Perfidna i płaska

Jaś Kapela

Na coś nadepnąłem i przestraszyłem się, że może to żywe stworzenie. Było takie miękkie i lekko ugięło się pod naporem stopy

Jeszcze 2 minuty czytania

Wyglądam raczej na człowieka, który zapytany o to, jak się nazywa, musiałby się dłużej zastanowić, by potem odpowiedzieć:
„Jezus Hrystus. To znaczy Janusz. Tak naprawdę to na imię mam Janusz. Tak myślę”.  
Jadąc w windzie, dyskretnie przyglądałem się starszej pani. Pomyślałem, że mógłbym się z nią zaprzyjaźnić. Przychodzić na herbatki, przynosić ciasteczka. Słuchać strasznych historii o wojnie, zabawnych anegdot o PRL-u. Ukraść klejnoty rodzinne.
A potem napisać o tym wszystkim książkę.
Ale szybko zarzuciłem tę myśl.
Gdyż wydała mi się perfidna i płaska.
Większość myśli wydaje mi się perfidna i płaska, gdy za długo nad nimi myślę.
Inne wydają mi się takie od razu, więc nie myślę o nich wcale.
Czasami chciałbym myśleć o innych rzeczach, niż myślę.
Innym razem natomiast się cieszę, że nie potrafię myśleć o innych rzeczach, niż myślę.
Bez tego świat wydaje mi się wystarczająco tragiczny i zagadkowy.
Sam nie wiem, czy bardziej zagadkowy, czy tragiczny.

Na coś nadepnąłem i przestraszyłem się, że może to żywe stworzenie. Było takie miękkie i lekko ugięło się pod naporem stopy. Odskoczyłem, ale było już za późno. Nadepnięte stało się zdeptanym.
Spojrzałem.
Trup myszy.
Znowu miałem rację, pomyślałem.
Czasami nie lubię mieć racji. Szczególnie wtedy, kiedy się boję.
Najwyraźniej mysz była trupem, zanim ją przygniotłem swoim ciężarem.
Wskazywała na to rozharatana grdyka i warstwa brudu, jakim była przykryta. Żywa mysz nigdy by się tak nie zapuściła, pomyślałem, a potem: Czy nigdzie nie ma tu kotów? Dlaczego jej nie zżarły?
One nie zżarły, więc ja wdepnąłem.
W jakiś tajemniczy sposób ta mysz skojarzyła mi się z moją dziewczyną.
Bezbronna, bezdomna, zgnieciona, skrzywdzona? Przeze mnie?
Nie, to nie to. To wszystko nie tak. Mysz była już martwa, kiedy nacisnąłem ją butem.
Moja dziewczyna jest żywa i nie zamierzam na nią naciskać. A nawet jeśli to robię, to przypadkiem. Nawet, jeśli to robię, co to może mieć wspólnego z tym martwym ciałem?
Co ja mogę mieć z nim wspólnego?
Poszedłem dalej, aby o tym wszystkim zapomnieć, ale myśl o dziwnej więzi ciągle mnie trapiła.
Co jest takiego we mnie i w śmierci, że idziemy razem? Śmierć jest w moich komórkach. Jak w każdych. Nie zostałem wybrany. Nie jestem nikim szczególnym.
Nazywam się Janusz Hrystus i brzmi to jak kpina.
Lecz jeśli jest nią, to nie jest to wynikiem niczyjego celowego działania.

Mój ojciec był Słoweńcem. Choć w duszy zawsze chciał być Jadźwingiem. Pamiętam, że gdy byłem mały, tłumaczył mi: Jadźwingowie to byli wielcy wojownicy. Być może najwięksi, jakich nosiła ziemia. Ale nigdy nie bili się bez powodu. A nie poradzisz sobie w życiu, jeśli nie potrafisz bić się bez powodu. Więc, kiedy napadały ich inne plemiona, Jadźwingowie pytali: Dlaczego z nami walczycie? Ale oni nie wiedzieli, więc Jadźwingowie nie chcieli z nimi walczyć. Inne plemiona nie potrafiły tego uszanować i mordowały szlachetnych Jadźwingów. Ale kiedy ty będziesz duży, chciałbym, żebyś bił jak Jadźwing. Czy to znaczy, że będę musiał umrzeć, pytałem. Być może, odpowiadał ojciec enigmatycznie. Ale ja nie chcę umierać, nieśmiało polemizowałem. Nie chcesz? – pytał jakby zdziwiony. Skąd wiesz, że nie chcesz? Nie wiem, pozostawało mi odpowiedzieć. No, właśnie, ale spokojnie, nie myśl o umieraniu, myśl, by być taki dzielny jak Jadźwingowie.  
Nie wiem, jak w tym katolickim kraju ojciec zdołał przekonać urzędników, żeby wpisali mu do dowodu Hrystus. Przecież dla każdego tutaj brzmi to jak bluźnierstwo. Dzieci się ze mnie śmiały, jeszcze zanim się nauczyły same trafiać do sedesu.    

W nieustającej krzątaninie człowiek podświadomie odczuwa, że nie ma nic istotnego do zrobienia.
Ani do powiedzenia, ani do pomyślenia, ani do poznania.
Pozostaje skamienienie w urzeczowieniu otaczającej go pustki.
Wrzucały mi rozbite jajka do butów, miałem niebieską wiatrówkę, szatnie w szkole składały się z polakierowanych na beżowo krat.
Odkąd pamiętam, na swojej drodze spotykałem martwe ptaki.
One są wszędzie. 
A na suficie coraz więcej śladów po straconych muchach. Takie ślady to trochę jak groby. Znak, że kiedyś tu żyły.

W sklepie kupiłem chleb.
Najczęściej kupuję bułki i chleb.
Bo nie zawsze chce mi się robić obiady.
A coś jeść trzeba.
Zresztą czytałem, że w tym sezonie śniadania są modne.
I w dobrych restauracjach powinny być podawane przez cały dzień.
Nie wiem, jak jest w dobrych restauracjach. Choć czytałem.
Ale wiem, jak jest u mnie. A przynajmniej staram się wiedzieć.
Śledzę swoje ruchy i je zapisuję.
Lecz wiele mi umyka.
Tak strasznie wiele.
To, czego nie zapiszę, czego o sobie nie wiem, czy to przestaje być prawdą o mnie?
W sklepie kupiłem suszone pomidory. Ciągle jeszcze słoik kosztuje taniej niż kilogram świeżych. W słoiku nie mieści się kilogram, ale zatopione w oliwie starczają na dłużej.
Kupiłem też czekoladę. Trzeba mieć w życiu jakieś małe radości.
Pani ekspedientka na kasie uśmiechała się miło i chciała mi sprzedać wedlowskie serce. Ale nie torcik, tylko taką metalową bombonierkę z czekoladkami.
Nie kupiłem. Choć była na przecenie pięćdziesiąt procent.
Potem pomyślałem, że byłaby w sam raz dla mojej dziewczyny.
Ona lubi czekoladki. Czasami.
Ale ta myśl, wtedy w sklepie, nie była dość silna, żeby zatryumfować nad myślą o wydaniu dwudziestu pięciu złotych, więc nie kupiłem.
A potem żałowałem. Bo pieniądze są niczym wobec miłości.
Marketingowcy to wiedzą, dlatego sprzedają serca pełne czekolady po pięćdziesiąt złotych sztuka.
Nie kupiłem, choć mogłem je mieć za pół ceny.
Żałowałem, ale nie wróciłem.
Prawie nigdy nie wracam.
Gdy podejmę jakąś decyzję, staram się jej trzymać. Dość już mam problemów z ich podejmowaniem, abym potem miał je jeszcze zmieniać.
Czasami jednak podejmę jakąś decyzję, a potem żałuję.
Jak na przykład teraz.
Mimo tego jej nie zmieniam.
Wolę tkwić w błędzie, niż się do niego przyznać.
To znaczy mogę przyznać się przed sobą i chętnie to robię.
Lecz nie chcę się przyznawać przed światem.
Świat z pewnością i tak ma o mnie niezbyt pochlebną opinię.
Zresztą to zabawne z tym sercem.
Bo powiedziałem pani, że nie potrzebuję serca.
A wcześniej tego dnia coś podobnego powiedziałem cygance, która mnie nagabywała.
Twierdziła, że w moim sercu są dwie dziewczyny: jedna czarna, a druga jasna.
Natychmiast sobie wyobraziłem, które to.
Lecz jeszcze szybciej powiedziałem cygance, że w moim sercu nie ma żadnych dziewczyn.
Kłamałem.
Tak jak zazwyczaj się kłamie cygankom.
Dla świętego spokoju i na wszelki wypadek.




fragment powieści „Janusz Hrystus”, która ukaże się na początku 2010 roku w wydawnictwie Krytyki Politycznej