Jeszcze 3 minuty czytania

Stanisław Łubieński

ŚMIEĆ NUMERU: 19 naboi

Stanisław Łubieński

Stanisław Łubieński

Późnym latem i jesienią na groblach między stawami aż grzechocze od łusek. Myśliwi rzadko sprzątają po sobie, uważają się widocznie za stróżów zupełnie innego porządku. Za stróżów tradycji. Ludzie z taką misją nie muszą się schylać po śmieci.   

Słabnie szum drogi wojewódzkiej numer 177. Jednopasmówka, nieoblegana, ale w ciszy lasu u schyłku lata każdy samochód bardzo wyraźnie i długo zaznacza swoją obecność. Rude pnie stoją równo, posadzone jak od linijki. Żadnych krzaków, żadnej polany, żadnego koślawego grabu. Na plantacji drewna obowiązuje porządek. Ze zwierząt najłatwiej spotkać tu człowieka, homo sapiens, w pogoni za przedstawicielami królestwa fungi z grupy macromycetes, grzybów wielkoowocnikowych. Ale nie dziś i nie jutro, bo deszcz nie padał tu od miesięcy. Pod nogami trzeszczą gałązki, trzeszczą zatopiony w mchu stary parasol i pordzewiała tablica rejestracyjna.  Gdzieś tam, gdzie powoli zachodzi słońce, las się przerzedza. Między drzewami widzę niebo, powietrze, przestrzeń. 

Dwudziestometrowa skarpa. Duży opasany trzcinami staw. A w zasadzie kilka stawów. Woda burzy trochę ten porządek monokultury. Idę zwierzęcą ścieżką w dół i zagłębiam się w ols. W błocie ślady ostrych kopytek, sarny przychodzą tu pić. Z wody patrzy na mnie podejrzliwie gągoł. Złote oko jest nieruchome, kaczka zastygła, czeka na mój kolejny ruch. Na wodzie cieniem kładą się pnie olch. Stoję na zarośniętej drodze i schylam się po czerwieniejący w trawie przedmiot. Owalna rurka polietylenu o niskiej gęstości (LDPE) z blaszaną podstawą. Świeża. Nabój na kaczki, pocisk o długości siedmiu centymetrów, śrucina trzymilimetrowa, waga ładunku trzydzieści dwa gramy. Producent: Fabryka Amunicji Myśliwskiej Pionki. Gągoł odlatuje.

Od połowy sierpnia trwa sezon polowań. Strzelać można do czterech gatunków kaczek i chociaż gągoła nie ma na liście, to jego nerwowość jest uzasadniona. Na stawach i jeziorach w całej Polsce zaczyna się kanonada. Zabijać można poczciwą, znaną nam z parków krzyżówkę, płochliwe cyraneczki, czernice z fantazyjnym frędzlem z tyłu głowy i narażoną na wyginięcie (wg Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody) głowienkę. Powiedzmy to sobie jasno: polowanie na kaczki nie ma żadnego praktycznego uzasadnienia, jest wyłącznie okrutną zabawą. Właściciele stawów skarżą się czasem, że kaczki wyjadają pokarm dla ryb. Owszem wyjadają, ale niedużo, a badania mówią, że obecność wielu gatunków ptaków na stawach ma swoje zalety. Kaczki, łyski, perkozy, a nawet czaple przynoszą więcej pożytku niż strat. Zapobiegają zarastaniu lustra wody, wyjadają larwy drapieżnych owadów żywiących się ikrą i narybkiem, sprzątają z powierzchni ryby chore czy martwe.

Nie jest wielką tajemnicą, że większość myśliwych kompletnie nie zna się na ptakach. Odróżnienie lecących kaczek to zadanie trudne, szczególnie jeżeli nie ma się lornetki i dużego doświadczenia. Ale komu by się chciało cierpliwie studiować atlasy, a potem mozolnie zdobywać doświadczenie w terenie? Na polowaniu ma się i tak zaledwie kilka sekund na strzał. Na łowieckich forach, a nawet w oficjalnych sprawozdaniach Polskiego Związku Łowieckiego, pisze się o polowaniu na „dzikie kaczki”. Zwykle bez uściślania gatunku. Dzika kaczka to właściwie każda kaczka. Po co myśliwy ma się uczyć, jak wygląda samica podgorzałki, skoro na egzaminie nie musi tego wiedzieć? Zgodnie z rozporządzeniem ministra by polować, musi znać listę gatunków łownych, ich biologię i przepisy dotyczące ochrony przyrody. Nikt nie sprawdza, czy potrafi odróżnić hełmiatkę od głowienki. Pewnie dlatego co roku oprócz gatunków łownych zabija ptaki chronione, zdarza się, że rzadkie i ginące. Tylko w tym roku udało się udokumentować dwa takie przypadki (można o nich przeczytać tutajtutaj). Mało kto zjada upolowane kaczki, trupów czy postrzelonych ptaków czasem nawet nie zbiera się z powierzchni wody, choć należy to do obowiązków myśliwych.

fot. Stanisław Łubieńskifot. Stanisław Łubieński

Późnym latem i jesienią na groblach między stawami aż grzechocze od łusek. Myśliwi rzadko sprzątają po sobie, uważają się widocznie za stróżów zupełnie innego porządku. Za stróżów tradycji. Ludzie z taką misją nie muszą się schylać po śmieci. Taki mamy klimat, naprawdę. Parę kroków od czerwonej leży zielona. Włoska amunicja Cheditte, trzydzieści cztery gramy, pojedyncza śrucina ma trzy i pół milimetra. Blaszka już trochę podrdzewiała, pewnie leży tu od zeszłego roku. Kto strzelał? Notable z zapyziałego W. na dawnej granicy zaborów? Może pan D., właściciel hurtowni? Może któryś z dewizowych gości organizatorki polowań pani S.? A może właściciel firmy T., który kupił synowi H. na urodziny wiatrówkę? Niech się młody uczy męskości. Myśliwy zakradł się tu o świcie czy strzelał wieczorem? Prawo zezwala na polowanie na ptaki jeszcze godzinę po zachodzie słońca, kiedy kaczki są właściwie nieodróżnialne nawet dla profesjonalnego ornitologa.

Pewne jest jedno. Palec pociągnął za spust, iglica uderzyła w spłonkę, zapalił się proch, a gazy prochowe wyrzuciły z lufy przeszło sto trzydzieści śrucin. Tyle mieści się w takim właśnie naboju Cheditte. Po trzydziestu pięciu metrach strumień śrutu pokrywa powierzchnię o średnicy blisko dwóch i pół metra. Trzydzieści pięć metrów wynosi maksymalna dopuszczalna odległość strzelającego od celu. Kto jest taki aptekarski w terenie, kiedy adrenalina gra w żyłach? Po pięćdziesięciu metrach rozrzut sięga czterech metrów. Jeżeli myśliwy strzela w podrywające się z wody kaczki, trafi przynajmniej kilka ptaków. Jeden, może dwa spadną do wody, reszta odleci, unosząc w ciele kawałki ołowiu.

Najczęściej śrut zalega w piersiach i skrzydłach. Jedna, mała drobinka to wyrok. Ptak umrze, bo nie będzie w stanie uciec drapieżnikowi, albo zwyczajnie powoli zatruje się ołowiem. Nie trzeba dostać kulki, by się zatruć. Ptaki wodne zjadają śrut zalegający na dnie zbiorników, ptaki drapieżne zjadają go w mięsie ofiar czy w padlinie. Pierwszy artykuł na ten temat powstał już pod koniec XIX wieku, według najnowszych ustaleń śrut trafia do żołądków stu trzydziestu gatunków ptaków. Amunicja ołowiana w padlinie była głównym powodem zatruć krytycznie zagrożonego kondora kalifornijskiego. Dziś liczebność gatunku, obejmująca ptaki dzikie i żyjące w niewoli, wynosi około pięciuset osobników. W 2008 roku na obszarze występowania kondora kalifornijskiego zabroniono polowania śrutem ołowianym.

Dwie krzyżówki, łowne  fot. Stanisław ŁubieńskiDwie krzyżówki, łowne fot. Stanisław Łubieński

Patrzę pod nogi, więc nie patrzę przed siebie. Co chwilę wpadam czołem w wielkie, rozpięte w poprzek ścieżki pajęcze sieci. Od paru dni nikt tu chyba nie przechodził. Przy brzegu walają się rozwleczone pióra czapli siwej. Kawałki skrzydła. Pewnie do truchła dobrał się lis, ale kto odebrał jej życie? Na grobli między stawami leży kilkanaście łusek. Rzucają się w oczy, bo właściwie nie ma tu innych śmieci. FAM Pionki 28, 30, 32, 34 gramy. Śrut w trzcinach, pniach drzew czy pod wodą będzie się rozkładać nawet trzysta lat. Co roku w krajach Unii Europejskiej myśliwi pozostawiają na polach, w lasach i wodzie nawet 50 tysięcy ton ołowiu. W Stanach Zjednoczonych amunicja myśliwska jest uznawana za najważniejsze niekontrolowane źródło przenikania tego toksycznego pierwiastka do środowiska.

Ze stawu niesie się w ciszy wariacki chichot perkozka. Kto wie, może i on nosi pod skórą kawałki śrutu? Cierpliwe, nieubłagane i zabójcze. Zatrucie ołowiem jest stare jak świat i znali je już starożytni. W drugim wieku przed naszą erą Nikander, grecki poeta i lekarz, opisywał efekty działania bieli ołowianej: wysuszone gardło, skołowaciały język, dreszcze, kolki (objawy nieznanej jeszcze wtedy ołowicy, zwanej saturnizmem). Architekt Cezara, twórca maszyn bojowych Witruwiusz ostrzegał, że ołowiane rury na akweduktach podobno szkodzą zdrowiu. W latach 80. ubiegłego wieku pojawiła się nawet dość brawurowa teoria, że Cesarstwo Rzymskie upadło przez powszechne podtrucie ołowiem. W ołowianych naczyniach gotowano defrutum, syrop winogronowy, którym słodzono kwaśne wino, ołów był składnikiem kosmetyków i leków. Zdaniem profesora Jerome'a Nriagu na działanie ołowiu były szczególnie wystawione rzymskie elity. Przez wiele wieków substancja upośledzała ich zdolności rozrodcze, inteligencję, zapewne odpowiadała też za rozmaite dziwactwa. Czytaliśmy o legendarnych zboczeńcach i patologicznych okrutnikach. Czy Kaligula i Heliogabal byli ofiarami ołowicy? Rzym idiociał, aż podbili go jacyś barbarzyńcy? Teoria profesora Nriagu powtarzana jest dziś raczej w formie ciekawostki. Ołowica w starożytnym Rzymie szalała z całą pewnością i faktycznie zatrucie ołowiem jest dziedziczne. Podniesiony poziom pierwiastka we krwi wykryto między innymi u inuickich noworodków, których rodzice żywili się upolowanym ptactwem.

Słońce chowa się za drzewami. W ciszy, nieśpiesznie przelatuje czapla biała, jak duch na tle ciemniejącego lasu. Kaczki chowają dziób pod skrzydłem i zapadają w czujny sen. Stulecia mijają, a ołów wciąż ma się nieźle. Pb, niezmiennie numer 82 na tablicy Mendelejewa. A przecież w ciągu kilkunastu lat, od kiedy skończyłem szkołę średnią, zjawiły się jakieś nowe, egzotyczne pierwiastki, choćby kopernik, moscovium, tennessine. Zniknęła benzyna ołowiowa, farby z bielą ołowianą, ale amunicja śrutowa, podobnie jak wiele archaicznych myśliwskich obyczajów ma się dobrze. Mimo że istnieją równorzędne, nietoksyczne, tanie zamienniki, jak choćby śrut stalowy. Na tych małych, nieuczęszczanych stawach znalazłem dziewiętnaście łusek z pociskami o różnej wadze i średnicy śrutu. Dziewiętnaście – zdawałoby się niewiele, ale mieściły w sobie jakieś trzy i pół tysiąca ołowianych kulek, które dzielą się na mniejsze części, kiedy tylko napotykają przeszkodę. Czym jest polowanie ołowianym śrutem, jeśli nie usankcjonowanym zaśmiecaniem środowiska neurotoksyną? Dziwne. Prawda, a brzmi jak prowokacja.

Dziękuję mgr. inż. Michałowi Łukawskiemu za konsultacje.