Nowa obrączka
Kijów, fot. Maksym Pozniak-Haraburda / Unsplash

12 minut czytania

/ Obyczaje

Nowa obrączka

Iryna Tsilyk

W końcu przyjdzie nam się na nowo uczyć żyć po wszystkich tych stratach, przekroczonych rubikonach, tępym bólu i utracie wiary. Więcej: przyjdzie nam się cieszyć z tego życia. Bo jeśli nie, to po co to wszystko?

Jeszcze 3 minuty czytania


Pomijając wszystko inne, to kwestia skali. Wcześniej Ukraińcy też ginęli na froncie i wcześniej Rosjanie też dopuszczali się cynicznych zbrodni na oczach całego świata, a my dusiliśmy się od gniewu i bólu; ta wojna trwa co najmniej osiem lat. Ale teraz pętla zaciska się aż nazbyt prędko. Mój Facebook składa się w większości z nekrologów: prawie codziennie na tarczy wracają nie tylko zawodowi żołnierze, ale też inteligenci, artyści, dziennikarze, aktywiści i inni znani mi ludzie, którzy zostali zmuszeni do wzięcia broni do rąk. Od tego chce się głośno wyć.

Zamiast tego w milczeniu dolewam sobie wina. Stoimy na balkonie naszego mieszkania w Kijowie, za oknem wesołymi zgrajami latają beztroskie jerzyki, mój mąż zaciąga się papierosem i niespodziewanie mówi: „Musisz być gotowa na moją śmierć. Idąc do wojska, musiałem przyjąć do wiadomości taką możliwość. I ty też musisz być gotowa”. „Bardzo dużo palisz” – odpowiadam nie na temat. Nie, nie chcę myśleć o twojej śmierci, wolę myśleć o życiu i dalekiej perspektywie, trzymając się myśli o niej jak ostatniego promyka nadziei. Rzuć palenie, chroń swoje zdrowie, musimy się jeszcze razem zestarzeć, napisać nowe książki i nakręcić filmy, podróżować przez spokojny wielobarwny świat, wybudować dom, posadzić drzewa i raczej już nie rodzić nowych dzieci… Chociaż by się chciało, ale „zegar tyka”, młodość mija w ciemnych, niepewnych i niebezpiecznych czasach. Ta wojna jest długa, zbyt długa.

A jednak tu i teraz nareszcie jesteśmy obok siebie i świętujemy urodziny mojego męża. Nie widzieliśmy się półtora miesiąca i zjechaliśmy jednocześnie do naszego własnego domu jak do punktu przecięcia się naszych, zupełnie teraz do siebie niepodobnych, osi w układzie współrzędnych. W matematyce ten punkt oznacza się zerem. Punkt zerowy. Taki tytuł ma książka mojego męża o innym „zerze” – o jego pierwszych doświadczeniach pobytu na froncie w latach 2015–2016. Wtedy on, całkiem znany ukraiński pisarz, odsłużył półtora roku w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Myślę, że w środku mimo wszystko nie stał się żołnierzem, chociaż sumiennie wykonywał swoje obowiązki wobec armii i kraju. Jednak kiedy wrócił do domu, zdjął mundur i z ulgą schował go do szafy, na zawsze. Tak myśleliśmy, dopóki pewnego ranka nie obudziliśmy się w nowej nierzeczywistej rzeczywistości wojny Rosji prowadzonej na pełną skalę przeciwko Ukrainie.

I oto mój mąż znów jest żołnierzem. Patrzę na jego opalone już na ciemno dłonie, ogorzałą twarz, lekko nieobecne, opustoszałe, jakby suche spojrzenie i przeszywa mnie ostre poczucie déjà vu. Oprócz najgorszych lęków mam jeszcze inne. Kiedyś, w poprzednim życiu, siedem lat temu, naszą rodzinę poddała wielkiej próbie nie wojna, a wyobcowanie, które przez miesiące rozłąki stopniowo narastało pomiędzy nami jak wysoka ściana. Znajdując się w radykalnie odmiennych wymiarach, ludzie w naturalny sposób oddalają się od siebie. Zburzenie tej ściany to samodzielna i niełatwa praca. Nam się udało, ale do teraz wspominam tamten okres jako jeden z najbardziej bolesnych w moim życiu. Już wiem, że wojna nie tylko zabija ludzi. Wojna zmienia też tych, którzy przeżyli, szczególnie na bardzo subtelnych poziomach.

Winę za to ponosi nieumiejętność głębokiego zrozumienia drugiego człowieka, która wyrasta z nieprzystawalności przeżytych doświadczeń. Dotyczy to nie tylko wojskowych i cywilów. Wariantów jest mnóstwo. Na przykład nie można zrozumieć bólu uchodźcy, jeśli nie przeżyło się doświadczenia tych, którzy porzucili swój dom i wewnętrznie przekroczyli potencjalną granicę, zza której nie ma już powrotu. Nie można wczuć się w emocje cywili znajdujących się w strefie przyfrontowej, jeśli nie przesiedziało się długich dni i nocy w piwnicy swojego domu podczas bombardowań i nie chowało ciał sąsiadów w zamarzniętej ziemi przed domem. Nie można dotknąć dna czarnej zgryzoty matki, która śpiewa ostatnią kołysankę nad trumną swojego syna – żołnierza, który zginął na froncie. Tak jak nie można wczuć się w doświadczenia innej matki, która wywoziła małe dzieci, koty, psy spod ostrzałów za granicę, a teraz wysłuchuje złośliwości, jak to niby „spokojnie popija kawę gdzieś w bogatych Europach”. Przecież nic nie wiemy o tej kawie, jeśli nie przeszliśmy całego tego szlaku w butach tej kobiety. No i tak dalej. Ja też nie mogę w pełni zrozumieć mojego męża, bo nie walczyłam. I znowu – nie wiem, jak opowiadać mu o swoim życiu bez niego.

Co mu opowiem? Moje życie reżyserki filmowej i poetki pozornie jest teraz całkiem świetne i przeważnie składa się z niekończących się występów i spotkań z zagraniczną publicznością, chociaż tak naprawdę czuję się zupełnie niema i niepotrzebna w tym świecie, gdzie kino i literatura nikogo nie bronią przed rosyjskimi kulami, rakietami i średniowiecznymi torturami. Bezustannie biorę na siebie więcej i więcej zobowiązań i pracy, żeby w efekcie mieć możliwość więcej i więcej pieniędzy przekazywać na armię ukraińską, tyle że goni mnie wypalenie i lekarze już stawiają mi niepocieszające diagnozy.

Nie radzę sobie z naszym synem: jako nastolatek we wrażliwym wieku broni się przed otaczającym światem, chowając się za agresją i cynizmem, a mi nie wystarcza mądrości i cierpliwości na rozplątywanie jego nerwów, bo sama jestem istnym ich kłębkiem. Źle śpię, dużo płaczę, cały czas czuję się zmęczona i nawet na myśl o tym, że trzeba włożyć naczynia do zmywarki, mi się odechciewa. Tak, przez długi czas byłam na delegacji w centrum Europy i oprócz pracy byli tam w moim życiu ciekawi ludzie, smaczne jedzenie i nawet spotkania z pięknem. Ale wiesz, mój kochany, patrząc na antyczne rzeźby bez rąk i nóg w Luwrze i w d’Orsay, z jakiegoś powodu myślałam o kalectwie i protezach, a kąpiąc się w turkusowym morzu nieopodal Lazurowego Wybrzeża, znowu gorzko płakałam, bo w swojej emocjonalnej otchłani niczego nie czułam, nic więcej nie czuję, oprócz strasznej czarnej wściekłości na wojnę, która kradnie nasz spokój, młodość, bliskość, czas i życie w ogóle.

No i jak ja mu to opowiem? Ça va? Ça va… „Sto lat” – mówię zamiast tego. Mój mąż nie lubi swoich urodzin, ale mimo to mam dla niego prezenty. W tym roku są dość nieoczekiwane – termowizor i nowa obrączka. Co do punktu pierwszego, wszystko jest jasne: uchronić, obronić, podarować dodatkową supermoc – to powody zrozumiałe dla każdego, kogo bliscy walczą na froncie. Jednak obrączka po szesnastu latach małżeństwa, i to jako podarunek dla osoby, która nie nosi żadnych ozdób – to nieco dziwny gest. A jednak i ten gest ma chronić. I jeśli mam być zupełnie szczera – przed moimi dawnymi strachami.

Mam sen, który od wielu lat śni mi się w różnych wariacjach. Idzie dwoje ludzi – mężczyzna i kobieta – po białym, bezkresnym, zaśnieżonym polu. Na ramionach plecaki (walizki na wypadek ucieczki…) – wszystko, co pozostało z poprzedniego pokojowego życia. Ona kroczy, a on nakrywa jej ślady swoimi śladami – większymi, tak żeby zdawało się, że szedł tylko jeden człowiek. Albo odwrotnie: on idzie pierwszy i toruje jej drogę w wysokim śniegu, a ona stąpa dokładnie po jego śladach. Czasem w momencie kulminacyjnym budzę się z lepkim i niemym przerażeniem. Patrząc pod nogi, mrużąc oczy i chowając twarz od kłującej zamieci, kobieta z mojego snu nie zdaje sobie od razu sprawy, że ślady przed nią nagle się urywają. Podnosi głowę, a jej towarzysza nie ma ani z przodu, ani z tyłu – tylko białe nic…

Kiedyś napisałam kilka wierszy, a potem jeszcze nakręciłam film o tych dwojgu z moich koszmarów sennych. Podróżni, wygnańcy, bezdomni, ludzie bez przeszłości i przyszłości, którzy trzymają się siebie i noszą w sobie wspomnienia o swoim normalnym, dawnym życiu, którego już nigdy nie będzie. Kim są ci dwoje? Czemu mi się śnią? Znalazłam przynajmniej jedną możliwą odpowiedź. W 1930 roku moi pradziadkowie zostali rozkułaczeni i zesłani na Sołowki. Historia nie przechowała szczegółów, ale w jakiś sposób mojej prababci udało się uciec z etapu i wrócić do domu. Dzięki temu pozbierała pozostawione u sąsiadów córki, została w Kijowie, a potem podczas II wojny światowej była medykiem i przeżyła jeszcze długie życie; dali jej w końcu spokój. Ale nigdy już nie zobaczyła swojego męża, który zginął na Wyspach Sołowieckich. Nie mam żadnych informacji o jego tam pobycie.

Podłamani i poznaczeni bliznami krańcowych doświadczeń, nasi dziadkowie i babcie cicho patrzą w ślad za nami. Myślę o milionach tych, których z tak zimną krwią przemieliła i na zawsze okaleczyła maszynka do mięsa, jaką był XX wiek, o zbiorowym uczuciu braku bezpieczeństwa i bezdomności, o traumach i lękach, które przekazywano w spadku następnym pokoleniom. Zdawało się, że my, ludzie XXI wieku, już dawno powinniśmy porzucić to zamknięte koło. Ale skąd, proces trwa i właśnie teraz za taką straszną cenę, rozłożystym stylem pisma, pisze się nasza nowa historia. Drzewa rąbią i drzazgi lecą, a ja – nie jestem już taką silną kobietą – stoję pośród białego pola i krzyczę ze strachu, właściwie z różnych strachów, bo nie chcę przygotowywać się do myśli o możliwej utracie tych, których kocham.

„Roma zginął” – tymczasem Facebook przynosi mi kolejną nowinę, niemożliwą, nieznośną, jak nagłe uderzenie w splot słoneczny. Syn znajomej poetyki, intelektualista, szlachetny żołnierz, aktywista, czarujący młodzieniec z twarzą antycznego boga, teraz na zawsze pozostanie dwudziestoczteroletni. Ta nowina po prostu nas z mężem poraża, siedzimy obok siebie, czytamy wiadomości i ja zanoszę się łzami. Nie tak miało być. Nie, tylko nie ten. I nie ten, i nie inny… Wczorajsze dzieci wyrosły i jeszcze nie zdążyły narodzić nowych dzieci, a już giną, giną prawie codziennie za Ukrainę. Jasne umysły, nieulękli kozacy, z których każdy musiał pewnego dnia powiedzieć sobie i komuś ze swoich bliskich – musisz być gotowy na moją śmierć.

Ale musimy być też gotowi na życie. „Najbardziej boję się, że przeżyję całą tę apokalipsę” – śmiejąc się, powiedziała mi parę dni temu moja przyjaciółka, która niestrudzenie walczy na różnych frontach tej wojny już od ośmiu lat, między innymi z bronią w ręku. To też jest szczególna próba. W końcu przyjdzie nam się na nowo uczyć żyć po wszystkich tych stratach, przekroczonych rubikonach, tępym bólu i utracie wiary, oniemieniu i bezsilności, wyobcowaniu od najbliższych, przekreślonych na zawsze planach na przyszłość, nieurodzonych na czas dzieciach, nieposadzonych drzewach, niewypowiedzialnych istotnych słowach. I nawet więcej – przyjdzie nam się nie tylko nauczyć żyć, ale i cieszyć z tego życia. Bo jeśli nie, to po co to wszystko?

Dlatego, mój kochany, będę szła za tobą, stąpając po twoich śladach i nadal mamrotać: „Rzuć palenie”. Będę szła tyle, ile każdemu z nas sądzono przejść, jakby to patetycznie nie brzmiało. Najważniejsze, żebyśmy zawsze mieli punkt przecięcia się naszych osi na układzie współrzędnych. Nasz punkt zerowy, okrągły, jak nowiutka obrączka z wygrawerowanym wewnątrz cytatem z mojego wiersza: „Jestem twoim domem”.

Przełożyła Joanna Majewska-Grabowska

Tekst opublikowany dzięki wsparciu KBF – instytucji kultury Miasta Krakowa i operatora programu Kraków Miasto Literatury UNESCO – w ramach solidarności z twórcami i twórczyniami ukraińskimi.
logo