Smutna rewia
fot. Krzysztof Bieliński / Teatr Wielki - Opera Narodowa

7 minut czytania

/ Muzyka

Smutna rewia

Adam Suprynowicz

Tak właśnie osiąga się sukces: „Powder Her Face” było wejściem Thomasa Adèsa do pierwszej ligi muzyki brytyjskiej

Jeszcze 2 minuty czytania

„Powder Her Face” to idealny materiał dla Mariusza Trelińskiego: historia z życia wyższych sfer, obyczajowo śmiała opowieść o angielskiej księżnej, która zasłynęła głośnym na początku lat 60. skandalem erotycznym. Opera inspirowana losem Ethel Margaret Whigham, Księżnej Argyll, wpisuje się w estetykę jego teatru. Treliński chętnie przecież przenosi klasyczne historie o władcach albo tragicznych, wyzwolonych kobietach, do świata dzisiejszych elit pieniądza. Libretto Philipa Henshera świetnie pasuje do połyskującego, eleganckiego świata kreowanego na scenie przez Borisa Kudličkę.

Opera Thomasa Adèsa jest perfekcyjnie, „po bożemu” zbudowaną opowieścią teatralną, która swoją numerową, archaiczną formą nawiązuje nieco do musicalu, ale też, jak twierdzą niektórzy, swoim ironicznym tonem wpisuje się w krytyczną tradycję opery dwudziestowiecznej. Tak, chyba tak. A może jednak nie? Adès i Hensher nie zamierzają przecież wygnać z teatru stałej widowni, nie szczypią zbyt mocno. To przecież także opowieść z życia operowych bywalców…

Tak właśnie osiąga się sukces: „Powder Her Face” stanowiła niezwykle mocne warsztatowo wejście Adèsa do muzycznej pierwszej ligi brytyjskiej. Dwudziestoczteroletni wówczas kompozytor (rocznik 1971) zaskarbił sobie szybko szacunek tej części brytyjskiej publiczności, która ceni w nowej klasycznej muzyce umiar. Wielkie przełomy, które przeorały myślenie kontynentalnych Europejczyków, nie budzą na Wyspach większego entuzjazmu. Brytyjscy melomani pokochali zatem Adèsa, który, choć w swoich wypowiedziach ostro krytykuje rodzimą muzykę za prowincjonalizm, to ukształtował swój własny język dźwiękowy w wyraźnej ambiwalencji wobec tego dziedzictwa.

Fot. Teatr Wielkifot. Krzysztof Bieliński / Teatr Wielki - Opera Narodowa

Kompozytor sprawdza nośność dawnych rozwiązań w nowym kontekście, jego relacja z tradycją jest ironiczna, zdystansowana, ale też wobec niej wampiryczna. Muzyka Adèsa, jak pisze Edward Venn, „pozostaje w konflikcie z romantyczną ideą (w modernizmie rozbudowaną do skrajnych rozmiarów), zgodnie z którą kompozytor powinien tworzyć dzieła osobiste, samowystarczalne i oryginalne. (…) Istotą twórczości staje się czerpanie z istniejących już formuł i stylów muzycznych (zarówno z kultury wysokiej, jak i niskiej), przetasowywanie i przetwarzanie materiału oraz położenie większego nacisku na komunikację i biegłość warsztatową niż na indywidualność. Tym niemniej we wszystkich pracach Adèsa (…) widoczna jest wyrazista tożsamość kompozytorska, zbudowana na poczuciu celu”.

„Powder Her Face” pokazuje wczesny etap tej budowy: to eklektyczny miszmasz, potwierdzający niezwykłą erudycję kompozytora. Utwór zawiera dziesiątki aluzji do muzyki różnych epok, fragmentów wyraźnie pastiszowych, pozostających w każdym momencie w głębokim związku z tekstem Philipa Henshera.

Całość przenika rytm argentyńskiego tanga, Adèsowskiego danse macabre. Muzyka płynie w zawrotnym tempie, tworząc błyskotliwą, efektowną formę i dając operowej publiczności to, czego oczekuje i co kocha: uczestnictwo w pokazie kunsztu wokalnego i aktorskiego. To zresztą udało się w warszawsko-brukselskim przedstawieniu najlepiej. Absolutnym zwycięstwem okazało się obsadzenie w roli pokojówki szwedzkiej śpiewaczki Kerstin Avemo, która od pierwszych minut opery, efektownej „sceny ze śmiechem”, bez trudu godzi cudowny zmysł komiczny z wymagającymi sopranowymi koloraturami. Allison Cook w roli Księżnej zdawała się z początku nieco bledsza, nie pokazując pełni siły swojego mezzosopranu, ale od arii erotycznej (słynnej na wpół mruczanej arii fellatio, która wywołała skandal podczas londyńskiej premiery, i którą zresztą Treliński rozwiązał nieco inaczej) jej głos i intensywność scenicznej postaci rozwijały się ku pięknemu, lirycznemu finałowi. Wyrównany poziom zaprezentowali panowie: Leonardo Capalbo (tenor, Elektryk) i Peter Coleman-Wright (baryton, Dyrektor Hotelu) – a kompozytor szanse wokalnej autoprezentacji rozdzielił sprawiedliwie. Niestety, nie mogę powiedzieć wiele o orkiestrze (prowadzonej – chyba sprawnie – przez Alejo Péreza), bo nie słyszałem jej dobrze. Widownię skonstruowano bowiem na scenie Teatru Wielkiego, a niewielki zespół usadzono po jej prawej stronie. Efekt akustyczny sprawił, że siedząc na drugim krańcu rzędu krzeseł, słyszałem głównie śpiewaków i wybijające się poszczególne grupy instrumentów.

Thomas Adès, Powder Her Face, reż. Mariusz Treliński, dyr. Alejo Pérez, Teatr Wielki – Opera Narodowa, premiera: 9 maja, Thomas Adès, „Powder Her Face”,
Mariusz Treliński (reż.), Alejo Pérez (dyr.), libretto: Philip Hensher, Teatr Wielki – Opera Narodowa, premiera: 9 maja 2015
Przyznać trzeba, że ta zabójcza dla dźwięku przestrzeń, ze sceną otaczającą widownię z trzech stron, jest wizualnie znakomita. Treliński i Kudlička kilkakrotnie wyprowadzają akcję z hotelowego pokoju, w którym chcieli ją widzieć autorzy „Powder Her Face”, budują klub erotyczny, studio telewizyjne i stację benzynową jak z obrazu Edwarda Hoppera. Mamy tutaj wszystkie elementy efektownego spektaklu w stylu znanym doskonale z „Traviaty” czy „Zamku Sinobrodego”. Sens tych zabiegów wydaje się jednak niejasny, bo w zamian za rozwiązania kolidujące z tekstem i zamazujące jego znaczenia otrzymujemy zaskakująco niewiele. Operze Adèsa zarzucano to samo, co miała wytykać innym: żerowanie na sensacyjnej historii i ekscytację jej luksusowym kontekstem. A jednak libretto obnaża dość wyraźnie zarówno wewnętrzną pustkę głównej bohaterki, jak i hipokryzję rozczytującego się w brukowcach społeczeństwa. Za promiskuityzm, który do dziś wybacza się mężczyznom, za to, że na chwilę odwraca hierarchię płci, „biorąc sobie” czy kupując kochanków, Księżna Argyll zostaje publicznie potępiona, poniżona, pozbawiona… no właśnie, czego? Przecież przez kolejne dziesięciolecia dożywa bankructwa w luksusowym apartamencie. A jednak – godności? Iluzji szacunku tłumów, które świetnie potrafią mieszać z błotem swoich dawnych ulubieńców? Czy rzeczywiście należy jej tego współczuć? Treliński uchyla się od odpowiedzi. Całość bierze w cudzysłów. Czarną otchłań sceny Teatru Wielkiego, w której przed chwilą wybrzmiewała samotność Księżnej, rozświetla finałowy fajerwerk. Dramat przemienia się w rewię.

Premierowa publiczność, wystrojona i pachnąca, patrzy na piękny świat. Chce na niego patrzeć. W swojej inscenizacji „Powder Her Face” Mariusz Treliński czyni zadość tej potrzebie. Choć przecież wielokrotnie udowadniał, że świetnie potrafi rysować psychologiczne postaci kobiet, tutaj robi to jakby bez przekonania. Postacie dzieci w finale wydają się raczej „podpisem” reżysera, autoplagiatem, cokolwiek pretensjonalnym. Cóż, mimo to przyjemnie się ogląda ten spektakl, nawet jeśli wychodzimy z niczym. „Tak Ci zazdroszczę, Margaret – pisze w programie Michał Witkowski – tych wszystkich facetów i sukienek”.