Uporczywość

Marcin Sendecki

„Portret młodej wenecjanki” jest niepowodzeniem, bo nie sposób złączyć go w przekonującą jedność. I nieoczywistym sukcesem – bo nerw tej książki bierze się z decyzji rozbicia spójnej opowieści i próby składania rozmaitych elementów w całość

Uporczywość

Jeszcze 2 minuty czytania

Uporczywość

Jeszcze nim przyszło co do czego, Paulina Małochleb sporządziła na swoim blogu listę książek, których „nie przeczyta w 2017” roku, a wśród nich, obok nowego Janusza L. Wiśniewskiego i paru innych produktów książkopodobnych (skądinąd, dziw bierze, że Małochleb spodziewa się, iż ktokolwiek spodziewa się po niej czytania oczywistego badziewia), znalazł się „Portret młodej wenecjanki” Jerzego Pilcha, którego Małochleb nie przeczyta, „bo nie ma ochoty na kolejny tekst o staruszku śliniącym się nad młodą panienką. «Zuza albo czas oddalenia» to było aż nadto”. (Rozumiejąc morderczą skrótowość tej kwalifikacji, zastanawiam się, bo trudno uciec jednak od tego pytania, jak Małochleb opisałaby, na przykład, „Ostatnią przygodę czterdziestopięcioletniego mężczyzny” Restifa de la Bretonne i kilka innych mniej czy bardziej sławnych utworów, ale nie zamierzam się nad tym rozwodzić).

Trop „zaślinionego staruszka”, a po prawdzie „dziada”, nad którym „można tylko załamać ręce”, wzdrygnąć się z obrzydzeniem i zalecić, by nie jęczał, bo „inne mają gorzej”, podjęła Kinga Dunin w „Krytyce Politycznej”, nad wyraz celnie piętnując jego moralne i pisarskie zakłamanie, jakby w odpowiedzi na dwutygodnikowy tekst Marka Zaleskiego o „Zuzie...”, który stoi na konstatacji, że wszelkie Pilchowe nieprawomyślności to prowokacje do wzięcia w ironiczny nawias, by cieszyć się przemyślną literacką grą.  

Jerzy Pilch „Portret młodej wenecjanki”. Wydawnictwo Literackie, 184 strony, w księgarniach od lutego 2017

Co prawda, Maciej Robert odkrył w „Polityce”, cokolwiek pochopnie, że tym razem brak u Pilcha ironii (co recenzenta, nie wiedzieć czemu, cieszy), lecz orzekł, że choć książka „nierówna”, to są „fragmenty arcydzielne”, a pisarz potrafi „brawurowo przejść od samczej taksonomii erotycznej do metafizycznej grozy”, co ma się liczyć na plus. Wreszcie, Dariusz Nowacki w „Gazecie Wyborczej” zdał sprawę z (omawianych szeroko w biografii Kubisiowskiej) towarzysko-uczuciowych kontekstów „Portretu...”, po czym utyskiwał na brak Pilchowej „legendarnej frazy”, co sprawiło, że spostponowana onegdaj przez Nowackiego Kubisiowska oburzyła się na Facebooku, że jakże to, przecież fraza jak dzwon, licząc może na jakiś korzystny dla niej obrót Pilchowych sympatii – i tak dalej, i tak dalej.

Krótko mówiąc, książka jest głośna i dość emocjonalnie komentowana. I jednym z powodów, dla których komentarze te przywołuję, jest to, by jej po raz kolejny nie streszczać, czy raczej, zważywszy na nader osobliwą strukturę (chyba w istocie po raz pierwszy tak intensywnie łączącą fikcję, dziennik, esej i felieton, z dodaniem przypisów, jak pisze na okładce Tadeusz Nyczek) – nie próbować jej streszczać.        

Na dwa ważne drobiazgi zwrócił uwagę w „Książkach” Juliusz Kurkiewicz. Pierwszy to okładka „Portretu...”, na której Dürerowska „młoda wenecjanka” jest znacząco przetworzona (abstrahuję tu od graficznej niewyborności tego konceptu), co zapewne korespondować ma z paradoksalnym podobieństwem i niepodobieństwem zarazem Praliny Pralinowicz (Atiny Milić? Czy naprawdę jest autorką nudnawej opowieści, którą Pilch wkłada pod jej nazwiskiem do książki jako osobny rozdział?) do modelki niemieckiego mistrza. Drugi – to uśmiercenie jej, Praliny, na stronie 170. Ale nie chodzi tylko o tekstowe uśmiercenie dawnej kochanki. Pilch pisze wszak: „Może mi się zdaje, ale raczej jestem pewien, że na chwilę i tylko mnie pokazała się Pralina. Nie żyła już wtedy co najmniej od pół roku”. A może jej wcale nie było? Jak to? Mówiąc Pilchem: „Jak nie było, jak była?”. Generalnie, nic się nie zgadza. Albo niewiele się zgadza. Niby Pralina opuściła narratora wiosną 2004, a latem 2004 albo i 2003 roku od pół roku (co najmniej) nie żyła? Pilch i jego narrator jawnie – i jawnie niekonsekwentnie – robią nas w trąbę, a my mamy się martwić, jak Dariusz Nowacki, że pisarz aktualnie pisze krótszymi zdaniami? Wolne żarty. Zresztą, co do biografizmów, „Portret...” jest, konsekwentnie tym razem, pisany z perspektywy roku 2015, a więc sprzed afery z biografią, co zdaje się także ważną autorską decyzją.

Co z tym wszystkim począć? Moja robocza teza jest taka, że Jerzy Pilch, przynajmniej odrobinę, wie, co robi, i czego nie robi. Być może – z wiadomych, zdrowotnych, a choćby i czysto merkantylnych względów – spieszno mu było do kolejnej książki i nie miał czasu cyzelować „frazy” tak, by zadowoliła Nowackiego, lecz to nie całkiem tak. Przecież są w „Portrecie...” nieliczne fragmenty opisowe, kiedy właśnie owa „fraza” się odzywa. Nieliczne, bo niemoc? Może raczej wybór, bo idzie o krakowskie, nostalgicznie wspominane, uliczne krajobrazy. Zresztą, zaledwie dwie książki wcześniej, coraz bardziej spiżowo rysuje się Pilchowe opus magnum, czyli „Wiele demonów”, w którym „Pilcha, jakiego znamy” (a po prawdzie jakiego dotamtąd nie znaliśmy) jest w bród.

Może chodzi zatem tutaj o coś innego. Na przykład o uporczywość pisania, nawet w niesprzyjających warunkach, cokolwiek to znaczy. O próbę komplikowania i autodenuncjacji własnego stylu, o szaleńcze przeskoki gatunkowe – przy niewczesnej zaiste  dbałości, by „regularny czytelnik” wciąż czuł się jak w domu, czytając o ewentualnej samobójczej śmierci i towarzysząc porządkowaniu książek na Hożej, by dał się uwieść wywodom o sztuce i zadumie nad umieraniem polskiego papieża i – przede wszystkim – dostał, jakżeby inaczej, posmak permanentnej kopulacji sprzed lat, u Pilcha nieodłącznej, w rzeczywistości czy wyobraźni, od aktu pisania.

W tym sensie, „Portret młodej wenecjanki” jest swego rodzaju niepowodzeniem, bo nie sposób złączyć tego w przekonującą jedność. I nieoczywistym sukcesem – bo nerw tej książki bierze się z decyzji pierwotnego rozbicia potencjalnie spójnej opowieści i próby składania rozmaitych elementów w całość.      

Wszyscy więc mają rację. Kinga Dunin ma rację i Marek Zaleski ma rację, i Dariusz Nowacki, i Paulina Małochleb – i rację ma Pilch, do imentu masakrując własne poletko, by – miejmy nadzieję – z konieczności ruszyć gdzieś dalej. (W kwestii ironii nie ma racji Robert, bo ironia hula aż miło). Co więcej, wszystkie te racje zdają się wzajemnie warunkować, sycić i naświetlać. Tekst nowej książki Pilcha (o Pilchu rzeczywistym nic, w gruncie rzeczy, nie wiem) wystawia się, jak zakładam, świadomie, na złośliwości i ciosy z tak wielką ostentacją, że nie sposób nie dostrzec w tym wystudiowanego, a może czysto rozpaczliwego dramatyzmu. „Na koniec okazuje się, iż to co sprawia wrażenie normalnego, a nawet najnormalniejszego – dopiero jest wariackie! Wariackie rozwiązanie, ale rozwiązanie! Szukajcie, a czasu nie zmarnujecie!” – krzyczy Pilch pod sam koniec. Krzysztof Jaworski, poeta głębinowego sarkazmu, choroby i rozpaczy, pisał w wierszu „Karl Jaspers” (z tomu „Dusze monet”, 2007): „Ruchaj, Krzysiek, ruchaj, / za 20 lat tylko to będziesz pamiętał, / a nie to, co powiedział / Karl Jaspers!”.       

Tak daleko? Tak blisko? Tego nie wiemy i się nie dowiemy. Możemy sobie za to rozwiązać książkowy quiz, którym Pilch „Portret...” kończy, by w ostatnim zdaniu przekonywać (sam siebie?): „Budzisz się i jak za życia z niebywałą lekkością prowadzisz piłkę pomiędzy grobami”.
Budzisz się i jak za życia z niebywałą lekkością prowadzisz piłkę pomiędzy grobami? Umarłeś? Zmartwychwstałeś? Gdzie bramka? A bramkarz żywy czy martwy?

I jeszcze raz Krzysztof Jaworski, wiersz nazywa się „Chłopiec z czerwonym czołem”: „Nie dłub sobie w głowie, / chłopcze z czerwonym czołem”.
Zagadka?

PS
Do wydawcy: 1. Nie sądzę, by tłumaczenie tytułu sławnego walca „Na sopkach Mandżurii” jako „Na stokach Mandżurii” było tłumaczeniem najszczęśliwszym. 2. Nie sądzę też, by użycie pojęcia „homeostazy”, tak jak go używa Pilch, było – z biologicznego punktu widzenia – sensowne. 3. Ale to już zupełnie inna historia.