PopMesjasz na stadionie

Maria Durska

U2 wkroczyli na ścieżkę rocka stadionowego – ich ostatnie krążki są bardziej pretekstami do kolejnej trasy koncertowej niż kawałkami dobrej muzyki

Jeszcze 2 minuty czytania

Everything you know is wrong – takie przesłanie otrzymali uczestnicy ZOO TV Tour w 1992 roku. Dziś, w 2009 roku, chciałoby się przewrotnie powiedzieć: Everything you read is wrong. Z jakiegoś tajemniczego powodu niemal każdy szanujący się magazyn muzyczny, taki jak „New Musical Express”, „Mojo”, „Q” czy „Rolling Stone”, nie zważając na mieliznę, na której utknęli U2 i zdając się mylić stagnację z dojrzałością, wita ich nowe albumy z prawdziwym entuzjazmem, wystawiając najwyższe noty.

U2 nie są złym zespołem. W latach osiemdziesiątych przekraczali konwencje przełomowymi dla historii rocka albumami, dekadę później pokusili się o trzy udane eksperymenty, po to, by z okazji nowego tysiąclecia zabłysnąć nijakością i uparcie się jej trzymać. Nie rzucają już sobie wyzwań ani nie podejmują nowych. Są zbyt zajęci byciem „największą supergrupą na świecie” i zapominają, że podstawą do podobnych roszczeń powinna być najlepszej jakości muzyka.

W finalnym okresie eksperymentowania, na jakie pozwolił sobie zespół (lata dziewięćdziesiąte), płyty takie jak „Zooropa” i „Pop” nie były przez wszystkich wychwalane – wręcz przeciwnie – ale to były czasy, kiedy zespół miał jeszcze na liście priorytetów muzykę, a nie odkupienie świata. „Pop” to krążek bardzo nowatorski, nagrany bez strachu przed całkowitym zerwaniem z dotychczasowym brzmieniem. Jednak po tym interesującym wybryku U2 zakończyli romans z nieznanym i powrócili na bezpieczne, konwencjonalne wody, karmiąc swoich słuchaczy pozbawionym iskry, tanim optymizmem i bezpłciowym brzmieniem.

Dwa przedostatnie albumy – przesłodzony „All That You Can’t Leave Behind” i przeprodukowany „How To Dismantle An Atomic Bomb” – wyznaczają irlandzkiemu kwartetowi nową, łatwą i zachowawczą drogę, która prowadzi ku wielokrotnej platynie, zdobywaniu kolejnych nagród Grammy i obecności w każdej stacji radiowej. Kolejne przesłuchania płyt wcale ich nie ratują, a pustka liryczna dużej części utworów jest wówczas odczuwalna z jeszcze większym natężeniem. Pozostaje załamać ręce i zapytać, co się stało z intrygującymi, niejednoznacznymi tekstami, gdzie podział się dystans i sarkazm z czasów „The Fly”, „Daddy’s Gonna Pay For Your Crashed Car” czy „Gone”.

Ostatni produkt – „No Line on the Horizon” – zapowiadany jako przedefiniowanie wypracowanego języka, tych obietnic nie dotrzymał. Jak na zespół, który konsekwentnie opierał się oczekiwaniom i przez wiele lat eksplorował zapomniane tereny, jest to płyta bardzo słaba i banalna. Gitara Edge’a – niegdyś szorstka i hipnotyczna – stała się monotonna i męcząca, członkowie sekcji rytmicznej – Larry Mullen jr. i Adam Clayton – zostali zepchnięci na trzeci plan, a dogłębne zawodzenie Bono osiągnęło nowe poziomy nieznośnej pompatyczności.

Ci, którzy czekali na utwory na miarę magicznego „Love is Blindness”, przyprawiającego o ten dobry rodzaj dreszczy „With or Without You” czy wyrafinowanie erotycznego „Mysterious Ways”, srogo się zawiedli. Najnowsze propozycje zespołu to płaskie, monotonne i pozbawione duszy kompozycje albo przekombinowane monstra (jak choćby „Get on Your Boots”). Nawet nawiązujący do klasycznego okresu „Magnificent” jest zwyczajnie smutną podróbką z przeszłości, wszystkie użyte w nim chwyty słyszeliśmy już setki razy.

Analizując ostatnie nagrania, można pokusić się o tezę, że U2 wkroczyli na ścieżkę rocka stadionowego – ich ostatnie krążki są bardziej pretekstami do kolejnej trasy koncertowej niż kawałkami dobrej muzyki, a piosenki brzmią tak, jakby były z premedytacją pisane na monumentalne i głośne arenowe wykonanie, tracąc swój intymny i osobisty wydźwięk.

To, co życzliwi określają powrotem do korzeni, jest w tym przypadku recyklingiem, przetwarzaniem minionej chwały, które daje niestety bardzo smutne wyniki. Na rynek wypuszczane są niezobowiązujące pop-rockowe albumy wypełnione przewidywalnym materiałem – radio-przyjaznymi kompozycjami, które nie potrafią inspirować. Razem z muzyką rozczarowuje też strona wizualna – niegdyś artystyczne, często eksperymentalne i minimalistyczne wideoklipy ustąpiły miejsca banalnym, wysokobudżetowym produkcjom, opierającym się głównie na efektach specjalnych.

Oczywiście, istnieje drugie – a może już jednak pierwsze – oblicze zespołu. Oblicze ambasadorów sprawiedliwości, walczących z biedą, nieszczęściem i łamaniem praw człowieka. Z założenia bardzo chwalebne pragnienie naprawy świata jest głoszone wszędzie, bez zastanowienia i umiaru. Jednak rozdźwięk pomiędzy promowanymi hasłami a osobistymi praktykami U2 sprawia, że na obrazie Bono – altruisty i nowego PopMesjasza – pojawia się głęboka rysa.

Wokalista spędził ostatnie dziesięciolecie na lataniu po całym świecie i krytykowaniu uprzywilejowanych rządów za niewystarczającą pomoc krajom mało rozwiniętym. Walka godna podziwu, ale i kosztowna. Pieniądze na nią pochodzą głównie z podatków. Tymczasem w momencie, kiedy w Irlandii gospodarka słabnie, a bezrobocie systematycznie rośnie, nasz bohater, który zarabia miliony (wstaw dowolną walutę) rocznie, zrobił wszystko, żeby podatków do kasy swojego własnego państwa nie odprowadzać. Po niedawnych, niekorzystnych dla artystów zmianach w irlandzkim prawie, U2 przesunęło lwią część interesów do Holandii. Ten ruch sprytnego biznesmena kłóci się jednak z postawą tego, który kreuje się na „głos sumienia” i „obrońcę uciśnionych”. Według organizacji Tax Justice Network, unikanie płacenia podatków poprzez ucieczkę do rajów podatkowych jest jednym z głównych powodów biedy na świecie. Bono sam więc przyczynia się do stwarzania problemu, z którym walczy.

Kolejne kontrowersje dotyczą niezbyt ekologicznego postępowania supergrupy, krytykowanej za gigantyczne zanieczyszczenie środowiska, które niesie za sobą trwająca trasa koncertowa. Ślad węglowy wygenerowany w tym roku przez czterech członków zespołu (niegdyś aktywistów Greenpeace) przemieszczających się po świecie zakupionym specjalnie w tym celu Airbusem jest równy temu, jaki zostawiłoby za sobą 90 tysięcy osób podróżujących z Dublina do Londynu.

David Byrne – były wokalista „Talking Heads” – kilka dni temu podzielił się na swojej stronie internetowej refleksjami, które towarzyszyły mu podczas przygotowań do (skromnego w oprawie) lipcowego warszawskiego występu: „Stadionowe koncerty prawdopodobnie zapiszą się jako najbardziej ekstrawaganckie i kosztowne w historii – samo zbudowanie sceny kosztuje 40 milionów dolarów, do jej transportu zaangażowanych jest 200 tirów przemierzających Europę wzdłuż i wszerz. Może przemawia przeze mnie zawodowa zazdrość, ale dla mnie to wszystko jest dużą przesadą, jeśli pamięta się o rzeszach głodujących Afrykańczyków”.

Wspomniani Afrykańczycy, dla których pomoc to w działalności Bono priorytet, nie są pod wrażeniem jego podejścia do problemu. Celebrycka filantropia ma niewiele wspólnego z rzeczywistymi potrzebami krajów trzeciego świata, o czym odważnie mówi zambijska ekonomistka Dambisa Moyo, autorka książki „Martwa pomoc” („Dead Aid”), uznana w tym roku przez magazyn „Time” za jedną ze 100 najbardziej wpływowych osób na świecie. Krytykuje ona obecną mainstreamową politykę wobec Afryki. Według jej analiz i przytaczanych statystyk, pomoc potęguje biedę, korupcję i tak bardzo uzależnia kontynent, że nie jest już w stanie stanąć na nogi. W kontekście Bono w jednym z wywiadów Moyo bez ogródek mówi, co sądzi o takim zachowaniu gwiazd: „Większość Brytyjczyków byłaby poirytowana, gdyby Michael Jackson zaczął udzielać im rad, jak rozwiązać kryzys finansowy. Amerykanie byliby na pewno oburzeni, gdyby Amy Winehouse mówiła im, jak zakończyć krach na rynku nieruchomości. Dlaczego Afrykanie mieliby tego rodzaju uwag słuchać w zupełnej pokorze?”.

Czas pokaże, jaki kierunek obierze teraz zespół – czy odzyska swoją wiarygodność, skupiając się przede wszystkim na muzyce, czy też będzie kontynuować swój projekt ratowania świata. Dwukrotnie gorszy pierwszy tydzień sprzedaży ostatniego albumu w porównaniu do poprzedniego i rekordowo niskie notowania singla „Magnificent” dają cień nadziei, że nie wszystko sygnowane marką U2 będzie automatycznie budziło powszechny entuzjazm. Może przy odrobinie szczęścia sygnały o potrzebie prawdziwej zmiany dotrą w okolice piedestału.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.