego tu wróciłam. Zaczęłam więc pisać legendę o Diablicy, która język swój własny wymyśliła. Myślę, że większą część jej herstorii zajmuje wątek miasta „Gwiezdno”, w którym przyszło jej znaleźć się i pracować. Jedynym wyjściem i ucieczką dla niej jest tworzenie w głowie fantastycznych herstorii o tym mieście. Wydaje mi się, ale nie pytałam jej tak wprost, że robi to, by nie zabiła jej polityka kulturalna miasta oparta tylko i wyłącznie na historii królów, Wojciecha z Drzwi Gnieźnieńskich, koronacji, wojów, grup rekonstrukcyjnych, dyrektorów instytucji. Wydaje mi się, że fantazjuje i wymyśla sobie opowieści spod mchu i paproci, przekręca i mojta w historii miasta podczas warsztatów dla gzubów po to, by odkryć te niewidzialne patronki czuwające nad Gwiezdnem. Te, które w gwiezdneńskim Domu Powstańca starają się mówić o kobietach w powstaniu wielkopolskim i ołówkach z tego okresu zamiast karabinach. Te, które zapraszają do Gwiezdna autorki zbyt odważne jak na to miasto, bo mówiące o pracy seksualnej. Te, które muszą drżeć o swoje stanowisko, bo za chwilę przecież będzie jeszcze gorzej i znowu jak za dotknięciem magicznej różdżki ktoś, kto zajmował stanowisko w urzędzie miejskim, zostanie zesłany do pracy w instytucji kultury. Pewnie w ramach odbycia kary, taki czyściec. Te, które muszą spełniać zachcianki kolesiostwa, opierdalając imprezy kulturalne dla kogoś, kto umówi się z wyższym rangą na pokazanie swojej jedynej słusznej, bo męskiej weny twórczej. Te, przed którymi ciężkie dwa lata pracy w kulturze, bo w 2025 roku rocznica koronacji Bolesława Chrobrego. Te, które ze względu na swój młody wiek nie widzą szansy na zatrudnienie się w słabo dofinansowanej kulturze, w której tradycją jest, że tak zawsze było i zmieniać tego potrzeby nie ma. Te, których działania promocyjne na rzecz miasta i sukcesy w pracy artystycznej zostaną i tak zakryte informacją o nowym logo Gniezna, i tyle, jeśli chodzi o sztuki wizualne. Można więc powiedzieć, że Diablica sobie fantazjuje po to, bym ja nie musiała narzekać, i być może ma rację, że to jest jedyna strategia, by robić swoje, a innych w bambuko.

Na szczęście po spisaniu herstorii Diablic, które niewątpliwie zainspirowane są miastem, w którym żyję, mam przywilej wyjazdu do innych miejsc i nasycenia się tam innymi herstoriami. Knuję później z innymi diabliskami, jak można nasze doświadczenie i sześcioletnią intensywną pracę w plenerowym domu kultury uczynić bardziej atrakcyjną i widzialną dla władz. Patrzę sobie na te wszystkie miejsca w Holandii, Francji, Szwajcarii – przyjeżdżam tu z nadzieją. Za obowiązek swój uważam korzystanie z tych podróży nie po to, by narzekać, jak chujowo jest w Polsce, ale żeby znaleźć siłę i inspirację do tego, by w Gnieźnie mogła kiedyś zaistnieć miejscówka, która nie będzie wykupiona przez właściciela, nie będzie też instytucją kultury, w której nie odbywają się konkursy na stanowiska dyrektorskie. Nie będzie też kolejną pseudonowoczesną budowlą od kultury, w której organizacje pozarządowe mogą sobie robić raz w miesiącu swoje wydarzenie. Nie ma to być miejsce, które nie posiada programu dla młodzieży. Powinna jednak to być przestrzeń na pół surowa, w której może być rampa i ścianka wspinaczkowa, a koncerty mogą odbywać się podczas treningu skejterek i skejtów. Nie powinien nikt nikogo stamtąd wyganiać o 18.00. Jak usłyszałam, zresztą w Gnieźnie, od Tarasa Gembika: młodzież się lubi „koczkować” w parkach teraz. Potrzebujemy miejsca do „koczkowania” i otwartych bram, a nie kolejnej kopii drzwi gnieźnieńskich.

Robię swój full body workout i śmieję się z tej sportowej wersji zabytku. I wcale nie chcę nawet myśleć o tym, że to projekt miejski i dobicie targu z właścicielem, który nawet tu nie mieszka. Chociaż historia tego miasta nauczyła mnie, że zwykle to, co brzmi jak żart, staje się prawdą. I tym właśnie sposobem skazuję się sama na konsekwencje, jakie wynikną z tego podsumowania, ale zawsze przecież mogę wykpić się tym, że jestem szaloną, odklejoną artystką, która bawi się w kulturę z przyjaciółmi w ramach czasu wolnego i hobby swego, i nie ma co Diablicy i jej podobnych mieć za partnera poważnego. Bo my jesteśmy, kurde, diabły pierwszorzędnej rangi.