Rozwiązła [fragment]

Jarosław Kamiński

Robi się ciemno, Plac Trzech Krzyży i odchodzące od niego uliczki wypełniają się ludźmi, właściwie ich cieniami, zdeformowanymi kształtami, pozbawionymi tożsamości, pojawiają się na moment, robią szybki obchód, coś szepczą innemu cieniowi, znikają za rogiem pobliskiej kamienicy, już nie same, zdwojone.

Jeszcze 2 minuty czytania

Niekiedy podjeżdżają samochody, nie zatrzymują się, zwalniają, opuszczają szyby, ktoś coś syczy, gwiżdże, rzuca kilka zwięzłych zdań, uchylają się drzwi, ktoś inny, dotąd niewidoczny, wyskakuje z krzaków, niemal w biegu pakuje się do samochodu. Ciemno, Zofia dopiero teraz zaczyna się bać tego, co ma nastąpić, drży z zimna, chociaż jest środek gorącego lata, chyba jedynie dzięki obecności Huberta, starego wyjadacza Huberta, uspokaja się i coraz bardziej górę w niej bierze ciekawość, gdzie to się odbędzie, z kim, jaki będzie ten zamożny klient, przecież mnie nie zabiją, przekonuje się, dłubiąc butem w szparze między rozpadającymi się płytami chodnikowymi. Z napięciem obserwuje teren placu, obawiając się nalotu tajniaków albo mundurowych z Milicji Obywatelskiej, co może się stać, najwyżej nie zapłacą, pobiją, wyrzucą, normalka, nie takie rzeczy przeszłam, dodaje sobie odwagi. Hubert znika na obchód, wraca po dziesięciu minutach, siada na murku, zdaje relację, same leszcze, obszczymury, nic dla nas, żadnego poważnego klienta. Chłopak odpoczywa i znów przepada w ciemnościach, wraca, odpoczywa, opowiada o sobie, o samotnej matce wychowującej trójkę dzieci, ojczymie alkoholiku i poczuciu winy, że zostawia młodsze rodzeństwo bez opieki, znów znika, wraca, tak w koło.

Dobiegająca czterdziestki Zofia Rogala, pracująca w filmie i reklamie wizażystka, atrakcyjna kobieta „po przejściach", nawiązuje romans z młodszym o osiemnaście lat Adamem Zarembą, studentem warszawskiej ASP. Decydują się zamieszkać razem, jednak Adam ukrywa swój związek przed rodziną. Zofia nie musi niczego ukrywać - wychowała się w domu dziecka, nigdy też nie zgłębiała tajemnicy własnej tożsamości. Nadchodzi jednak moment ujawnienia się –Adam jedzie z Zofią do mazurskiej wsi, by tam, na rodzinnej daczy, przedstawić narzeczoną rodzicom i dziadkowi, Edwardowi Czerskiemu, niegdyś wpływowemu intelektualiście. Przy obiedzie dochodzi do awantury. Widać, że rodzina Czerskich pulsuje od tajemnic i skrywanych krzywd, których źródło tkwi w głębokim PRL-u. Zofia nie podejrzewa jednak, że to ona stanie się centralną postacią tych prywatnych wojen. „Rozwiązła”, debiut powieściowy Jarosława Kamińskiego, ukaże się w styczniu w wydawnictwie W.A.B. (Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012, wydanie I).

Za którymś powrotem Hubert bierze Zofię za rękę i w milczeniu prowadzi do samochodu, wsiada pierwszy, kierowca natychmiast rusza, nie chce zabrać dziewczyny, miał być twój kolega, krzyczy zdenerwowany, bez niej nie jadę, to moja siostra, spokojnie wyjaśnia Hubert. Coś musi się dziać niepokojącego, kierowca odjeżdża, bez słowa, Zofia, bez zastanowienia wskakuje do środka, zdzierając sobie naskórek na kolanie i udzie, nie widziałaś milicji, idiotko, wścieka się mężczyzna za kierownicą, wjeżdża w Mokotowską, skręca w Wilczą, zatrzymuje się przy Marszałkowskiej, wypierdalaj, panienka, wrzeszczy, Hubert krzyczy, że jeśli ona wysiada, to i on, obejmuje Zofię i ruszają z powrotem w stronę placu Trzech Krzyży. Kierowca jedzie dalej, Hubert krzyczy w jego kierunku, tchórzliwy kutas, samochód cofa się, Hubert chce się bić, Hubert, to chuchro Hubert, ustawia się w pozycji do walki, Zofia ciągnie go za sobą, uciekają. Nim zdążą ukryć się w bramie, auto ich wyprzedza i blokuje drogę, jesteście moimi kuzynami z Ziem Odzyskanych, rzuca nieco spokojniej kierowca. Jadą rozświetloną Marszałkowską, Rotunda, Domy Centrum z neonami Mody Polskiej i kawiarni Pod Samowarem, mijają plac Dzierżyńskiego, wjeżdżają w Mickiewicza, przecinają plac Komuny Paryskiej i w końcu chyba wyjeżdżają z miasta, droga staje się wyboista, stare audi kiwa się jak kołyska, zbliża się koniec, myśli Zofia, wertepy, noc, nieznana okolica, już nie chce wolności, pieniędzy, niczego, chce, żeby ją wypuścić, spogląda na Huberta, czy ma świadomość, że wkrótce zostaną zaszlachtowani kuchennym nożem albo gazrurką, albo uduszeni i poćwiartowani, ciała rozpuszczone w beczce z kwasem solnym, jej przyjaciel siedzi spokojnie, przymyka oczy i drzemie, Zofia chwyta go za dłoń, jest uspokajająco ciepła i sucha.

Samochód zatrzymuje się przy nowej willi, domy wzdłuż ulicy mają pogaszone światła, działa jedna przekrzywiona lampa, ciemno, dookoła rośnie gęsty las, serce Zofii znów wali oszalałe, chce jej się wymiotować i zrobić w majtki, naraz. Na moment traci czucie w nogach, na szczęście Hubert wyciąga ją z samochodu, inaczej nie dałaby rady ruszyć się z miejsca. Wtedy po raz pierwszy widzi twarz kierowcy, mordercy bywają przystojni, stwierdza; mężczyzna ma na imię. Tego jest pewna nawet po latach. Bohdan, tak, Bohdan, a nie Edward. Dalej pamięć sprawia trochę więcej kłopotu, nazwisko pojawia się w dwóch wariantach: Liwski albo Lisowski, Zofia nie pamięta na sto procent, pamięta jednak, że nie Czerski. Raczej Liwski, orzeka po chwili zastanowienia, mieszka sam w domu w nowej części Bielan, warszawskiej dzielnicy, wtedy na skraju Lasku Bielańskiego i miasta. Willa jeszcze nieukończona, gotowe są zaledwie kuchnia, łazienka, salon i dwa pokoje, mordercy dążą do stabilizacji, lecz nigdy jej nie osiągają, myśli Zofia.

Jarosław Kamiński

Ur. 1968, dramaturg, pisarz, scenarzysta, publicysta. Autor wystawianych i nagradzanych sztuk teatralnych, m.in. „Wyrzeczenie” (2007), „Szczęśliwego Nowego Roku '68” (2008), „Lustra” (2009). Jako Wielebny Kamiński opublikował zbiór radykalnych esejów-kazań w stylu L. Kołakowskiego pt. „Jak nie dać się ogłupić” (2000) oraz dwa tomiki poezji, „Pod murami” (1998) i „Czarna ikona” (2002). Współpracował z wieloma pismami literackimi i publicystycznymi, m.in. „Dużym Formatem", „Polityką" i „Studium". W styczniu 2011 odbyła się premiera niemieckiego filmu „Nachmieter”, którego był współscenarzystą (reż. Marc Metzger). Współpracuje ze studiem filmowym Federico Film.

Na podłodze leżą porozkładane książki, płyty, pod ścianami stoją nierozwieszone obrazy, mordercy bywają ludźmi kulturalnymi, odnotowuje w pamięci kolejną obserwację. Robią kolację, Bohdan przyrządza ją sam, sałata, talerz z wędlinami, ogórki i grzybki, mordercy mają talent kulinarny, zauważa Zofia, nie potrafi jednak przełknąć kęsa. Po jedzeniu gospodarz nalewa do pięknych kryształowych kieliszków francuskie brandy, napoleona, Zofia pije na pusty żołądek, jednym haustem, jak wódkę, którą już wcześniej próbuje w domu dziecka, żołądek reaguje skurczem, Zofia cudem nie wymiotuje na stół, przy którym siedzą we trójkę. Bohdan cały czas przygląda się jej z rozbawieniem, w końcu poważnie pyta, czy na pewno ma osiemnaście lat, ona gorąco zapewnia, że tak, wtedy prowadzi ją na niewykończone jeszcze piętro, do pokoju, w którym mieszkają robotnicy, górale z Nowego Targu, gdy przyjeżdżają do pracy. Materac, rozpadający się stół, jedno krzesło i sklecony z trzech listew wieszak, nabity gwoździami służącymi za haczyki do wieszania ubrań. Tu mamy się kochać, pyta otwarcie Zofia, Bohdan nic nie odpowiada, tylko się uśmiecha i zostawia ją samą, ona nie rozbiera się, kładzie się na materacu w ubraniu, zwija w kłębek, wciąż przerażona, chociaż coraz bardziej po prostu zmęczona przeżyciami całego dnia, zasypia natychmiast. Tej nocy nikt jej nie usiłuje zamordować, nikt się do niej nie dobiera, nikt nie żąda w żadnej innej formie zapłaty za mieszkanie. Nad ranem zjawia się Hubert, ubrany w chiński szlafrok z wydzierganym na plecach smokiem, chłopak jest wykąpany, pachnie szamponem i wodą kolońską, wskakuje na materac, tarmosi Zofię jak kociaka, łaskocze, na koniec tuli mocno, prawie do zgniecenia kości, Boże, ale on silny, stwierdza zaskoczona jego muskulaturą, nie widać tego po nim. Leżą objęci, w bezruchu, aby nic nie zniszczyło chwili, która ma w sobie coś z pierwszego, ciepłego dnia wiosny po długiej, ciężkiej zimie. Zasypiają spleceni ze sobą, prawdziwi brat i siostra. Pierwszy budzi się Hubert, natychmiast zabiera się do higieny, ale mamy metę, co, cieszy się, szlifując pilniczkiem paznokcie na palcach stóp, Bohdan pracuje w radiu, ma hajs i nudzi się, w willi możemy się dekować, dopóki i my się mu nie znudzimy, Hubi potrafi sprawić, żeby jeszcze długo nie stracił zainteresowania nami. Niski, donośny głos Bohdana dochodzący z dołu zaprasza na późne śniadanie.



Dziękujemy wydawnictwu W.A.B. za zgodę na publikację fragmentu.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.