Tak pamiętać,
żeby iść do przodu

Rozmowa z Bellą Szwarcman-Czarotą

W życiorysach Żydówek, o których pisałam, zafascynowało mnie to, że choć żyły w różnych epokach i miały różne światopoglądy, kierowały się podobnymi wartościami

Jeszcze 4 minuty czytania

AGNIESZKA DROTKIEWICZ: Czy zgodziłaby się Pani z tym, że kultura żydowska jest opowieścią?
BELLA SZWARCMAN-CZARNOTA:
Zapewne każda kultura jest opowieścią, ale w kulturze żydowskiej jest to wzmocnione przez sztukę interpretacji – każde słowo, każda litera, mogą być interpretowane na wiele różnych sposobów. Nachman z Bracławia powiedział, że nawet najprostszy człowiek, patrząc na tekst Tory, może zobaczyć, że każda litera migoce inaczej, litery splatają się w nowe słowa, a one ukazują nowe znaczenia. W ten sposób Tora, a także każda książka, mogą być komentowane przez każdego od nowa, a ten nowy sens i nowe znaczenia są dostępne dla innych.

Poza tym kultura żydowska to olbrzymi gmach, gdzie mieści się kultura Żydów aszkenazyjskich, kultura Żydów sefardyjskich, kultura świecka, która (wbrew protestom i poglądom skrajnie lewicowych Żydów) jest wieloma nitkami powiązana z kulturą religijną i tradycją. Każda z nich opowiada swoją historię. A jednak jest w nich coś wspólnego: gdy idę do synagogi na Dżerbie, rozpoznaję modlitwy. Są śpiewane na inne melodie, ale to jest to, co znam.

W swojej książce „Znalazłam wczorajszy dzień” wspomina Pani o dość okrutnych rytuałach, takich jak policzkowanie dziewczynki w dniu jej pierwszej menstruacji, ale mam wrażenie, że zasadniczo Pani stosunek do rytuału jest pozytywny?
Mam nadzieję, że zwyczaj policzkowania już zanikł. Trzeba jednak mieć na względzie, że to jest tylko lokalny obyczaj, a nie przepisany prawem religijnym rytuał.
Rzeczywiście rytuały są dla mnie czymś istotnym, bo porządkują życie i pozwalają przez chwilę pomyśleć o czymś innym niż codzienność. Nie wiem jednak, co bym odczuwała, gdybym mieszkała w Izraelu albo w jakiejś dużej społeczności żydowskiej – czy rytuał byłby dla mnie i wtedy ważny. Tu i teraz jest on czymś doniosłym, bo chcę przenieść i zachować moją tradycję, a żyję w kulturze, która jest bardzo homogeniczna. Zachowanie tradycji żydowskiej w Polsce jest trudne, więc rodzi się we mnie pragnienie jej utrzymania. Mam poczucie odrębności, które pielęgnuję, ale które bywa też bolesnym doświadczeniem.

Bella Szwarcman-Czarnota

Filozofka, pisarka, publicystka, tłumaczka. Wieloletnia redaktorka Państwowego Wydawnictwa Naukowego w redakcji filozofii, sekretarz redakcji „Biuletynu ŻIH”, obecnie – i od początku istnienia pisma – redaktorka i felietonistka miesięcznika „Midrasz”. Tłumaczy z języka francuskiego, rosyjskiego i jidysz. Autorka książek „Mocą przepasały swe biodra. Portrety kobiet żydowskich” (2006) oraz „Znalazłam wczorajszy dzień. Moja osobista tradycja żydowska” (2009), współautorka materiałów pomocniczych dla nauczycieli programu „Przywróćmy Pamięć” realizowanego przez Fundację Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego.

Myślę, że rytuały mogą być uziemiające w dobrym tego słowa znaczeniu. Przecież współczesny człowiek wielkich miast żyje często zaprzeczając temu, że są różne pory roku, pory dnia. A kiedy ktoś obchodzi szabat, nie ma wątpliwości, jaki jest dzień tygodnia.
Tak, szabat, jakkolwiek by go rozumieć, jest przerwą w codzienności. U mnie w domu nie jest przestrzegany bardzo rygorystycznie, ale przez ileś godzin – może nie całą dobę – nie jest włączany telewizor ani komputer, staramy się wtedy umawiać ze znajomymi, rozmawiać, wypoczywać. Nie jestem ortodoksyjną Żydówką, nie chodzi mi o trzymanie się litery prawa religijnego, tylko o symboliczne zaznaczenie przerwy w codziennej bieganinie. Widzę też, że moja córka, która ma już 23 lata, potrzebuje wciąż rytuału błogosławieństwa – przed kolacją szabatową rodzice kładą dziecku ręce na głowie i wypowiadają błogosławieństwo. Kiedy córka jest poza Warszawą, pisze do mnie SMS-a i ja jej też SMS-em posyłam błogosławieństwo.

Kiedy Pani pisze o jedzeniu, zwłaszcza o świątecznych potrawach, mam poczucie, że jego symbolika jest poezją wcieloną w życie. W czasie Chanuki je się potrawy smażone na oliwie na pamiątkę cudu rozmnożenia oliwy w Świątyni, na Rosz Haszana, czyli Nowy Rok, słodkie potrawy symbolizujące pomyślność, na Pesach, które upamiętnia wyzwolenie z niewoli egipskiej – macę.
I nie wolno wtedy jeść żadnych potraw na zakwasie, więc przedtem trzeba robić porządki – wymieść z mieszkania wszystkie okruszki chleba. Charoset, który podaje się w czasie uroczystej kolacji pesachowej – czyli tarte jabłka z orzechami, cynamonem i winem – ma kolorem i fakturą przypominać zaprawę murarską, którą faraon kazał Żydom robić w niewoli egipskiej.

Bardzo mnie poruszyła książka „In Memory’s Kitchen”, o której Pani pisze – zbiór przepisów kuchni żydowskiej zebranych i spisanych przez więźniarki obozu koncentracyjnego w Terezinie.
Niezwykła historia. Próba ocalenia atmosfery domu, ale i pewnych umiejętności. Jedna z kobiet, które zginęły w Terezinie, zapakowała ten zeszyt z przepisami, który po ćwierćwieczu dotarł niezniszczony do jej córki na Manhattanie. To niebywała opowieść, która w istocie mówi o tym, że pęd do tworzenia jest w człowieku niezwykle silny. Pomyślmy o literaturze, która powstawała w łagrach, o Mandelsztamie, który uczył się swoich wierszy na pamięć. Jest w tym akcie przekroczenie sytuacji, w którą jest się wrzuconym, wyjście poza nią. Niedawno przeczytałam, co napisał rabin Ouaknin: jest w tradycji żydowskiej nakaz: „Pamiętaj o dniu szabatu!”. Ale słowo zahor! – pamiętaj! – jest użyte w takiej formie, która zawiera również przyszłość. Masz pamiętać nie o tych szabatach, które były, tylko o tych, które będą kiedyś – to jest takie mesjanistyczne zwrócenie się ku przyszłości, bo jeśli stale dłubiemy w pamięci, to ona nas pęta, nie możemy iść do przodu. Musimy tak pamiętać, żeby iść do przodu. W tych przepisach z Terezina też to jest.

Tematem jednego z Pani felietonów jest menczlichkajt – czy można go nazwać kodeksem „bycia Człowiekiem”?
To jest kodeks, można go dość łatwo wychwycić. Chodzi przede wszystkim o to, by być sprawiedliwym, nie wyrokować pochopnie, mieć serce, zachować umiar. Niekoniecznie trzeba być pobożnym. Znany jest midrasz, wedle którego sam Bóg powiedział: „Nie musicie we mnie wierzyć, lecz postępować zgodnie z przykazaniami”.

Czy ten kodeks odnalazła Pani w historiach kobiet, które opisała Pani w swojej poprzedniej książce – „Mocą przepasały swe biodra”?
Tak, w życiorysach kobiet, o których pisałam, interesowało mnie między innymi to, że choć żyły w różnych epokach, miały różne światopoglądy, kierowały się podobnymi wartościami – właśnie ową menczlichkajt – w podobnych sytuacjach nawet wypowiadały często te same słowa.

Pisze Pani w tej książce, że w czasie porodu Bóg jest blisko rodzącej kobiety, więc ona może wykorzystać ten czas, by modlić się za tych, którzy są w potrzebie. Za chore, bezpłodne kobiety. Czyli wykorzystuje swój ból do czegoś innego, przekracza go.
W judaizmie mówi się, że samo cierpienie nie jest wartością, ważne jest to, co można dzięki niemu zyskać, ku czemu nas prowadzi, czy możemy z niego wyciągnąć jakieś nauki.
Bóg bywa postrzegany jako położna – ta metafora przewija się i w Biblii, i w Talmudzie. Jest midrasz o tym, jak kobiety rodziły pod drzewami i jak Bóg im pomagał w czasie porodu. To jest ciekawe w kontekście odwiecznych dyskusji o tym, że Bóg jest mężczyzną i że trzeba zmienić ten sposób myślenia. Naprawdę nie znam nikogo, kto by myślał, że Bóg to jest dziadek z brodą, który siedzi na chmurce! Bóg w judaizmie jest postrzegany jako obecność kobieca i męska, nie ma płci. To, że można o Nim pomyśleć jako o położnej, o czymś świadczy. Często zwracamy się do Boga jako do Obecności Bożej, do Szechiny. To jest aspekt Boga, sposób myślenia o Nim jak o kobiecie.
Mnie osobiście podejmowane w bardzo liberalnym judaizmie próby zastępowania „He” przez „She” wydają się niepotrzebne, a nawet trochę śmieszą. Choć oczywiście innym wolno uznać je za uprawnione.

A feministyczne sedery?
Podobają mi się nowo wprowadzone elementy, na przykład to, że na pesachowym stole kładzie się pomarańczę, co ma symbolizować akceptację homoseksualistów i innych mniejszości w społeczności żydowskiej – na przykład kobiet-rabinek. Na stole ustawia się też kielich Miriam – napełniony wodą źródlaną, na pamiątkę roli, jaką Miriam, siostra Mojżesza, i inne kobiety odegrały w wyzwoleniu z niewoli egipskiej.

Zwróciło moją uwagę to, że idealnym kandydatem na męża był uczony w Piśmie – mężczyzna, który nie zarabiał, lecz studiował księgi. To kobiety często musiały zarabiać na utrzymanie domu.
Tak bywa i dzisiaj w rodzinach ultraortodoksyjnych Żydów. Z drugiej strony jednak kobieta żydowska miała więcej praw niż kobiety w innych społecznościach. Na przykład Glikl z Hameln, autorka unikalnych pamiętników żyjąca na przełomie XVII i XVIII wieku, mogła podróżować sama, prowadzić aktywne życie zawodowe na własną rękę. Takich kobiet było sporo. Mogły pracować. To było dobre i złe. Dobre, bo można się realizować na różne sposoby, ale i trudne – trzeba zająć się gromadką dzieci, gotować, sprzątać, zarabiać.

Czy rzeczywiście jest tak, że miłość fizyczna w tradycji żydowskiej jest bardzo ważna, dopełnia, uczłowiecza?
Jest bardzo istotna, ale tylko w określonym kontekście. Przede wszystkim każdy ortodoksyjny rabin powie, że nie można mówić o miłości fizycznej, lecz o współżyciu małżeńskim. Judaizm ortodoksyjny nie wypowiada się na temat miłości fizycznej w ogóle, ale w związku zawartym wedle prawa religijnego. I o tej miłości mówi śmiało i podkreśla jej doniosłość.
Współżycie małżonków jest ważne, zbliża ich także w sensie duchowym. W traktatach kabalistycznych mówi się, że mężczyzna i kobieta, dopiero gdy są złączeni, stanowią pełnię: duchową i fizyczną. Ale to złączenie ma się odbywać w wyznaczonych dniach cyklu, w określonych przez prawo religijne ramach, a nie wedle pragnienia małżonków. Z drugiej strony ważne jest, że na gruncie judaizmu udane pożycie seksualne jest prawem kobiety, a nie mężczyzny. Kobieta może się też rozwieść, jeśli mąż jest dla niej odrażający fizycznie albo źle ją traktuje w sensie seksualnym.
Szabat – a ściślej  noc z piątku na sobotę – to najwłaściwszy czas na zjednoczenie się małżonków. Bardziej metaforycznie: na czas szabatu otrzymuje się nową duszę – duszę, która umie się radować wypoczynkiem szabatowym, i właśnie ta dusza skłania do tego, żeby połączyć się tak, aby nastąpiła odnowa miłości małżeńskiej.

W „Mocą przepasały swe biodra”, wśród portretów kobiet żydowskich, przedstawia Pani między innymi historię pisarki Anzi Yezierskiej, a poprzez nią historię emigracji żydowskiej w Ameryce. Zwróciło moją uwagę coś, o czym pisał też Tony Kushner w „Aniołach w Ameryce” – ta niezwykła siła emigrantów, która wynikała z marzeń o lepszym świecie snutych przez pokolenia, czy może z czegoś innego.
Anzia Yezierska w  końcu zrozumiała, że to tradycja i dom, z którego tak bardzo chciała się wyrwać, dawały jej siłę. W Ameryce nigdy nie poczuła się dobrze, w kulturze amerykańskiej, do której tak aspirowała, zawsze czuła się trochę gorsza.

Cytuje Pani fragment jej książki: „Dlaczego dzieci się mnie wstydzą, skąd wzięły siłę, żeby się przebić w tym świecie? Z powietrza? (…) Dlaczego dzieci urodzone z amerykańskich matek nie napiszą takiej sztuki jak mój Benny?”.
Ta siła bierze się z konieczności adaptacji, z bogactwa kultur nałożonych na siebie, które razem tworzą nową jakość. Teraz zajmuję się tłumaczeniem wierszy żydowskich poetek z jidysz na polski. Jest rzeczą ciekawą, że one wszystkie znają po kilka języków, przemierzyły po kilka krajów, a zarazem mają mocny żydowski background, który – wraz ze splotem kultur, przez które one przeszły, coś zabierając, coś odrzucając – jest ich niepowtarzalnym wyposażeniem.

W eseju Ewy Kuryluk czytałam anegdotę o tym, jak jeden żydowski emigrant mówi do drugiego, że jedzie do Urugwaju. „Tak daleko?” – pyta drugi. „Daleko skąd?” – odpowiada pierwszy.
Daleko od korzeni. Wielu moich znajomych z emigracji ’68 mówi, że gdy raz wyrwie się korzenie, to już się ich nie zapuści. W innych kulturach jest się trochę gościem. Trzeba wobec tego mieć coś, co się ze sobą zabiera – może rzeczywiście Żydzi są do tego nawykli?
Jest taki fenomen jak Księgi Pamięci – o prawie każdej miejscowości w Polsce zapisano księgi w jidysz, hebrajskim, angielskim. Opublikowali je ludzie, którzy mieli tutaj przodków, albo sami jeszcze pamiętają lata przed Zagładą. Są to wspomnienia o życiu Żydów w tych miasteczkach, odtworzone z niesłychaną precyzją, z poczuciem, że tu była mała ojczyzna. Tu nie chodzi wcale o ukazanie sielskiego obrazka bratania się dwóch nacji żyjących obok siebie. Księgi pokazują, że Żydzi mieli tu swój świat, swoje miejsce. A w nim całe mnóstwo instytucji żydowskich – bibliotek, teatrów amatorskich, chórów, partii politycznych, wiernych tego czy tamtego cadyka. Autorzy tych ksiąg utrwalają to, co w nich siedziało, tak jak w Anzi Yezierskiej tkwił Płock czy Mława.

Wspomniałam „Anioły w Ameryce”. Zastanawiam się, czy Ethel Rosenberg mogłaby być jedną z Pani bohaterek, w poczcie dzielnych kobiet żydowskich?
Trochę tak, a trochę nie. Jest książka Doctorowa o małżeństwie Rosenbergów – „Księga Daniela”. Gdy ją przeczytałam, pomyślałam, że Ethel mieści się w linii rewolucjonistek (jak Fanny Kapłan, która strzelała do Lenina), w linii żydowskich kobiet o lewicowych poglądach, walczących o słuszną Sprawę. Niestety, kierowane ideologią, szły czasem za daleko. Ślepa służba w imię ideałów, choćby najszlachetniejszych, to coś, z czym nie mogę się pogodzić. Dla mnie najbardziej przerażające w historii małżeństwa Rosenbergów było to, że oni – wiedząc, na jakie ryzyko się wystawiają – nie myśleli o tym, co stanie się z dziećmi, gdy je osierocą. Pamiętam, jak ich stracono na krześle elektrycznym, to była wielka trauma mojego dzieciństwa – synowie Rosenbergów musieli być niewiele starsi ode mnie.

Od zdania o tym „lecie, kiedy stracono Rosenbergów” zaczyna się „Szklany klosz” Sylwii Plath.
Czytałam tę książką w kółko, razem z jej listami do matki i dziennikiem, bo nie mogłam znaleźć tego pęknięcia – jak to się dzieje, że świetnie funkcjonująca, utalentowana, piękna dziewczyna z dnia na dzień osuwa się w szaleństwo. Wszystko szło wspaniale i z dnia na dzień pęknięcie – samobójstwo. Co się stało? Podobnie prześladowała mnie historia Edith Stein: u niej z kolei nie mogłam znaleźć tego pęknięcia, gdy z niewierzącej Żydówki stała się katoliczką. Jak to się odbywa? Jak przebiega proces decyzyjny prowadzący do tak radykalnych zmian?

Myślała Pani o drugim tomie portretów kobiet żydowskich? O nowych bohaterkach?
Chciałabym napisać o kobietach mniej znanych, często bezimiennych: o żonie Lota, żonie Hioba. Stale wracam do Rut i Noemi. A także do Sary, która urodziła dziecko, kiedy była już stara – Bóg uznał, że ma przed sobą jeszcze drogę, że drzemie w niej jakiś potencjał. A więc chcę napisać o tym, że można się rozwijać, nawet gdy się jest starą kobietą.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.