Jonny Greenwood.  Muzyka jako produkowanie konserw
fot. Zach Klein

Jonny Greenwood.
Muzyka jako produkowanie konserw

Bartek Chaciński

Pora się z tym oswoić: gitarzysta Radiohead nie jest już tylko gitarzystą Radiohead. Może to obrazić fanów tej grupy, ale Jonny Greenwood jest kimś więcej

Jeszcze 2 minuty czytania

Ilu znacie wirtuozów gitary z kręgu reggae? Albo krautrockowych, niemieckich muzyków, których umieszcza się w zestawieniach najlepszych gitarzystów? Pewnie co najwyżej pojedyncze nazwiska. Sympatia do muzyki współczesnej też nieczęsto przytrafia się w kręgach zwolenników gitary elektrycznej, więc za każdym razem, gdy Jonny Greenwood z Radiohead – miłośnik wszystkich powyższych gatunków – trafia do zestawień najwybitniejszych gitarzystów wszechczasów (a pojawia się w nich regularnie), wygląda to trochę dziwnie. A jednocześnie należy mu się wyjątkowo dużo uwagi, więc jak inaczej może go docenić rockowy świat?

Młodszy z Greenwoodów (jego starszy brat, Colin, jest basistą Radiohead) to zarazem najmłodszy członek grupy z Oxfordu – gdy zaczynali karierę, miał 14 lat, ale też wyróżniał się najlepszym przygotowaniem muzycznym, bo w dzieciństwie uczył się gry na altówce. Co i tak nie wydaje się szczególnie wielkim przygotowaniem, jak na grupę, która stopniowo – od mało oryginalnej, ale przebojowej płyty „Pablo Honey”, przez bardziej wyrafinowane „The Bends”, klasyczny „OK Computer”, po objawienie w postaci ambitnej fuzji rocka i elektroniki na „Kid A” – stawała się jednym z najbardziej odkrywczych i ekscytujących zespołów rockowych świata.
Jonny niby stał w niej z boku, ale na koncertach był zawsze wyróżniającym się muzykiem. Poza dość prostą, ale ekspresyjną, niezwykle agresywną – co często podkreślali krytycy – grą na gitarze, wnosił do zespołu nowe, zaskakujące, często zupełnie nierockowe brzmienia. Z jednej strony wykorzystywał archaiczne instrumenty elektroniczne (teremin i swoje ulubione fale Martenota), z drugiej – altówkę i harmonijkę ustną (grał na niej regularnie w pierwszych latach istnienia grupy). Wreszcie to on też wykonywał charakterystyczne naiwne partie dzwonków w kilku utworach. Sprawnie posługiwał się laptopem i muzycznym oprogramowaniem, co miało kluczowe znaczenie dla ewolucji brzmienia Radiohead. Miał też – jak się stopniowo okazywało – duży wkład w zespołowe kompozycje, pokazując w nich swoje inspiracje chociażby utworami Charlesa Mingusa.

JONNY GREENWOOD

Muzyk, kompozytor; najbardziej znany jako gitarzysta brytyjskiego rockowego zespołu Radiohead, w którym gra także na syntezatorze i odpowiada za elektroniczne brzmienia. Jest multiinstrumentalistą – gra m.in. na altówce, ksylofonie, falach Martenota, bandżo, harmonijce i perkusji. W roku 2003 wydał swój pierwszy solowy album „Bodysong”, będący ścieżką dźwiękową do filmu o tym samym tytule. Jest także twórcą przyjętych z dużym uznaniem przez krytyków soundtracków do filmów „Aż poleje się krew” i „Norwegian Wood”.

Prywatnie dużo słabiej znany niż jego starszy brat Colin, za którym trochę się chowa w czasie udzielanych wspólnie wywiadów. Sam miałem okazję rozmawiać z Greenwoodami, gdy po wydaniu „Kid A” (rok 2000) chwalili sobie status znanych-nieznanych. Bo już wtedy byli gwiazdami świata muzyki rockowej, a zarazem wciąż nie mieli statusu celebrytów – prasa rzadko pisywała o ich życiu prywatnym, a oni dodatkowo utrudniali jej pracę, nie pozując do zdjęć.
– Jesteśmy tylko nazwą – mówił wtedy Jonny. – Robimy muzykę tak jakbyśmy produkowali konserwy i chowamy się za tym naszym produktem, co w sumie nie wychodzi nam na złe. To idealna sytuacja, jeśli tylko ludzie są zainteresowani tym, co robisz.
– Mam przyjaciół – objaśniał jeszcze Greenwood – którzy do mnie przychodzą i próbują mi za wszelką cenę udowodnić, że mają prawo u mnie bywać, bo lubią moją muzykę. Tymczasem dla mnie to nie ma wielkiego znaczenia, bo bycie muzykiem traktuję jak bycie piekarzem  Nie jesteśmy zainteresowani sławą, bo to nużące. Oasis muszą na swoją sławę wydawać duże pieniądze i marnotrawić mnóstwo czasu.*

Nawet jeśli kogoś tropiły gazety, był to Thom Yorke. Cała ta taktyka okazała się więc szczególnym błogosławieństwem dla Greenwooda. Po cichu pracował na własne nazwisko, robiąc tyle rzeczy naraz, że można by nimi z powodzeniem obdzielić cały pięcioosobowy zespół.

Wprawką była dla niego nagrana w 2003 roku muzyka do filmu dokumentalnego „Bodysong” – bezdialogowego, stąd większe niż zwykle znaczenie ścieżki dźwiękowej, w dodatku nagrodzonego British Independent Film Award. Muzyka została przyjęta przychylnie, wyszła na płycie i uczyniła z Greenwooda tego członka Radiohead, którego kariera solowa nabrała większego nawet tempa niż poczynania lidera tej grupy, Thoma Yorke’a. Poszli zresztą wyraźnie różnymi ścieżkami – wokalistę Radiohead interesowała nowa muzyka elektroniczna, a Greenwooda pociągała raczej stara muzyka ze studiów eksperymentalnych, biblioteki dźwiękowe, a przede wszystkim komponowanie utworów na tradycyjne, orkiestrowe składy.

Sława związana z graniem w Radiohead na pewno bardzo mu się przydała, gdy dostawał pierwsze zamówienia na utwory od BBC. Dla orkiestry brytyjskiej stacji napisał utwór „smear” z partią solową jego ulubionych fal Martenota, także fortepianowy „Piano for Children” i „Popcorn Superhet Receiver”, za który dostał nagrodę słuchaczy BBC Radio 3.
O ile w „Piano...” można było wychwycić melodykę bliską muzyce Radiohead, to dwa pozostałe utwory odbiegały od niej daleko, pokazując zarazem różne inspiracje muzyczne Greenwooda. „smear” w sposób oczywisty odwoływał się do jego młodzieńczej fascynacji twórczością Oliviera Messiaena, a „Popcorn...” nawiązywał wprost do utworu Krzysztofa Pendereckiego „Ofiarom Hiroszimy – tren” z roku 1960.

Nawet nie wszyscy fani Radiohead zdawali sobie sprawę z tego podwójnego życia Greenwooda – przynajmniej do czasu, gdy napisał muzykę do kolejnego filmu, tym razem głośnej amerykańskiej fabuły „Aż poleje się krew” Paula Thomasa Andersona (2007). Tu recenzje były euforyczne, sypały się nagrody (m.in. amerykańska Critics' Choice Award), po raz kolejny też pojawiły się porównania z Pendereckim.
Współpracujący z Greenwoodem dyrygent Robert Ziegler mówił o gitarzyście Radiohead: „Jest podobnie [jak niegdyś Penderecki – przyp. BCh] zafascynowany masywnym brzmieniem, wielkimi klasterami orkiestrowego dźwięku”. 9 września 2011 roku Greenwood będzie więc na Europejskim Kongresie Kultury we Wrocławiu na miejscu jako twórca „48 Responses to Polymorphia”, odpowiedzi na słynną „Polimorfię” polskiego kompozytora.

Ostatnich parę lat to dla niego w równym stopniu nagrania z Radiohead i własna praca kompozytorska. W utworach filmowych skrzętnie wykorzystuje pomysły z samodzielnych utworów. W „Aż poleje się krew” – fragmenty „Popcorn Superhet Receiver”, a na ścieżce z nieznanego jeszcze polskiej publiczności „Noruwei no mori” („Norwegian Wood”), japońskiego filmu według prozy Harukiego Murakamiego – elementy najnowszego, imponującego utworu orkiestrowego „Doghouse” z ubiegłego roku. Nawet pod tym względem podąża tropem Pendereckiego, którego awangardowe utwory z lat 60. ponad dekadę później wykorzystywano przecież w wielkich produkcjach kinowych – „Lśnieniu” Stanleya Kubricka czy „Egzorcyście” Williama Friedkina.

Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że przez tych kilka lat Anglik dopisał sobie jeszcze trzeci życiorys – kolekcjonuje, słucha i pasjonuje się muzyką reggae i dub. Został nawet zaproszony do stworzenia autorskiej kompilacji archiwalnych nagrań z legendarnej wytwórni Trojan. Jonny Greenwood to zatem nawet nie dwa, ale co najmniej trzy różne światy muzyczne jednocześnie.

„Podziwiam go” – powiedział krótko o Greenwoodzie Steve Reich w jednym ze swoich ostatnich wywiadów dla pisma „The Quietus”. Od jakiegoś czasu obaj pozostają w kontakcie mailowym – okazją do tego była zresztą na początku autorska wersja „Electric Counterpoint”, którą muzyk Radiohead przygotowuje na Sacrum Profanum (to już 11 września w Krakowie). Jeśli więc ten szacunek mistrza przekona do Greenwooda także tych, którzy podziwiają Reicha, czekają go ciekawe czasy – może przed Anglikiem otworzą się takie możliwości, że i swoje ulubione reggae zdoła jeszcze wprowadzić do filharmonii.



* Fragmenty wywiadu wykorzystanego kiedyś na łamach miesięcznika „Machina”.



Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.