Analog kontra algorytm
fot. Maciej Bogucki

15 minut czytania

/ Muzyka

Analog kontra algorytm

Rozmowa z Mikołajem „Noonem” Bugajakiem

Możliwość tworzenia w środowisku cyfrowym ma mnóstwo zalet. Żadna z nich jednak nie powodowała, że to, co robiłem, było lepsze. Nawet jak zrobisz zdjęcie świetnym aparatem cyfrowym, to w ciągu kilku lat ono się zestarzeje. Tak samo jest w muzyce

Jeszcze 4 minuty czytania

MICHAŁ WIECZOREK: „Algorytm” jest zamknięciem trylogii. Każda ze składających się na nią płyt wyszła pod trochę innym szyldem. „Pewne sekwencje” wydałeś jako NOON, „Dziwne dźwięki” jako Mikołaj Bugajak, a „Algorytm” jako NOON/Mikołaj Bugajak. Mówiłeś też, że pod swoim imieniem i nazwiskiem wydajesz utwory komponowane, a jako NOON – produkowane. To znaczy, że „Algorytm” w zamyśle jest połączeniem tych dwóch metod?
MIKOŁAJ „NOON” BUGAJAK:
Rzeczywiście „Algorytm” jest fuzją kompozycji i produkcji. Pomysł, żeby podpisać ten album jako NOON/Mikołaj Bugajak, wyszedł od grafika. Ma to oczywiście sens w kontekście moich poprzednich płyt. Po nagraniu „Pewnych sekwencji” chciałem odpocząć od produkcji i stworzyłem „Dziwne dźwięki i niepojęte czyny”. Była to na tyle inna rzecz, że podpisałem ją imieniem i nazwiskiem. Od tej pory zacząłem też pracować jako kompozytor.  

Pierwsze pomysły na utwory na „Algorytm” powstały w 2010 roku. Dlaczego tak długo przeleżały w szufladzie?
Po nagraniu „Dziwnych dźwięków i niepojętych czynów” usiadłem i spisałem różne pomysły na utwory, melodie, frazy.
 
Takich katalogów miałem około dwudziestu i od tamtej pory staram się je wykorzystywać. Z tamtych sesji pochodzą pomysły na utwory „HV/NOON”, remiks zespołu Xxanaxx, kompozycje komercyjne. Zostało pięć katalogów, z których cztery to właśnie „Algorytm”. Jest jeszcze jedna kompozycja, z gościnnym udziałem Łony i to będzie koniec.

Wyczyściłeś katalogi i zwolniło się miejsce na zupełnie nowe kompozycje?
Gdybym nie skończył pracy nad tymi pomysłami, nie ruszyłbym dalej. Nic się nie może u mnie zmarnować. W tym roku chcę jeszcze przygotować materiał live na podstawie „Algorytmu”. Na jesień planujemy trasę w rozszerzonym składzie. Do tej pory występowałem tylko z perkusistą.

Mikołaj „NOON” Bugajak

Karierę rozpoczął jako producent muzyczny, czuwając nad brzmieniem takich artystów jak Grammatik oraz Pezet. Solo nagrywa muzykę instrumentalną, zawartą na minialbumach: „Bleak Output” (2001), „Gry Studyjne” (2003), „Pewne sekwencje” (2008), „Dziwne dźwięki i niepojęte czyny” (2010) oraz „Algorytm” (2018). Prowadzi również wytwórnię Nowe Nagrania (m.in. Psychocukier, Tomasz Mreńca, Hatti Vatti).

Wiesz już, jak będzie brzmiał „Algorytm” na żywo?
Podczas trasy HV/NOON kawałki zmieniały się z koncertu na koncert, z próby na próbę. Jechałem pociągiem na granie i zawsze coś ulepszałem. To przeważnie wywoływało popłoch u Marcina, mojego perkusisty. On jest przyzwyczajony do tego, że gra się to, na co wszyscy się umówili i co zapamiętali. Dobrym wyznacznikiem tego, jak Algorytm będzie brzmiał na żywo, są „Pewne sekwencje Max”, czyli dłuższe, bardziej przestrzenne wersje utworów z „Pewnych sekwencji”. To lepiej brzmi w klubach i otwartych przestrzeniach. Wersje koncertowe będą luźno oparte na materiale z płyty, nie będziemy jej odgrywać 1:1.



Na płytę zaprosiłeś kilkoro gości, z różnych środowisk. Jak ci się udało zaprosić Adama Struga? On przecież, nazwijmy to delikatnie, nie jest fanem takiej muzyki.
Adam od razu powiedział mi, że hip-hop i elektronika to nie jego rejony. Że słuchając takiej muzyki, przeważnie czuje się upodlony (choć słuchając moich utworów, upodlenia nie czuł – odebrałem to jako komplement) i że nie do końca wie, co robi na tej sesji. Ale spróbuje.

Ja też nie bardzo wiedziałem, jak wykorzystać obecność Adama. Nie piszę tekstów i nie miałem nic przygotowanego. On spróbował wokaliz do trzech numerów i właściwie już wychodził ze studia, kiedy puściłem mu ostatni numer. Adam zawrócił, usiadł i dosłownie na kolanie zaczął pisać. Stworzył kompletny tekst, z którym moim zdaniem trafił w dziesiątkę. Czuję się świetnie w takiej improwizowanej pracy.

Z pozostałymi gośćmi było łatwiej?
Karol Czajkowski nagrał swoją partię gitary chyba w 2013 roku, kiedy mocno siedziałem w środowisku folkowym, na zasadzie „wpadnij do mnie, spróbujemy coś zrobić”. Karol pokazywał mi muzykę Tuaregów i sam się nią wtedy inspirował. Dlatego ta partia jest zagrana z afrykańskim zacięciem. Jeżeli chodzi o Karolinę Rec i Stefana Wesołowskiego, to wybór był prosty, bo oni krążyli na mojej orbicie od jakiegoś czasu. Gdy myślałem o nagraniu partii fortepianu i wiolonczeli, to wydawało mi się lepszym pomysłem zrobić to z osobami, które także komponują muzykę niż z muzykami sesyjnymi.



„Dziwne dźwięki i niepojęte czyny” wydałeś w 2010 roku, czyli już osiem lat zajmujesz się muzyką komponowaną. Dlaczego zdecydowałeś się na taki krok?
W 2003 roku nagrałem album „Gry studyjne”, w stu procentach samplowany. To był już kres mojej polskiej płytoteki, z której korzystałem. Dotarłem też do ściany, jeśli chodzi o technologię, z której korzystałem. Wprawdzie zmieniłem sampler na taki, który pozwalał na zabawę dużo krótszymi dźwiękami, ale chciałem czegoś więcej. W czasie pracy nad „Pewnymi sekwencjami” zacząłem nucić do jednego z roboczych utworów. Nie umiem śpiewać, ale mam pomysły na to, jak melodie mogą brzmieć. Nie mam w tym zakresie żadnego wykształcenia, więc wymyśliłem, że najprościej będzie komponować na syntezatorze analogowym. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, nie tylko dlatego, że mogę robić to bardzo szybko i przy użyciu prostej technologii. Było to przede wszystkim łatwiejsze niż praca na samplach.

Umiesz czytać nuty?
Nie. Mam krótki epizod z edukacją muzyczną, szybko zrozumiałem, że to nie moja droga. Nie mam potrzeby zapisywania muzyki w jakimkolwiek systemie notacji, działam na realnych barwach. Komponowanie w głowie, nutami jest dość akademickie. W świecie elektroniki, nawet improwizowanej, nuty do niczego się nie przydają. 

Jeszcze nie tak dawno zarzekałeś się, że nie chcesz być w żadnym streamingu, ale teraz można znaleźć cały twój katalog w Spotify.
Zmieniła się głównie sytuacja związana z działalnością mojej wytwórni. Mógłbym się jeszcze buntować i stawać okoniem wobec trendów, ale wydaję muzykę innych ludzi i oni sobie nie wyobrażają, jak mogliby nie być w streamingu. To wyjście w stronę odbiorców. Ale z biznesowego punktu widzenia to ryzykowny ruch. Zależy mi na tym, żeby ludzie kupowali płyty, przede wszystkim winylowe. Twórcy wkładają tyle pracy, czasu i energii, żeby zrobić coś dobrze, że potem dystrybuowanie tego w kiepskiej formie nie ma sensu. „Algorytm” mógł wyjść w grudniu, ale brzmiałby źle na winylu. Nie mogę sobie na to pozwolić, mimo że różnicę usłyszałoby kilka z pięciuset osób, które by kupiły ten album. Kiedy wydaję płytę, chcę mieć gwarancję, że ktoś dostanie coś maksymalnie dopracowanego. A jeśli potem to sobie zgra do formatu mp3 i wyśle koledze, to nie mam na to wpływu. 

fot. Maciej Boguckifot. Maciej Bogucki

I dlatego też dodajesz do każdej płyty dwudziestoczterobitowe pliki, czyli muzykę w jakości studyjnej?
Tak. Niestety CD ma taką pojemność, że jedynie w przypadku krótszych płyt mogłem pomieścić te dodatkowe pliki. Bandcamp jest w Polsce niepopularnym serwisem, a oni jako jedyni oferują 24-bitowe pliki. CD to standard sprzed 30 lat. Filmy można już streamować w jakości 4K, a jakość muzyki zatrzymała się dekady temu. Z tym nie wygram, ale robię co mogę w ramach swojej wytwórni.

Dużo mówisz o brzmieniu, czy ono jest dla ciebie w muzyce najważniejsze?
Ideałem jest, gdy brzmienie i kompozycja scalają się ze sobą na tyle, że płyta ma duże szanse przetrwać więcej niż, powiedzmy, półtora roku medialnego obrotu. Przeważnie muzyka, do której wracam, jest dobrze nagrana. Pojawiła się w Polsce możliwość tłoczenia winyli w technologii Direct Metal Mastering, z której skorzystałem przy wydaniu „Pewnych sekwencji Max”. To technologia, która łączy wszystkie zalety cyfry, przede wszystkim wierność, z zaletami analogu, czyli plastykę i przestrzeń. Prawdopodobnie wszystkie kolejne płyty Nowych Nagrań będą wychodziły w tej technologii. Czy wydałbym dobrze skomponowaną, ale źle brzmiącą płytę? Chyba nie.

Czyli poza kompozycjami masz pełną kontrolę nad tym, co wychodzi w wytwórni?
Odpowiadam za miks i mastering. W przypadku nowych pozycji, czyli nadchodzącego albumu grupy Psychocukier czy debiutu Andre & The Giants, odpowiadam również za rejestrację. Nie nagrywałem „Peak” Tomka Mreńcy, ale pracowałem przy postprodukcji i uspójniałem brzmienie płyty, aby pasowała do klimatu wytwórni. Idea jest taka – i pewnie się nie zmieni w najbliższym czasie – żeby wydawać dwie, trzy płyty rocznie i zajmować się każdym artystą w pełni.

Granice gatunkowe nie mają dla ciebie znaczenia?
Nie spotkałem się z wytwórnią, która wydaje każdą płytę w innym gatunku, a trochę tak się zaczyna dziać w Nowych Nagraniach. Jestem słuchaczem, który nie zwraca uwagi na gatunek, słuchałem zawsze różnej muzyki i myślę, że są też ludzie, którzy docenią ten eklektyzm. Z drugiej strony, może to być problematyczne. W Nowych Nagraniach nie wyszła też żadna płyta hip-hopowa.

To był twój świadomy wybór?
Tak. Kiedy zakończyłem swoją przygodę ze światem hip-hopu, wydałem „Dziwne dźwięki i niepojęte czyny”, które nie mają nic wspólnego z hip-hopem i niczym, co robiłem wcześniej. Wszyscy myśleli, że będę wydawał hip-hop. To odwieczny problem przy komunikacji medialnej wytwórni. Większość odbiorców ma w pamięci moje stare płyty z Grammatikiem i Pezetem.

Wracasz do nich?
Muszę wracać, gdy je wznawiamy – trzeba sprawdzić np. test press. Poza tym? Chyba nie, aczkolwiek lubię te rzeczy i zdarza mi się je słyszeć w radiu, jadąc samochodem. To jest fajne, ale sam sobie nie puszczam „Świateł miasta”, słyszałem je już wystarczająco dużo razy.

To dlaczego postanowiłeś wziąć rozbrat z hip-hopem?
Zwyczajnie zaczęła mnie interesować zupełnie inna muzyka. To był bardzo intensywny okres, zajmowałem się hip-hopem niecałe pięć lat, ale wydałem EP-kę i „Światła miasta” z Grammatikiem, dwie płyty z Pezetem, robiłem bity dla innych ludzi, więc nie mam żadnego niedosytu. Tym bardziej, że nie zaczynałem od hip-hopu, który trochę wciągnął mnie towarzysko, a trochę swoją świeżością. Był niezwykle ekscytujący pod koniec lat 90. Wcześniej robiłem inną muzykę, naturalniejszą dla mnie, bo wychodzącą z tego, czego słuchałem. 

To czego słuchałeś wcześniej?
Muzyki brytyjskiej, głównie Briana Eno, rzeczy z Ninja Tune i Mo’ Wax, czyli dużo trip hopu, dobrego popu – Petera Gabriela, Davida Bowiego. Do dzisiaj bardzo lubię Tracy Chapman. Widzisz, w ogóle nie ma w tym rapu. Dopiero gdy kolega zaczął zabierać mnie na imprezy rapowe, a potem poznałem Eldo, wciągnąłem się w hip-hop.

Eldo poznałeś na forum internetowym.
Tak, byłem wtedy uczniem w Studium Technik Teatralnych, miałem w domu mikrofon. Na jakimś forum przeczytałem, że Leszek chce nagrywać swój zespół, ale nie ma gdzie. Napisałem do niego, zaprosiłem do siebie i Eldo przyszedł, jeśli dobrze pamiętam, nie mając żadnego bitu. Miałem kompozycję, która finalnie nazywa się „Moja historia”, połączenie sampli niezbyt hip-hopowych, z zupełnie innego świata. Nagraliśmy ten utwór, Leszek stwierdził, że to jest to i chce pracować dalej. Tak zostałem producentem hip-hopowym.

To musiało się jednak wyczerpać. Hip-hop to tylko jeden gatunek, a muzyki jest mnóstwo i szczerze mówiąc chwilę po tym, jak to nazwałeś – rozbracie z hip-hopem – wsiąkłem w środowisko folkowe. Tam poznałem zresztą Adama Struga. To było dla mnie zupełnie nowe i odświeżające doświadczenie. Wszystko było inne i ciekawe, ale też się po pewnym czasie skończyło. Potem przyszła elektronika i muzyka ilustracyjna.

Kiedyś mówiłeś, że nie widzisz dla siebie miejsca na scenie hip-hopowej. A teraz?
Bardzo długo tak było. Po zwrocie w inną stronę nie mogłem liczyć na taki sam sukces co w hip-hopie. Mój drugi solowy album „Gry studyjne” miał fantastyczne recenzje, ale zainteresowanie słuchaczy było niewielkie. Dopiero pięć lat temu, po wznowieniu, płyta zaczęła się świetnie sprzedawać i nagle jest klasykiem. Podobnie było z „Muzyką poważną”, a teraz z „Pewnymi sekwencjami”. Jak widać, trudniejsza muzyka zawsze potrzebuje więcej czasu, by zostać doceniona. Mam jednak wrażenie, że w tym moim szaleństwie wydawania zupełnie innych płyt pojawiła się metoda. Zrozumiałem też, że nie mogę wymagać tego samego, co miałem w tak popularnym i skonsolidowanym gatunku jak hip-hop. Funkcjonuję teraz w zupełnie innej skali.

Pełnisz wiele ról – właściciela wytwórni, producenta, kompozytora. Kim się czujesz najbardziej?
To zależy od dnia. Najchętniej zająłbym się tworzeniem muzyki, ale realia są takie, że po odpisaniu na maile, po porozmawianiu z zespołami, rozmowach z dystrybutorem, sklepem i pracy w studiu robi się 17. O 18 umówiłem się z tobą, a potem jeszcze mam spotkanie o 20. I tak jest prawie codziennie. Muszę ten czas na muzykę bardzo sobie wydzielać. To się pewnie poukłada, bo w Nowych Nagraniach pojawiły się nowe osoby i zaczyna to płynniej działać. Ostatnio miałem też dużo zleceń komercyjnych.

Czyli muzyka do reklam?
Raczej oprawy dla stacji telewizyjnych albo do dokumentów. Przez ostatnie lata głównie pracowałem z telewizją. Bardzo lubię tę pracę. Mam wolną rękę – komponuję swoją muzykę, która komuś jest potrzebna. Ekstra sprawa. Praca dla telewizji okazała się dla mnie o niebo lepsza niż praca w filmie, który teoretycznie powinien być dla mnie naturalniejszym środowiskiem.

Wszystkie okładki albumów wydanych w Nowych Nagraniach ozdabiają zdjęcia twojego autorstwa.
Gdy zobaczyłem po raz pierwszy zdjęcie zrobione średnioformatowym aparatem, zrozumiałem, że to jest format okładki płytowej. Poza tym to niesamowita głębia, rozdzielczość, rozpiętość tonalna. Zrobiłem swoją pierwszą rolkę i tak powstała okładka „Pewnych sekwencji”. Moja fascynacja zbiegła się z założeniem wytwórni. Wcześniej fotografią się nie interesowałem.

Analogowość, namacalność dźwięku przewijają się przez całą twoją twórczość.
Jest tyle plusów w tworzeniu cyfrowym, ale nigdy to, co robiłem w cyfrze, nie było dzięki nim lepsze od analogu. Na pewno efekty pracy w cyfrze nie były długoterminowe. Zdjęcie zrobione świetnym aparatem cyfrowym w ciągu kilku lat bardzo się zestarzeje. Tak samo jest w muzyce.

Analog jest ponadczasowy. Mogę tu na warszawskiej Pradze zrobić odpowiednio skadrowane zdjęcie i nie będzie wiadomo, czy powstało teraz czy 50 lat temu. To magiczne.