Jeszcze 3 minuty czytania

Stanisław Łubieński

ŚMIEĆ MIESIĄCA: Rękawiczki nad dachami

Stanisław Łubieński

Stanisław Łubieński

Jednorazówki wracają w wielkim stylu. Od niedawna zakupy można robić tylko w jednorazowych rękawiczkach. Te plastikowe, przezroczyste w wietrzne dni fruwają nad dachami, wysoko na niebie, na którym wypatruję ptaków

„Mór zaczął się na kilka lat przedtem na Wschodzie i spowodował tam wielkie spustoszenia. Powoli, z miejsca na miejsce się przenosząc, zaraza do krajów zachodnich dotarła”. Zdaje się, że ta przeterminowana o 700 lat wizja dość długo uspokajała Głównego Inspektora Sanitarnego. Jarosław Pinkas jeszcze 30 stycznia w wywiadzie dla RMF FM perorował, że „ten wirus jest w tej chwili w Chinach, mamy całkiem daleko do Chin”. Widać umysł ludzki wciąż nie oswoił się z tempem globalizacji. Jarosław Pinkas nie był w swojej beztrosce osamotniony. Kto z nas myślał, że problemy pewnego chińskiego miasta staną się w ciągu kilku miesięcy problemami całego świata?

Jest początek maja. Wirus sparaliżował codzienność w Indiach, w Alabamie i Tomczycach. Jakbym pisał znikającym atramentem, zniknęły z kalendarza zaplanowane na wiosnę spacery ornitologiczne, wyjazdy i spotkania autorskie. Każdy dzień stał się dziwnym niedzielnym popołudniem. Ze wszystkimi usypiającymi konsekwencjami. Moja ulica, zawsze zakorkowana i śmierdząca, zrobiła się raptem trochę senna. Może nie do końca, bo co pięć minut jadą nią karetki na sygnale. Życie towarzyskie przeniosło się do internetu, a tam jak wirusy szerzą się teorie spiskowe. O tajemniczej amerykańskiej broni biologicznej, o tym, że ktoś ma w tym swój interes, że 5G, że Rząd Światowy, że jacyś nieznani eksperci ujawniają całą prawdę. Bezradnie patrzę, jak te farmazony udostępniają moi znajomi.

Mówi się, że przyroda oddycha z ulgą, na indyjskie plaże wróciły żółwie, a na Tarchomin dziki. Kto by się teraz przejmował śmieciami? Tymczasem potężny kryzys przechodzi rynek recyklingu. Z powodu pandemii pracę zawiesiło między innnymi 90% francuskich zakładów. Wyniki selektywnej zbiórki spadają, wiele krajów rozluźnia przepisy dotyczące segregacji odpadów. Do tego na skutek trwającej wojny handlowej między Arabią Saudyjską i Rosją spadają ceny ropy. Oba kraje zwiększały podaż, ale równocześnie spadł popyt – niemal ustał ruch lotniczy, zwolniła logistyka, a nawet zwykły ruch samochodowy. Ceny baryłki są rekordowo niskie. Tania ropa to tanie surowce pierwotne, tanie surowce pierwotne to brak bodźców do kupowania surowców wtórnych. Tanio jest produkować nowy plastik.

*

Jednorazówki wracają w wielkim stylu. Zakupy można robić tylko w jednorazowych rękawiczkach. Codziennie znajduję pod domem przynajmniej parę rodzajów. Przezroczyste z polietylenu. Nitrylowe, lateksowe, winylowe i bóg wie jakie. Białe, zielone, niebieskie. Te plastikowe, przezroczyste w wietrzne dni widzę lecące nad dachami, wysoko na niebie, na którym wypatruję migrujących ptaków. Był już bocian, potem żuraw, eskadra kormoranów, myszołowy, znacznie częściej widzę jednak te rękawiczki z supermarketów, beztrosko porzucone wcześniej na ulicy. Jeden podmuch porywa je do góry i przenosi na wiele kilometrów.

Czy te wszystkie śmieci odłożą się w formie wyraźnej warstwy geologicznej z tego czasu? Już 12 marca czytałem alarmujące wieści z Hongkongu. Jednorazowe maski z przeszło siedmiomilionowego regionu administracyjnego zaśmiecają okoliczne plaże. Problem będzie narastał, bo niemal trzy czwarte tamtejszych odpadków trafia na wysypiska. Z pewnością wiele z nich spłynie wraz z wodami powierzchniowymi do oceanu. Maseczki dobrze pływają. Bez trudu pokonują trzydzieści kilometrów dzielące Hongkong od bezludnych wysp Soko.

Pandemiczne śmieci w morzach i oceanach to problem całego świata. Mieszkający w norweskim Tromsø archeolog Stein Farstadvoll pod koniec marca znalazł na brzegu buteleczkę z wyrzuconym przez fale środkiem odkażającym. Napisy na opakowaniu były po norwesku, opakowanie z pewnością nie dryfowało od dawna. Miesiąc później Stein Farstadvoll znalazł wyłomotaną przez morze jednorazową maseczkę norweskiej firmy Granberg i rękawiczki. W najbliższych latach podobne śmieci przepłyną setki, może tysiące kilometrów i będą znajdowane na wybrzeżach całego świata. 

fot. Stanisław Łubieńskifot. Stanisław Łubieński

Zdjęcia pierwszych polskich pandemicznych śmieci znalazłem w sieci w połowie marca. Porzucona maseczka wygrzewała się na łące w okolicach góry Chojnik w Karkonoskim Parku Narodowym. Nie myślałem, że takie widoki staną się czymś powszednim i normalnym. Niestety dbanie o własne zdrowie rzadko idzie w parze z troską o zdrowie innych. WHO ostrzega, że nieprawidłowo wyrzucane środki sanitarne mogą być źródłem kolejnych zakażeń. Rozrzucone maski, rękawiczki i chusteczki ktoś musi przecież pozbierać.

*

Badania (dostępne tutajtutaj) potwierdzają, że trwałość wirusa zależy od powierzchni, na której się znajdzie. SARS-CoV-2 błyskawicznie znika z płótna i impregnowanego drewna. Potrafi przetrwać do trzech godzin na powierzchniach takich jak zadrukowane kartki, kilka dni na gładkich powierzchniach plastikowych czy stalowych. Na zewnętrznej warstwie maseczki do nawet około tygodnia. Jednocześnie wirus łatwo ulega zniszczeniu przy standardowej dezynfekcji. Pamiętajmy jednak, że takie badania prowadzi się w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych, ich wyniki nie są automatycznie przetłumaczalne na język codzienności – sklepów, tramwajów czy kościelnej ławki. I jeszcze jedno – ślady wirusa nie oznaczają automatycznie, że są to patogeny zdolne do replikacji (czyli rozwoju).

Branża odpadowa na całym świecie obawia się zachorowań wśród pracowników. Istnieje podejrzenie, że śmieci komunalne mogą potencjalnie przenosić wirusa. Objęcie pracowników kwarantanną mogłoby opóźnić albo uniemożliwić odbiór odpadków, w wielu przypadkach doprowadzić nawet do zamknięcia całych zakładów. Komisja Europejska zwraca uwagę, że nie ma dowodów, by odpadki odgrywały ważną rolę w transmisji wirusa. Zaleca jednak środki ostrożności, środki ochrony indywidualnej (rękawiczki, maseczki), dezynfekcję czy dystansowanie społeczne. W Wielkiej Brytanii na przykład osoby chore i przebywające na kwarantannie są proszone o pakowanie śmieci w dwie zawiązane torby i przetrzymanie ich w domu przez trzy dni. Nie odbiera się odpadków ogrodowych ani gabarytów. Śmieci z domów objętych kwarantanną są palone.

W Polsce mamy oczywiście małe zamieszanie. Firmy zajmujące się odpadami w marcu apelowały do premiera o regulacje na czas pandemii. Nie było żadnych procedur mówiących, jak powinien wyglądać odbiór śmieci od mieszkańców zarażonych koronawirusem. W tej sytuacji cały łańcuch zagospodarowania śmieci (odbiór, sortowanie, przetwarzanie) powinien się odbywać tak, jakby świat nie stanął na głowie. Po niemal miesiącu, w poniedziałek 6 kwietnia ukazały się wytyczne ministra klimatu i Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Pismo sformułowane było miękko i niezobowiązująco. „Zaleca się, aby odpady selektywnie zebrane były w miarę możliwości magazynowane przez 9 dni przed skierowaniem ich do przetworzenia”. „Zaleca się” to znaczy, że nikt się nie przyczepi, jeżeli stanie się inaczej. Obowiązkiem firm gospodarujących odpadami stało się „w miarę możliwości zapewnienie worków w określonym kolorze i/albo oznaczonych symbolem (np. literą C)”.

W praktyce każdy radził sobie, jak umiał. W Zawierciu podstawiono na przykład pojemniki z czerwonym napisem COVID-19. Nikomu nie przyszło do głowy, że to stygmatyzuje chorych. Mieszkańcy szybko zidentyfikowali mieszkanie, w którym izolację odbywała zarażona osoba (lekarka). Z kolei Bogdan Zieliński, starosta wysokomazowiecki, proponował, by oznaczać w widoczny sposób adresy, pod którymi przebywają chorzy na koronawirusa. Motywował swój pomysł dobrem ogółu. Na szczęście nikt go jakoś nie podchwycił. Szczególnie że z całej Polski docierają informacje o atakach i szykanach, które spotykają pracowników służby zdrowia.  

Ja również mogę podać przykład anegdotyczny, z pierwszej ręki. Znam lekarkę, która przeszła koronawirusa. Mając uzasadnione podejrzenia, że jej test da wynik pozytywny (badała osobę zarażoną), nie czekając na jego wynik, sama poddała się izolacji. Wynik przyszedł po ośmiu dniach. Od tego czasu zaczęto odliczać przymusowe dwa tygodnie izolacji. Choć to osoba mieszkająca samotnie, policja skupiała się głównie na sprawdzaniu, czy chora siedzi w domu i nie umarła. Czasem parę razy dziennie. Nie zaproponowano jej przyniesienia zakupów czy wyniesienia śmieci. Po dwóch tygodniach izolacji zakończenie infekcji miały jeszcze potwierdzić testy Sanepidu. Pracownicy Sanepidu w strojach Pi i Sigmy, tylko mniej zabawni, chodzili nieporadnie od drzwi do drzwi, z piętra na piętro, dopytując, czy mieszka tu pani X. Kosmiczni goście wzbudzili naturalnie niepokój sąsiadów. Po dwóch negatywnych testach i blisko miesiącu spędzonym w mieszkaniu zwolniona z kwarantanny mogła wreszcie wyrzucić śmieci, które gromadziła na balkonie.

*

W czasie pandemii produkujemy mniej śmieci i zmienia się ich skład. W obawie przed nieprzewidywalnym, przed chudymi miesiącami, ludzie powstrzymują się przed niepotrzebnymi zakupami. Po początkowej panice, plądrowaniu działów z papierem toaletowym, ryżem czy drożdżami konsumenci skupiają się raczej na rzeczach niezbędnych. Zakupy w dużym stopniu przenoszą się jednak do internetu, to znaczy, że dostarczane są w dodatkowych opakowaniach. Rośnie sprzedaż maszynek do strzyżenia, maszyn do szycia, hantli do domowych treningów. Naturalnie nie wydajemy pieniędzy na podróże, wielkie spadki notują booking.com, PKP i Uber. Spada sprzedaż ubrań.

Jednorazówki tryumfują. W kawiarniach sieci Starbucks od początku marca nie można było już kupić kawy do własnego kubka. Podobnie w pociągach Great Western Railway i w większości miejsc prowadzących sprzedaż na wynos (we wszystkich?). Tłumaczy się to względami bezpieczeństwa i troską o pracowników. I dobrze. Niestety ożywili się też lobbyści, firmy opakowaniowe przekonują, że plastikowe opakowania są bezpieczniejsze. Uszami zastrzygli producenci jednorazowych sztućców i talerzy. Na biurka komisarzy europejskich trafił list European Plastics Converters nawołujący, by przesunąć w czasie zakazy dla jednorazówek. Warto może podkreślić, że jednorazowość nie oznacza sterylności.

W stanie New Hampshire zabroniono używać toreb wielorazowych w związku z obawą, że mogą one przenosić wirusa. Branża tworzywowa wyczuła krew już wcześniej. Plastics Industry Association w liście do Departamentu Zdrowia napisało, że „sprzeciw wobec jednorazowego plastiku to wystawianie bezpieczeństwa publicznego na niebezpieczeństwo”. Argumentując swój apel, posłużyli się badaniami z 2011 roku, które potwierdzały obecność bakterii w torbach wielorazowego użytku. Badanie powstało na zlecenie American Chemistry Council (stowarzyszenie firm z branży chemicznej i paliwowej). W świetle przytaczanych wcześniej badań wirus szybciej jednak zniknie z bawełnianej torby niż plastikowej reklamówki.

Miejmy świadomość, że wielki biznes nie gra z nami w drużynie. Właściwie to nie gramy nawet w tę samą grę. To powinno budzić uzasadniony niepokój. Możemy się też wściekać na plączące się pod nogami maseczki i rękawiczki, z którymi nikt nie pofatygował się do śmietnika. W czasach, kiedy wiele zakupów robimy przez internet, możemy wyrzekać też na hantle spakowane tak, jakby były szklanym pianinem. To są rzeczy warte piętnowania. Nie bardzo wierzę w dobre intencje lobbystów i histeryczne zapewnienia branży, że tylko jednorazowy plastik uratuje świat. Tymczasowy, miejmy nadzieję, atak jednorazówek to jednak w tym momencie często sytuacja wyższej konieczności. Na razie nasze najlepsze ekologiczne intencje muszą ustąpić względom bezpieczeństwa.