Polska Islandia
fot. Tomek Hoax

7 minut czytania

/ Muzyka

Polska Islandia

Michał Wieczorek

Nanook of the North to kolejny w ostatnich latach projekt polskich artystów zainspirowany północą globu, w szczególności Islandią. Skojarzenia z pochodzącymi z wyspy twórcami nurtu modern classical są nieodparte

Jeszcze 2 minuty czytania

Na dalekiej północy słońce nie wschodzi przez kilka miesięcy. O takich miejscach zwykle pisze Ilona Wiśniewska – o Spitsbergenie w „Białym”, o Finnmarku na północy Norwegii w „Hen”, pisała także o Grenlandii. Pustej i mroźnej. Jej bohaterami przede wszystkim są ludzie, którzy z tą nieprzyjazną naturą żyją na co dzień, żywią do niej podszyty strachem szacunek. W muzyce Nanook of the North, trójmiejskiego duetu Piotra Kalińskiego i Stefana Wesołowskiego, ludzie są zupełnie nieistotni.

Pierwotną inspiracją dla tego projektu był film „Nanuk z Północy”, wyreżyserowany przez Roberta J. Flaherty’ego. Dokument z 1922 roku przedstawia życie rodziny kanadyjskich Inuitów – tytułowego Nanuka i jego dwóch żon. Część scen została zainscenizowana, bohaterowie zostali pokazani jako bardziej dzicy i prymitywni niż w rzeczywistości. Mimo tych zarzutów, obraz był na tyle ważny i przełomowy, że trafił do Biblioteki Kongresu USA.

W 2012 roku Sopot Film Festival zaprosił Piotra Kalińskiego, trójmiejskiego muzyka i producenta, znanego szerzej jako Hatti Vatti, do napisania nowej ścieżki dźwiękowej do jednego z wybranych niemych filmów. Kaliński do współpracy namówił inną ważną postać nadmorskiej sceny, kompozytora, skrzypka i pianistę, a także swojego dobrego znajomego Stefana Wesołowskiego.

Dopiero po trzech latach Nanook of the North stał się czymś więcej niż jednorazowym spotkaniem dwóch kolegów. Kluczowa była podróż na Islandię i nagrania w studiu Ólafura Arnaldsa w Rejkiawiku. Tam, na dalekiej północy, projekt narodził się na nowo. Ostateczny kształt albumowi nadawał Kaliński jeszcze bliżej bieguna – na Grenlandii, w Sisimut, drugim największym mieście tej największej wyspy, liczącym trochę ponad pięć i pół tysiąca mieszkańców. Nagrywał tam śpiew gardłowy Inuitów, dźwięki trzaskających lodowców i miksował całość.

Ostatnie prace nad albumem wypadły na bardzo pracowity 2017 rok. Kaliński wydał wtedy „Szum”, płytę opartą na starych samplach z nagrań ze studiów eksperymentalnych polskiego i holenderskiego radia, a Wesołowski „Rite of the End”, monumentalne dzieło, za które został nominowany do Paszportów „Polityki”.

Nanook of the North, Nanook of the North, Denovali 2018Nanook of the North, „Nanook of the North”,
Denovali 2018
W wywiadzie dla Red Bull Music Kaliński i Wesołowski odżegnywali się od geograficznego odczytania ich wspólnej płyty. Tylko że bardzo trudno od tego klucza uciec. Nawet jeśli się nie wie, że nagrywali na Islandii, słychać wyraźne pokrewieństwo z Bedroom Community, kolektywem kompozytorów i wykonawców okupujących pogranicze między muzyką elektroniczną a akustyczną, czołowym środowiskiem modern czy indie classical. Twórczość Bedroom Community jest jednoznacznie islandzka. Można było się o tym przekonać chociażby na festiwalu Sacrum Profanum w 2016 roku, kiedy odbył się koncert „Whale Watching” prezentujący twórczość tej wytwórni. Nagrania terenowe wplecione w utwory i hipnotyzujące głosy Inuitów również jednoznacznie wskazują kierunek – Arktyka i jej zimne przestrzenie. Wreszcie, sama geneza tego duetu – choć ze ścieżki do „Nanuka z północy” na „Nanook of the North” ostał się tylko jeden fragment – mówi wiele. W swojej ostatecznej formie utwory mają jednak bardzo silny ilustracyjny i filmowy charakter, momentami dość bliski kompozycjom Jóhanna Jóhannsona. Kaliński z Wesołowskim zszywają elektronikę z akustycznymi instrumentami równie dobrze jak tragicznie zmarły w tym roku Islandczyk . Od północy nie da się uciec.

Może – przynajmniej na początku – wydawać się to dziwne, ale „Nanook” ma wiele wspólnego z debiutancką płytą Hatti Vatti „Algebra”, wydaną w 2014 roku w Nowych Nagraniach Mikołaja Bugajaka (Noona). To także swoisty zapis podróży, ale w zupełnie inną stronę – na południe. Podobnie na obu albumach Kaliński kreśli przestrzeń, która nie jest wolnością, bo jej bezmiar przeraża i dusi. Gdziekolwiek spojrzeć: pustynia, lodowa w przypadku Nanooka i piaskowa na „Algebrze”. Te przestrzenie ze sobą korespondują, są swoimi lustrzanymi odbiciami, a pierwiastek ludzki pojawia się gdzieś na trzecim planie.

Dyptyk „Arfineq-aappat” i „Aarfineq-pingajuat” brzmi jak relacja z huraganu. Resztki egzotycznego uroku znikają, zostaje sama bezwzględność rozwścieczonej natury. Dźwięki smagają jak lodowaty wicher niosący ostre drobiny lodu. W tych dwóch fragmentach najsilniej ujawnia się – gdzie indziej bardziej podskórne – przeświadczenie o kruchości ludzkiej egzystencji. Ten stały motyw w twórczości Wesołowskiego, obecny od „Kompletów” po „Rite of the End”, wyraża się także tutaj, w zetknięciu z dziewiczą naturą.

Takie podejście – nie zwykły zachwyt czy cukierkowa pocztówkowość – łączy Nanook of the North nie tylko z Inuitami, ale także chociażby z Resiną. Występująca pod tym pseudonimem wiolonczelistka Karolina Rec w swojej solowej twórczości również zwraca się ku naturze, robi to innymi środkami, ale z podobnym efektem i wyczuciem. Może ta wspólnota wynika po prostu z zetknięcia i dorastania w bliskości morza? Nawet tak mały i spokojny akwen jak Bałtyk jest jednak żywiołem, którego nie da się opanować.  Nad Bałtykiem powstawała również druga płyta wrocławskiego skrzypka Tomasza Mreńcy, „Peak”, która razem z „Nanook…” i trzecią płytą Grabka (kolejnego skrzypka!), „Day One” tworzy swoisty tryptyk albumów opartych na dialogu skrzypiec z elektroniką, patrzących ku kołu podbiegunowemu. Nawet na ich okładkach można znaleźć elementy wspólne (choć bardziej w konwencję wpisywały się klify zdobiące debiutancki album Mreńcy „Land”). Każda z tych płyt atmosferę północy oddaje trochę inaczej, ale zarówno Nanook, jak i Mreńca czy Grabek momentami brzmią, jakby umówili się między sobą.

Luty obecnego roku w Arktyce był najcieplejszy w historii pomiarów, pod koniec miesiąca było tam przez chwilę cieplej niż w opanowanej syberyjskim chłodem Polsce. A mrozu, w którym pogrążone jest „Nanook of the North”, było łatwiej szukać nad Wisłą niż w Sisimut.