Stopa w drzwi kościoła
Józef Życiński na Forum Młodych, 2009 / wduchuiprawdzie.pl

Stopa w drzwi kościoła

Jarosław Kamiński

Czytając książki Aleksandry Klich i Jarosława Makowskiego odnoszę wrażenie, że „kościół otwarty” to bardziej projekt niedokończony, niż przegrany albo niepotrzebny

Jeszcze 4 minuty czytania

Nie lubię rankingów literackich, chyba że sam je wymyślam. Dla zabawy. Mój ulubiony dotyczył najważniejszych książek polskiej kultury, które w niej nie zaistniały. Na pierwszym miejscu znalazł się „Traktat o władzy papieża i cesarza w stosunku do niewiernych” z 1416 roku Pawła Włodkowica. Napisany po łacinie, stanowił wspaniały owoc namysłu krakowskiej szkoły prawniczej nad potrzebą tolerancji dla, jak byśmy dziś powiedzieli, Innego. Dwa cytaty mówią same za siebie: „Nie należy niepokoić ani osób, ani majątków niewiernych, którzy chcą spokojnie żyć między chrześcijanami” i „Największa zaś tolerancja należy się Żydom, gdyż przy pomocy ich ksiąg udowadniamy słuszność naszych prawd i naszej wiary...”. Warto przypomnieć, że te awangardowe jak na czasy powstania „Traktatu” słowa pisał ksiądz kanonik. Okazuje się więc, że ludzi związanych z polskim kościołem stać na radykalne myślenie i można się tylko zastanawiać jak wyglądałaby nasza kultura i życie społeczne, gdyby dzieło stało się żywą tradycją kolejnych pokoleń, a nie, koniec końców, antykwaryczną ciekawostką.

Niestety, nie tylko takie wnioski da się wysnuć z historii dzieła Włodkowica. Wiadomo, że autor pisał je na jedną z sesji Soboru w Konstancji, przygotowując stanowisko Polski i Litwy w sporze z Zakonem Krzyżackim. Niepokojąca, choć może karkołomna, hipoteza, która pojawia się w związku z tymi okolicznościami brzmi: czy przypadkiem kościół polski stać na radykalne stanowisko, otwartość i zrozumienie dla Innego wyłącznie w sytuacji, gdy zagrożone jest jego istnienie lub interesy? Dużo rzadziej stać go na tolerancję, gdy triumfuje. Czy historia „kościoła otwartego” (niekiedy zwanego „liberalnym”), którego prekursorem był Paweł Włodkowic, nie potwierdza tej hipotezy?

„Kościół otwarty” – przypominam upraszczając kwestię – grupował  intelektualistów katolickich, świeckich i duchownych, którzy próbowali w komunistycznej Polsce realizować idee Soboru Watykańskiego II. Głosili kościół służebny, ubogi i właśnie otwarty na dialog z innymi religiami, z niewierzącymi, z nauką, krótko mówiąc ze światem współczesnym. W tamtych czasach prace ks. Tischnera czy ks. Życińskiego miały status książek kultowych. Były czytane, były użyteczne, tworzyły przestrzeń wolności w ramach upadającej, ale wciąż groźnej dyktatury. „Kościół zamknięty” (albo „tradycjonalistyczny”), który po 1989 roku zdominował życie polityczne w Polsce, nie potrzebował dłużej obrońców tolerancji. Byłaby to tolerancja dla jego przeciwników, co niekoniecznie współgrało z jego żywotnymi interesami.  

„Świat musi mieć sens. Przerwana rozmowa
arcybiskupa Józefa Życińskiego i Aleksandry Klich”
.
Agora, Warszawa, 150 stron, w księgarniach od lutego 2012
„Kościół otwarty” atakowali i biskupi, i katolicy świeccy (choćby z pisma „Fronda”) za sprowadzanie wiary do „wrażliwości etycznej” i zgodę na relatywizm moralny panujący we współczesnym świecie. A jednak kościół ten wciąż istnieje, o czym świadczą nowe książki o jego dwóch najważniejszych przedstawicielach: „Świat musi mieć sens. Przerwana rozmowa arcybiskupa Józefa Życińskiego i Aleksandry Klich”  i „Wariacje Tischnerowskie” Jarosława Makowskiego. Pytanie tylko, jaka jest kondycja „kościoła otwartego”. Z tych książek można się o niej sporo dowiedzieć.

Aleksandra Klich, publicystka „Gazety Wyborczej”, rozpoczęła rozmowy z bohaterem swojej książki trzy lata temu. Śmierć księdza Życińskiego przerwała dialog. Część tematów zostało ledwie muśniętych, wiele pytań, co wyznaje sama autorka, nawet nie zadanych. W krótkich rozdziałach ks. Życiński wypowiada się o wielu sprawach: o seksie, pieniądzach, feminizmie, wolności, samotności, lustracji, oskarżeniach o współpracę z SB, tolerancji. Pojawiają się oczywiście klasyczne kwestie kaznodziejskie: czy istnieje Bóg, skąd cierpienie na świecie, czy wątpienie wyklucza z kościoła? A wszystko podane lekko, z dowcipem, z licznymi anegdotami i wspominkami z bogatego życia bohatera książki. Takie „materii pomieszanie” idealnie wpisuje się w konwencję wywiadu-rzeki, ale myślę, że tkwi w tym również głębszy zamiar.

Ks. Życiński wraz z autorką próbują stworzyć siatkę pojęciową, poprzez którą da się odnowić – choćby w wersji uproszczonej, gawędziarskiej – ideę „kościoła otwartego”. Pokazują w ten sposób jego odrębność: zarówno wobec ludzi, którzy żyją w świecie „po Bogu”, jak i tych, którzy uznają tradycjonalizm religijny za jedyną odpowiedź na sekularyzm współczesnego świata.

Życiński rysuje wizję „kościoła otwartego”, która wypływa z humanizmu chrześcijańskiego. Ten kościół raczej towarzyszy człowiekowi w jego zmaganiach życiowych, niż go nawraca, stoi na straży godności jednostki w oparciu o akceptację takich wartości uniwersalnych, jak solidarność, prawda, sprawiedliwość, nie narzuca jednak nikomu niczego w sposób łamiący ludzką wolność. Kościół w wizji Życińskiego akceptuje również feminizm, co prawda w wersji „soft”, w której liczy się wrażliwość na dyskryminację i przemoc wobec kobiet, jednak nie „w kontekście walki płci, ale partnerstwa. To nie chodzi o płeć, ale o relacje personalne, o to, byśmy traktowali się wzajemnie z szacunkiem”. I co może najważniejsze, „kościół otwarty” przeciwstawia się „modzie na sukces”, odrzuca ideologię wyścigu szczurów i dowartościowuje życie pozornie przegrane, naznaczone cierpieniem i ubóstwem. Można powiedzieć, że w tej wersji humanizmu chrześcijańskiego „człowiek cierpiący miarą wszechrzeczy”.

Jarosław Makowski, „Wariacje
Tischnerowskie”
. Świat Książki, Warszawa,
256 stron, w księgarniach od marca 2012
Problemy zaczynają się, gdy przechodzimy do konkretnych rozwiązań, których domagają się przecież również niektórzy cierpiący. Dotyczą one głównie bioetyki. Ks. Życiński uważa (moim zdaniem niezupełnie słusznie), że „bardziej zmienia świat i jego kulturę stosunek do seksu i etyki seksualnej niż do Chrystusa”. Aborcja po gwałcie? Nie, ponieważ „takie wybory są możliwe tylko w pragmatycznej wizji świata, w której ułatwiamy sobie życie. Skrzywdzono mnie, ja mam prawo skrzywdzić dziecko”. Zgoda na używanie prezerwatyw? „Tu nie ma dobrego rozwiązania”. In vitro? Na razie nie, ale naukowcy pracują nad rozwiązaniem, które umożliwi kościołowi zaakceptowanie procedury sztucznego zapłodnienia bez eliminowania zarodków. Eutanazja – nie – ponieważ jej wybór charakteryzuje „ludzi szybkiego działania […]. Jak cierpię, to jeden zastrzyk więcej i po problemie. Ale to nie jest żadne rozwiązanie”. Być może trudno oczekiwać innych odpowiedzi po biskupie katolickim. Tyle że w takim razie również trudno powiedzieć, czym różni się tak naprawdę stanowisko „kościoła otwartego” od fundamentalistów, poza empatycznym „Rozumiem, że ktoś może tak myśleć, ale...”.

Oczywiście ks. Życiński stawia sprawę jasno: państwo teokratyczne jest nieszczęściem,  nacjonalistyczną prawicę, którą tak chętnie wspiera „kościół zamknięty”, uznaje za  antychrześcijańską. Nienawiść do ludzi o innych poglądach, innej narodowości lub rasy stoi w sprzeczności z poglądami Chrystusa. Dlatego też piekło będzie świecić pustkami i więcej osób ma szansę na niebo. A jednak i tak odnosi się wrażenie, że w wielu sprawach różnica między „kościołem zamkniętym” a „otwartym” w wersji lubelskiego arcybiskupa leży bardziej w metodach osiągania celów niż w samych celach. „Mamy prawo lobbować w sprawie katolickich zasad. Co do piętnowania, to wolę inne metody, w innym stylu. Raczej przypominanie o nauce Kościoła niż agresywne szukanie grzeszników i wskazywanie ich z ambon”. Czy kościół tylko na tyle otwarty, rzeczywiście ma szansę stać się kierunkowskazem dla współczesnego świata? Trochę wątpię.

Jarosław Makowski, filozof, teolog i dyrektor Instytutu Obywatelskiego, „think tanku” związanego z PO, idzie krok dalej w stosunku do stanowiska Życińskiego. „Wariacje Tischnerowskie” to zbiór erudycyjnych, napisanych z pasją esejów i tekstów publicystycznych, krążących po części wokół myśli Tischnera (choćby świetne „Doświadczenie i twarz” oraz „Dyskretny urok teologii”). Makowski chce pokazać jej aktualność, a w tle powstaje nowa wizja „kościoła otwartego”. Ta część interesuje mnie tu najbardziej.

Makowski odczytuje przesłanie Tischnera jako zachętę do myślenia. Nie chodzi o banalną połajankę społeczeństwa ogłupiałego konsumpcją i tabloidami. Jak stwierdza Makowski, „działania zarówno naszych rządów, jak i instytucji międzynarodowych, mają charakter czysto pozorny i pokazowy”. Nic dziwnego, że zaleca  namysł. „Myślenie jest zawsze «myśleniem z kimś» – jest myśleniem w dialogu”, konstatuje za Tischnerem. Kim jest ten Inny, z którym dialogują i Tischner, i Makowski? W dużej mierze są to ludzie wykluczeni poprzez cierpienie, poprzez skazanie na Zagładę (teksty o teologii „po Auschwitz”), a przede wszystkim ofiary globalnego kapitalizmu i złej polityki.

„Kościół otwarty”, zdaje się sądzić Makowski, powinien dać odpowiedź na wyzwania naszych czasów. Określa je z jednej strony kryzys gospodarczy, wynikający z nieodpowiedzialności rynków finansowych, z drugiej zaś – bunt społeczny, który powstał w jego wyniku. „Oburzeni”, „Occupy Wall Street” mają w Makowskim swojego zwolennika.

Nic dziwnego, bo Makowski nie boi się łączyć kościoła i rewolucji, a precyzyjniej mówiąc: „rewolucji”. „Chrześcijańska «rewolucja» – pisze używając cudzysłowu – jest łaską Boga. Jednak łaska nie tyle pozwala przekraczać granice i znosić różnice, co przezwyciężać zło. Zło dobrem zwycięża”. Ostatecznym źródłem tego myślenia „rewolucyjnego” jest dobra nowina Jezusa Chrystusa. To ona pozwala nazwać wolny rynek – antychrystem. „Dlaczego? Ano dlatego, że w optyce społecznej Ewangelii Jezusa Chrystusa to człowiek jest zawsze celem, a nigdy środkiem działania. Żywiołem Ewangelii Mistrza z Nazaretu jest miłość. A przejawia się ona w tym, że «jeden drugiemu brzemiona nosi», a nie jeden przeciw drugiemu występuje”. Na marginesie przypominam, że ks. Tischner, definiując istotę etyki Solidarności, posiłkował się zwrotem św. Pawła „jeden drugiego brzemiona noście”. I tak oto kluczowy tekst filozoficzny lat 80., „Etyka Solidarności”, wraca jako inspiracja dla myślenia w nowych warunkach społeczno-politycznych.

Makowski proponuje nie tylko noszenie sobie nawzajem ciężarów, ale ich radykalne pozbycie się. W programowym tekście „Polityka kenozy” pisze: „Czy dziś wolni tak naprawdę nie są ci, którzy zamiast mówić «więcej, więcej, więcej» – «więcej zakupów, więcej życia na kredyt, więcej dewastacji Matki Ziemi» – mają w sobie tyle siły i wiary, by powiedzieć «dość, dość, dość» – «dość kupowania», «dość życia na kredyt”, «dość niszczenia Matki Ziemi»?”. Dlatego sugeruje politykę „dobrowolnego samoograniczenia”, „skromności” i „pokory”. Co ważne, nie sugeruje, jak to bywa na kazaniach, ubóstwa i tak biednym już parafialnym owieczkom, ale stwierdza, że „polityka kenozy” powinna stać się fundamentem nauczania Kościołów chrześcijańskich. No i oczywiście państw.

Zgadzam się, że przesłanie Jezusa ma potencjał rewolucyjny. Kto wie, czy głównej motywacji działalności Jezusa nie stanowił opór wobec Pax Romana, wobec władzy politycznej i ekonomicznej Imperium Rzymskiego. Obawiam się jednak, że to nie myśl Chrystusa stała się natchnieniem dla przeciwników Pax Americana, dla ruchów „Occupy Wall Street” czy „Oburzonych”. Warto też zastanowić się, dlaczego w Polsce katolicy, którzy kontestują neoliberalizm, globalny kapitalizm i prywatyzację majątku narodowego, na ogół szukają wsparcia nie w „kościele otwartym”, ale „zamkniętym”, w ruchu Radia Maryja i ks. Rydzyka.

Czytając książki Aleksandry Klich i Jarosława Makowskiego odnoszę wrażenie, że „kościół otwarty” to bardziej projekt niedokończony, niż przegrany albo niepotrzebny. Tyle że wciąż brak mu odwagi na prawdziwie nowatorskie rozwiązania, na które stać było choćby Pawła Włodkowica. Jedynie wyprzedzając w myśleniu swój czas „kościół otwarty” może stać się natchnieniem dla świata. Jestem jednak dobrej myśli. Nie tylko dlatego, że obie książki napisali przedstawiciele młodego pokolenia ludzi „kościoła otwartego”. Ks. Życiński mówił w rozmowie z Klich: „Dla mnie wartością przyjaźni jest to, że nie jest egoistyczna, nie zamyka się w relacji dwóch osób, otwiera się na szerokie grono”. Czy to nie metafora „kościoła otwartego” i „zamkniętego”? Ten pierwszy byłby „kościołem przyjaźni”, zapraszał do dyskusji, szukał porozumienia poprzez odnajdywanie tego co łączy, a nie dzieli. Ten drugi – „kościołem miłości”. Miłość bowiem, wbrew przesłaniu hymnu z Listu św. Pawła do Koryntian, bywa wykluczająca, zazdrosna i unosi się pychą.

Ktoś powie, „otwarty” czy „zamknięty”, kościół to zawsze kościół. Niezupełnie. W ostatniej scenie „Pulp Fiction” Jules, świeżo nawrócony płatny morderca, trzyma na muszce psychopatycznego złodziejaszka Ringo i odczytuje mu fragment z Księgi Ezechiela o pasterzu, który prowadzi owieczki w świecie rządzonym przez nieprawych ludzi. Zwykle zabijał po rutynowej deklamacji cytatu. Tym razem Jules wdaje się w teologiczne spekulacje. Przedstawia nawet kilka wykładni fragmentu: „myślę, że może to znaczy, że ty jesteś zły, a ja sprawiedliwy... A pan dziewięć milimetrów jest pasterzem chroniącym moją sprawiedliwą dupę w dolinie ciemności. A może być tak, że ty jesteś sprawiedliwy, ja – pasterzem, a świat jest zły i samolubny. To by mi się podobało. Ale to gówno prawda. Prawda jest taka, że ty jesteś słaby, a ja jestem tyranią złych ludzi. Ale staram się, Ringo, naprawdę bardzo się staram być pasterzem”.

Może jednak ma znaczenie, czy ten, kto trzyma nas na muszce, choć trochę stara się być lepszy.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.