Ślady moich dzieci
Ania Witkowska, „Jestem zmęczona”

24 minuty czytania

/ Sztuka

Ślady moich dzieci

Rozmowa z Anią Witkowską

Bardzo późno uświadomiłam sobie, że artyści są atrakcyjni dla publiczności, krytyków i kuratorek przede wszystkim w młodym wieku. Także towarzysko. Jestem poza tą ligą, rzadko mogę gdzieś wyjść wieczorem, bo mam małe dziecko

Jeszcze 6 minut czytania

MONIKA WEYCHERT: Nasza znajomość zaczęła się od wystawy „Od nowa” w 2002 roku. Pokazywany na niej neon twojego autorstwa przedstawiał piktogramowego ludzika, który biegnie przed siebie, wpada w dołek, wychodzi z niego i biegnie dalej. Nieco później na Rauma Biennale Balticum w Finlandii (2004) zaprojektowałaś zapętloną animację piktogramu „Looper”, również przedstawiającą schematyczną postać biegnącego człowieka, uwięzionego w obracającym się kole. To bardzo symptomatyczne prace dla tamtych czasów. 
ANIA WITKOWSKA: Szybko weszłam w turbokapitalizm. Dokładnie dzień po obronie dyplomu na Akademii Sztuk Pięknych. Przez kilkanaście lat utrzymywałam całą rodzinę, bo mój mąż, również artysta, Adam Witkowski, miał tylko godziny zlecone na ASP w Gdańsku.

Często zapominamy, że w pierwszej dekadzie XXI wieku nie chodziło o logikę nadproduktywności i osiągnięć neoliberalnego systemu, tylko o to, by nos trzymać nad wodą. O wynagrodzeniach za wystawy nie było mowy, rynek praktycznie nie istniał, w szkołach płacono śmieszne pieniądze za pojedyncze godziny zlecone. Młodzi artyści bez zaplecza ekonomicznego, pomocy z domu musieli wchodzić w podwójne role. Absolwenci ASP, by się utrzymać, pracowali za granicą na przysłowiowym zmywaku czy tak jak ty w korporacjach. Wiele osób nie wytrzymywało uprawiania tych dwóch aktywności twórczych równolegle – bo projektowanie komunikacji korporacyjnej, reklam itp. jest przecież kreacją – i nie przetrwało w świecie sztuki. Było to niesamowicie drenujące. Ten etap jest już jednak za tobą. Czym jesteś zmęczona dzisiaj?
Polską. A przed momentem, prywatnie, miałam awanturę w domu. Chciałam przyjechać na nasze spotkanie. Zdążyć. A przede wszystkim zostawić wszystko na te trzy, cztery godziny. Wydawało się to niemożliwe: zakupy, goście, synek, który nie chce wyjść z domu. I tego właśnie już nie unoszę. Ja tego już nawet nie rozumiem. Nie chcę rozumieć! Co się stało? Niby wszyscy wiedzą, że masz zaplanowane spotkanie, i ktoś na nie specjalnie przyjechał z Warszawy do Gdańska, ale… zawsze jest jakieś „ale”. Zawsze!

Ania Witkowska

ur. 1978, artystka wizualna, graficzka, okazjonalnie kuratorka. Ukończyła ASP w Gdańsku. Profesora w Akademii Sztuki w Szczecinie. Jej prace znajdują się w kolekcjach Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta” w Warszawie, NOMUS w Gdańsku, Muzeum Dolnośląskiego.
„Maciora. O świni, która nauczyła się latać”
kurator: Stach Ruksza, Trafostacja Sztuki, Szczecin, do 19 listopada 2023

I o tym jest większość prac na wystawie „Maciora. O świni, która nauczyła się latać” w szczecińskiej TRAFO? O tobie w macierzyństwie? 
Świnia jest najmniej cenionym zwierzęciem. Zawsze była postrzegana źle. Dosłownie jako brudna. I mniej dosłownie – nieczysta. A jednocześnie przecież jest bardzo inteligentnym stworzeniem. Maciora to jest ta, która karmi wszystkich. Historyczka sztuki Katarzyna Lewandowska przywołuje w jej kontekście postać bogini Isztar, zarówno niosącej wodę zielonym kiełkom, jak i niszczycielki o świńskim obliczu. W porządkach mitologicznych jest też często bytem, który nie wzniesie się ponad ziemską sferę: nie ma szans lewitować, unieść się nad ziemią. Jest zmuszona zawsze być u dołu. Moja już jednak nauczyła się unosić, a nawet czasami gdzieś leci. To trochę śmieszna metafora, ale coś w niej jest. Umiem postawić diagnozę, zobaczyć, czy jestem na swojej ścieżce, a czasami zawalczę o swoje i odniosę zwycięstwo, wtedy latam. A przecież nie jesteśmy chowane do latania…

Widoki wystawy „Maciora. O świni, która nauczyła się latać”, Trafostacja Sztuki 


Jakie prace pokazujesz? 
Kiedy próbuję opisać „Maciorę”, to przychodzą mi do głowy takie słowa: zmęczona, sama, dryfująca, schowana (za drzewem), obejmująca, lecz nie cały świat, obolała od nakłuć igieł, zabita przez córkę, ale i przez samą siebie, z żylakami i wypadającymi włosami. Jest to idealny obraz przesilenia. I takie dobrałam prace.

W pierwszym wideo śpiewam, że jestem zmęczona, nawiązując do serialu „Siedem życzeń”, i się przewracam. Ale też czasami mój synek Igi się ze mną przewraca, bo towarzyszył mi w kilku nagraniach. Śpiewam nie jako Dariusz, serialowy bohater, tylko jako kobieta, z żeńskimi końcówkami. Draft tej pracy pokazałam także w Gdańsku. To było dla mnie ciekawe, bo kilka osób podeszło do mnie i mówiło, że mi za nią dziękują, że to o nich. 

Z wcześniejszych rzeczy pokazuję wideo „nie wypadaj z głowy mi” z roku 2016, o lecących z mej głowy włosach (od kilkunastu lat cierpię na silną niedokrwistość). Chcę je zaczarować swoją piosenką, aby zostały ze mną dłużej. Prezentuję też pejzaż z igieł do akupunktury, które systematycznie zbieram, bo w ten sposób muszę się ratować. Las igieł, które pomagają rozpoznawać sygnały, które wysyła nam ciało. Pejzaż zablokowanych w ciele emocji. Żylaki natomiast nazwałam porysunkami. To rejestracja wideo – siedzę i wzmacniam je długopisem. Myślałam kiedyś o takim tatuażu na nodze, aby je ukryć. Te tutaj – widzisz? Mam je od 21 roku życia – od pierwszej ciąży. A tutaj ten wielki powróz, który nie chce się schować, wyszedł w drugiej ciąży. Takie ślady moich dzieci.

Płynę w szerokim nurcie „zmęczonych” wystaw. Uczucie zmęczenia, podobnie jak depresja, jest egocentryczne. W pewnym momencie dochodzisz do wniosku, że tylko ty jesteś tak zmęczona, przesilona, wkurwiona. I już nie wiesz, o czym innym mogłabyś w ogóle mówić. To zmienia optykę wszystkiego. Przeciwwaga – „dobrostan” to skompromitowane, nadużyte i zawłaszczone pojęcie. Wyeksploatowane przez prasę kobiecą i psychologię. A jednak każda i każdy z nas tego potrzebuje. Do tego macierzyństwo, wątek bardzo długo w Polsce wykluczany. W Szczecinie pokażę też flagę „oddajcie mi resztki mojego spokojnego snu” z „Protestu nadziei” towarzyszącego wystawie zbiorowej „artystek-matek” i „artystek-niematek” w Galerii EL w Elblągu w 2022 roku. Jeden z krytyków odmówił napisania recenzji z „Drapieżnych serc” właśnie dlatego, że to nie jest sexy temat. 

Ciekawe, że ślady macierzyństwa można odnaleźć nie tylko na ciele, o czym opowiadasz na wystawie, ale też „na karierze”. U Mony Chollet w „Czarownicach” jest niesamowity opis tego, jak dzieci rujnują kariery matkom. Dla mężczyzny bycie ojcem jest rolą społeczną. Kobietom tłumaczy się, wręcz wtłacza kulturowo, że bycie matką to jest ich tożsamość. Znacząca różnica. Kobiety matki nadzwyczaj często znikają z przestrzeni twórczych.
Ja też przepadłam. Tak siebie obecnie postrzegam. Byłam głęboko zaskoczona zaproszeniem wystosowanym przez Stacha Rukszę. Z tą nieobecnością kobiet i ich karier jest tak, że to wynika wprost ze struktury społecznej. Nie żyjemy już w wielopokoleniowych domach. Moi rodzice mieszkają 200 kilometrów ode mnie (to już bardzo sędziwi państwo), siostra – 350 kilometrów, a stałą pracę mam też „jedyne” 360 kilometrów od domu. Chcąc – a raczej nie posiadając specjalnej alternatywy – pracować w takim trybie, nie mam wystarczającego wsparcia społecznego. Mnie jest trudno wytłumaczyć, że dziecko, owszem, mogę zostawić na parę godzin, ale nie na noc czy na parę dni. Bo z kim? Nie ma takiej formy opieki. Zwłaszcza jak w domu para aktywnych artystów. Ja jeżdżę z Gdańska, gdzie mieszkam, do Szczecina, gdzie pracuję, a Adam jeździ ze spektaklami po całej Polsce. Opieka nad dzieckiem odbiera możliwość pracy wielu osobom, które mogłyby być czynne zawodowo. Brakuje systemowego wsparcia. Dlatego te osoby znikają.

Bardzo późno uświadomiłam sobie, że artyści są atrakcyjni dla publiczności, krytyków i krytyczek, kuratorów i kuratorek przede wszystkim w młodym wieku.
Nie wiem, czy tak jest tylko w Polsce. Młodzi i dynamiczni. Atrakcyjni, także towarzysko. Jestem poza tą ligą, rzadko mogę gdzieś wyjść wieczorem, bo mam małe dziecko. Zrobiłam kiedyś pracę „nie widać mnie” – czarna czapka z daszkiem z czarnym haftem. Zin o tym samym tytule – wymyśliłam go naprędce – stworzyłam w ramach Plenum Osób Opiekujących Się.

MAciora, która nauczyła się lataćAnia Witkowska, „Maciora, która nauczyła się latać”, Trafostacja Sztuki

Opowiedz, co to za inicjatywa.
W 2021 roku prezentowałam projekt „Wanderlust” w gdańskiej Kolonii Artystów, a potem w katowickiej Galerii Szarej. Były to cztery krótkie wideo, w których podążam za moim maleńkim synem, sięgam do nieużytków pamięci – dziecko zatrzymuje mnie w moim dorosłym życiu, tempie, a ja kieruję uwagę na nie i na przyrodę (podczas obowiązkowych spacerów). To był niewielki projekt. Podczas okresu macierzyńskiego trudno jest wskoczyć we własny rytm. Z tym małym człowiekiem tworzymy symbiotyczny organizm, mamy jakby podwojone „ja”. Poprosiłam wtedy o wsparcie koleżankę psycholożkę i jednocześnie młodą mamę Werę Morawiec, aby została kuratorką tej wystawy. I od tego się w sumie zaczęło Plenum. Później był open call do poznańskiego Arsenału i uznałam, że warto zgłosić się większą matczyną grupą i opowiedzieć silniejszym głosem o niewidzialności i zaangażowaniu w opiekę nad innymi, bo młodych mam było wtedy w Gdańsku sporo. Nie wygrałyśmy wówczas konkursu na zrobienie wystawy, ale w efekcie tych działań zrodziło się Plenum Osób Opiekujących Się. Rozszerzyłyśmy też ujęcie pracy opiekuńczej – osoby współpracujące otaczają troską nie tylko dzieci, ale np. osoby trans.

Jak powstał wasz pierwszy zin?
Mieszkałyśmy i mieszkamy w różnych miejscach Polski, chociaż trzon jest gdański. Zaczęłyśmy się cyklicznie spotykać i poznawać przez zoom, dzieląc się lekturami, czytając na głos, mówiąc o własnych niedoborach. W którymś momencie zaproponowałam, aby jakoś zebrać nasze działania ulotne i zorganizowane w przedstawiający nas zeszyt (zawodowo zajmuję się projektowaniem, komunikacją wizualną). Akurat odbywał się konwent zinów we Wrocławiu i Wera na nim wystąpiła z pierwszym numerem naszego „nie widać mnie”. Chciałyśmy rozmawiać o opiece i o tym, jak nas artystycznie zawłaszcza, coraz szerzej, w różnych okolicznościach. Kolejny open call pojawił się w Gdańskiej Galerii Miejskiej. Zrobiłyśmy wspólną przestrzeń, Ania Steller i Ula Serek performowały, i zdobyłyśmy nagrodę główną. Za wygraną został wydany kolejny zin, do którego doprosiłyśmy jeszcze więcej osób opiekujących się – Pamelę Bożek, Magdę Hueckel, Mariankę Grabską czy Kubę Szredera. Ciągle coś robimy, niedługo będziemy rozmawiały w TRAFO, w ramach mojej wystawy, wraz z osobami z Teatru Współczesnego i Teatru Kana, jak to jest mieć dzieci i realizować się artystycznie; jak można włączać osoby z niepełnosprawnościami w obszar sztuki (teatru) i jak taki proces opieki wygląda. Nie wiem, co będzie dalej – z Plenum jest tak, że się wynurza, potem znów zamraża i odmraża, bo toniemy w bieżączce spraw i indywidualnych projektach. Zgłasza się całkiem sporo matek artystek, które chcą zabrać głos. 

Przygotowując się do spotkania z waszym Plenum w Słoneczniku w MSN-ie, przeczytałam gdzieś, że nawet w związkach młodych osób, czy też antytradycjonalistycznych partnerskich parach w różnym wieku, jest pełna równość, dopóki nie pojawi się dziecko. Jest jasne, że dzieciakiem musi się zająć kobieta.
Teraz będę sama z Igim przez dwa tygodnie – z synem, który ma sześć lat. Będąc cały czas z nim, jestem też nieuchronnie sprzęgnięta z niedojrzałym umysłem; a to są przecież dwie różne percepcje rzeczywistości. Podporządkowuję swój rytm życia takiej małej osobie. A jednocześnie muszę pracować kreatywnie, korzystając z własnej głowy, wiedzy i doświadczenia. Schizofrenia. 

A z drugiej strony, jak któraś koleżanka odmawia poddawania się szantażom reprodukcyjnym czy – to najgorzej – odrzuca już „aktywowane” macierzyństwo na rzecz kariery, to ostracyzm jest potworny. A żyjemy w XXI wieku, w środkowej Europie, w środowisku artystycznym. 
Rodzinnie podjęliśmy temat antynatalizmu w pracy „wielka kochanko”. Razem z Mają, naszą córką, czytałyśmy w tej pracy wiersz Grzegorza Kwiatkowskiego o tym samym tytule – nagraliśmy go w prezencie dla niego. Maja miała wówczas 11 lat. Czytałyśmy na głosy, a tło dźwiękowe zrobił mój mąż. Utwór nakreśla obszar tragedii domowej: opiekuńczość i miłość matki przekształcają się w toksyczną relację, stają się źródłem traumy. Jedynym wyjściem z tej zależności pozostaje odejście matki, tylko opuszczenie daje córce ulgę, zwraca jej potencjał. Symboliczna śmierć matki oznacza dla niej wolność. Nie wiem, czemu wtedy wybraliśmy ten wiersz, wrócił do mnie w minionym roku. Zabicie matki przez córkę jest strasznie bolesne dla obu stron. Realnie dotarło to do mnie podczas pracy z Plenum – osoby żartowały ze swoich mam, żadna z nich nie ma dorosłej córki jak ja, a przecież też mają córki, które kiedyś dorosną… Jesteśmy w podwójnej roli – córek i matek córkom. Przy pracy nad wystawą w Szczecinie czytałam „Rzecz o matce i ojczyźnie” jako jedną z lektur podsuniętych przez Stacha Rukszę. Bożena Keff obnaża kulisy romantyzowania figury matki w kontekście Zagłady. Ale nadal się tak dzieje. W książce „Jezus umarł w Polsce” Mikołaja Grynberga jedna z aktywistek, Beata, pytana, dlaczego pomaga na granicy w lesie, odpowiada: „Matka uniesie wszystko i matka może wszystko”. Matka i ojczyzna – trwa romantyczna wizja ojczyzny, która może jest matczyzną właściwie. Usia, bohaterka książki Keff, córka, chciałaby bardzo odrzucić tę traumę. I to się wciąż nie udaje.

PlenumZaproszenie na spotkanie Plenum Osób Opiekujących Się

No dobrze – tę „matkę”, „matczyznę”, „macierzyństwo” odmieniamy sobie tutaj na wszelkie sposoby. Ale ty jesteś jeszcze: matką-artystką, matką-osobą pracującą, matką-pedagożką. Tych ról jest cała masa. Podsumujmy sytuację: wykładasz i zdobywasz kolejne stopnie naukowe; spędzasz wiele godzin w pociągu i klikasz w laptopa, wykonując drugą pracę; pracujesz od lat jako projektantka książek i architektka wystaw, kuratorka; masz partnera, z którym współpracujesz artystycznie, ale masz też własny obszar twórczości, który pokazujesz na wystawie w TRAFO – to kolejna aktywność. Angażujesz się też w Plenum Osób Opiekujących Się. Są jeszcze Szare Wrony, marka odzieżowa w duchu less waste i odpowiedzialności klimatycznej. Projekt, który rozwijasz z Alicją Karską. Przy czym odpisujesz na wiadomości niemal błyskawicznie, o każdej porze dnia i nocy. Ja mam wrażenie, że nigdy nie odpoczywasz, nie śpisz, i w ogóle myślę sobie, że gdybym w ten sposób pracowała, to chybabym po prostu umarła z wyczerpania.
Te wymienione wyżej wątki i role łączy jeszcze to, że zawsze chodzi o opiekę. Jestem też matką-żoną. Ale jako żona w rolę matki nie chcę i nie będę wchodziła. 

Kolejna ciekawa kwestia to wasza małżeńsko-partnerska relacja w sztuce. Jak w ogóle wyglądają wasze współprace? Robicie tak różne rzeczy! Adam zajmuje się malarstwem, instalacją i wideoartem, ale przede wszystkim kojarzymy go z dźwiękiem, muzyką, produkcją muzyczną. Współtworzył takie zespoły jak Samorządowcy, Gówno, Nagrobki, Wolność, Woda. Zresztą on się w ogóle nieco wymyka – kojarzony jest ze sceną muzyczną, robi oprawę wielu spektakli Marcina Libera. Raz bardziej widać ciebie, raz Adama. A jak byliście nominowani w konkursie Spojrzenia, to jako para. Nieco dziwaczne, musisz przyznać. Tak jakby nie można było was, waszego dorobku oceniać osobno. 
To był pomysł Daniela Muzyczuka, jurora i kuratora tamtej edycji, trochę nas zmusił do tego, żebyśmy wygenerowali coś wspólnie. My się z Adamem znamy niesamowicie długo (30 lat!). Jeszcze z czasów liceum plastycznego w Bydgoszczy, gdzie też uczyła mama Adama – Halina Witkowska. Często razem coś robiliśmy. Koło 2002 roku z Adamem i Tomkiem Kopcewiczem powołaliśmy do życia kolektyw Znajomi znad Morza. Równolegle zaczęłam swoją współpracę z Adamem przy filmach wideo. Z perspektywy widzę, jak bardzo moja najbliższa rodzina jest obecna na wielu różnych poziomach w mojej sztuce. Z Adamem mamy na koncie zarówno wspólne wystawy (razem realizowane), jak i wspólne prace. W TRAFO kładę też nasz wspólny dywan w moro. Dywan kamuflaż, miękki i puszysty, a jednocześnie groźny swym wzorem. Muszę jednak przyznać, że gdyby nie wsparcie Adama – jego świetna muzyka czy montaż filmów, to wystawa „Maciora” by nie powstała. Nasza współpraca to też często stan wojny, negocjacje. Adam – barwny ptak, ja – monochromatyczna. Ja stawiam przede wszystkim na relacje z ludźmi, społeczny impakt, on się od tego odcina. Trudno więc nam wypracować wspólną formułę.

Twoja wystawa doktorancka „we have one heart” pokazana w gdańskiej Łaźni w 2018 roku również bazowała na relacjach rodzinnych.
I opisywała tragiczne wątki moich teściów, rozłąkę i śmierć, wielką miłość, specyficzny język listów miłosnych, a wszystko to naznaczone wojną iracko-irańską i poprzedzone researchem w Kurdystanie. Pojechałam tam, będąc w ciąży, niedaleko toczyły się potyczki wojenne. Widziałam ofiary i rannych. Płakałam z bezsilności.

Co to za historia? 
Rodzice Adama poznali się w Budapeszcie w 1976 roku podczas studenckiego wyjazdu. Halina, wówczas studentka grafiki w Gdańsku, i Farouk, starszy od niej iracki Kurd, student historii na uniwersytecie w Bagdadzie, który odbywał swoją pierwszą podróż po Europie. Przez kilka miesięcy para mieszkała w Polsce i starała się o pozwolenie na ślub cywilny. Farouk wielokrotnie w tym czasie wyjeżdżał do Iraku. W 1977 roku Halina zaszła w ciążę. Na dwa miesiące przed porodem, w lutym 1978, Farouk musiał znów polecieć do Bagdadu. Tym razem już nie wrócił. Odmówiono mu kolejnej wizy do Europy. Tym samym nie mógł być przy narodzinach syna, czyli Adama. Został powołany na front, jako mieszkaniec Bagdadu i obywatel Iraku brał udział w pierwszej wojnie iracko-irańskiej, a potem w kolejnych ofensywach Saddama. Pod koniec wojny iracko-irańskiej Saddam zdecydował się rozprawić z narodem wiecznych powstańców i rebeliantów: Kurdami. Jego własnym etnosem. Farouk znowu był świadkiem niewyobrażalnej przemocy, przez niektórych uważanej za holocaust Kurdów. Podczas przerw w walkach Farouk wykonywał spontaniczne rysunki, których część zachowała się do tej pory. Zachowały się też listy. Rodzice Adama posługiwali się językiem angielskim w stopniu podstawowym, listy były więc pełne zabawnych błędów, przeinaczeń, przez które przebijała się jednak czułość, troska i miłość, jaką się darzyli. Halina w listach funkcjonowała jako „My Lody”, a Farouk podpisywał się jako Faroukovsky, aby chociaż trochę zbliżyć się do polskiej pisowni. Istotna była też papeteria, na której pisał swoje listy ojciec Adama: widniały na niej róże, ważny symbol w jego kulturze.

Ziny Plenum Osób Opiekujących Się


Relacje z innymi to, w twoim przypadku, także forma opieki.
Uświadomiłam to sobie już jakiś czas temu, jak bardzo u mnie te wątki się łączą. I że to jest jedyna stała w moim życiorysie. Przede wszystkim obsługuję innych artystów i artystki. Ale jest to też forma zaopiekowania się czyjąś wizją. W tym roku jestem dwadzieścia lat po studiach. Równo. A już na studiach zaczęłam robić projekty graficzne dla instytucji, NGO-sów kulturalnych. I ta relacja przetrwała. Nawet jeśli nie robię swoich projektów, swojej wystawy, to cały czas jestem zanurzona w tym świecie. I jest to coś, co ja zyskuję na tych kooperacjach. Ostatnio rozmawiałam z Magdą Hueckel. Ona przez swoją sytuację – dziecko z niepełnosprawnością i drugie młodsze – wymyśla sobie specjalnie kooperacje artystyczne z przyjaciółkami, żeby po prostu spędzać z nimi czas. Bo nie ma tej przestrzeni w swojej codzienności, żeby się bez jakiegoś zadania tak po prostu spotkać. Tak jak my teraz. Widujemy się rzadko, a jednak formalnie obie jesteśmy w tym miejscu, w tym momencie, aby wykonać pracę: zrobić tę rozmowę. A nie siedzieć i gadać – tak po prostu. Moje projektowanie wydawnictw, czy rzadziej wystaw, to nawet nie jest kwestia tylko tego pragmatyzowania. Ja zawsze byłam szczerze zainteresowana tym, co ludzie robią. A projektowanie daje mi możliwość zagłębienia się w czyjąś twórczość, to jest proces badawczy. 

A nie boisz się, że jest wtedy taka pokusa mówienia wieloma językami? Jak masz dużo do czynienia z cudzymi dziełami?
Wypracowałam swój język graficzny. Wydaje mi się, że wyrazisty. I przez to też nie wszyscy się do mnie zgłaszają. Od zawsze cieszyłam się, że zwraca się do mnie artysta, który ma do mnie zaufanie. I ja to nawet często traktowałam jako prezent od losu. Oczywiście mam kryzysy pod koniec pracy: jak muszę czterdziesty raz jakiegoś orła podmienić na życzenie sponsora. Klnę i tupię wtedy nogami. Ale ta pierwsza faza zgłębiania tematu jest wspaniała. Chodzę z tym. Myślę. Robię notatki i szkice. Tylko też czuję, jak spada mi kreatywność w roku akademickim. Kiedy muszę zasilać inne osoby, podsuwać osobom studenckim pomysły, rozwiązania, zatracam tożsamość. Wsiadam do pociągu ze Szczecina do Gdańska i czuję, że nie mam siły nic własnego już z siebie wypluć. Baterie już mi się rozładowały. 

Ostatnio kolega z pracy powiedział, że już nie jesteśmy pedagożkami, tylko stałyśmy się psychoterapeutkami studentek i studentów.
Ciężko przeżyłam rozmowę z moją dyplomantką, bardzo zdolną studentką, która zarzuciła mi brak opieki. A ja pomyślałam, że poświęciłam jej najwięcej czasu. To było najtrudniejsze, że akurat ona mi to zarzuciła. Nawet się od tego rozchorowałam. U mnie te spadki energetyczne i emocjonalne tąpnięcia zawsze przeradzają się w choroby. Ciało szybko kompensuje różne sytuacje. 

Plenum Osób Opiekujących Się


Wiemy już, czym jesteś zmęczona, a jak odpoczywasz?
Jestem zodiakalnym Bliźniakiem i mam w sobie dualizm. Z jednej strony pragnę odpoczynku, a z drugiej pociąga mnie ta, nawet nadmierna, ruchliwość i chwytanie wielu srok za ogon. Obcowanie z kulturą i twórczością innych osób ładuje mi baterie. Akupunktura. Czasami chodzę na masaż. A jak za długo siedzę przy kompie, to klasycznie spinam dupę. Sytuacje cię blokują, ludzie cię blokują. Ciało pokazuje, na ile to wszystko przyjmujesz. Potrzebuję regeneracji na prostym poziomie – sen, dobre jedzenie, patrzenie w las czy rzekę, bycie z bliskimi, kochanymi osobami. Kocham przecież dzieci i Adama, i już sama nie wiem, z czego wynika to całe uwikłanie w macierzyństwo. Ale to jest ten moment, w którym teraz jestem. Jako matka jestem już przesilona.

W „Lady Bird” Grety Gerwig główna bohaterka Christine w akcie niezgody i protestu wobec słów własnej matki wyskakuje z rozpędzonego auta. To jest film o mnie i Mai. Moja córka też kiedyś zaczęła wysiadać z jadącego samochodu, bo nie potrafiła inaczej zamanifestować swojego sprzeciwu. To trudne momenty dla matki, to już balansowanie na krawędzi. Na kolejnym jej filmie – „Barbie”, byłam z synkiem, który po seansie stwierdził, że ma kolor włosów Kena i że zawsze będzie gorszy i smutny… always number two. Wokół filmu „Barbie” także wybuchła w Polsce dyskusja. Wszyscy byli „zażenowani” uproszczeniami myśli feministycznej i komercjalizacją treści. Mnie nie zażenował ten film, lubię Gerwig, aktorów i aktorki, którzy tam grali. No i mam słabość do lalki Barbie. Była najpiękniejsza. Projektowałam dla niej i szyłam ubranka, robiłam miniksiążki z papieru… W tym filmie tytułowa bohaterka zaczęła płakać. Wiesz, że ja miałam lalkę Barbie, i powiem ci, że zakraplaczem robiłam jej łzy. I odgrywałam scenkę smutnej pięknej Barbie.

Puszczałaś łzy Barbie? Ania!