RZEMIEŚLNICY KULTURY:  Aport z planu
fot. Celine Nadeau / Flickr CC

RZEMIEŚLNICY KULTURY:
Aport z planu

Joanna Pawluśkiewicz

„Siedzimy oboje, na kompletnym pustkowiu, brudni, spoceni i z resztkami mięsa, i co jakiś czas drzemy się bez sensu: «Orkan! Orkan!». I to jest produkcja filmowa? To jest ten blichtr i szyk?” – fragment książki „Telenowela”

Jeszcze 2 minuty czytania

Robiliśmy zdjęcia w górach do jakiegoś serialu.

I była taka scena, którą mieliśmy robić jakieś czterdzieści kilometrów od Poronina, że pan idzie łąką z psem. A wszyscy wiedzą, że najgorsze na planie są psy i dzieci. No i trzeba było tego psa skądś wypożyczyć, ponieważ serial był ambitny, nie było pieniędzy na normalnego tresera z psem, tylko kierownik produkcji wymyślił, że wezmą psa z hodowli, bo to miał być taki prawdziwy góralski owczarek. No i znaleźli jakiegoś psa w Zakopanem, z hodowli, ja byłam asystentem produkcji, pojechałam tam po tego psa z kierownikiem produkcji, psów pełno, wybraliśmy jakiegoś białego ładnego, na imię mu było Orkan. Pies miły, tuli się do mnie, śmierdzi potwornie. Właściciel mówi, że taki pies wart pięć tysięcy złotych. Pięć tysięcy złotych to była dla tej produkcji suma abstrakcyjna. Wpakowaliśmy tego psa do auta, jedziemy z nim na plan. Jedziemy i jedziemy, pies śmierdzi, kilometry mijają, pies we mnie wtulony, białe włosy przeszły na moją zalergizowaną skórę całkowicie. Godzinę jechaliśmy na plan, bo wybrali miejsce gdzieś w okolicach Czorsztyna.

I wygląda ta scena tak, że idzie sobie słynny krakowski aktor, pies wok&´ł niego wesoło sobie biega, a aktor ma przemowę o wolności. No i jest wielka łąka, jest słynny krakowski aktor, jest pies, jest piękna pogoda. I jest pies na sznurku, bo ewidentnie go wyrywa z powrotem do Zakopanego. Wygląda to dziwacznie, góral z psem na sznurku idzie po łące i gada. Absurd. Ale wszyscy wiemy, że pies nietresowany, więc nie możemy go spuścić z tego sznurka, bo ucieknie. A wtedy kto zapłaci pięć tysięcy? Wszyscy kombinują – przedłużyć sznurek, zamienić sznurek na żyłkę, to wtedy w słońcu nie będzie jej widać, wywalić psa z kadru, niech siedzą, a nie idą, wtedy nie będzie widać sznurka, ale muszą iść, bo coś tam, jest straszna kłótnia, żyłki nie ma, wszyscy wrzeszczą, pies w szoku, podkarmiam go dla uspokojenia mięsem, nie wiadomo dlaczego surowym, które przykleja mi się do rąk, jest strasznie gorąco i nerwowo i wściekły reżyser wrzeszczy: „spuścić tego psa ze sznurka, pierdolę to, on ma biegać!”. Ja wrzeszczę, że nie, że ucieknie, wszyscy wrzeszczą i spuszczają psa ze sznurka, kamera, akcja, poszła, i pies pięknym łukiem biegnie w kierunku Słowacji.

Konsternacja, scena wyszła przepięknie, natomiast pies stał się małą białą plamka gdzieś już przy linii lasu.

Wybucha jeszcze większa kłótnia niż przed chwilą, ale nie ma co się kłócić, tylko trzeba chwycić to mięso, przypomnieć sobie, jak pies ma na imię, i dawaj, pędzimy za nim. Upał. Muchy. Łąka, las się zbliża, pies biegnie, za nim pościg złożony z ekipy, na czele ja i asystent reżysera, drzemy się jak opętani: „Orkan, Orkan!”, a każdy ściska w ręce surowe mięso, producent za nami wrzeszczy, że mamy go złapać, bo on nie ma pięciu tysięcy złotych, żeby płacić za tego psa. A mnie w dodatku żal tego psa potwornie, widzę już, jak rozjeżdżają go auta na drodze albo mordują dzikie psy z okolicznych wiosek. Więc pędzę, przedzieram się przez chaszcze, mięso ściskam w ręce i krzyczę: „Orkan Orkan!!!”.

Co jakiś czas widzimy psa to po lesie, to na łące, nadzieja w nas wstępuje, pot zalewa oczy, ale on zawsze w ostatnim momencie czmycha do lasu i zostaję wśród traw z tym mięsem paskudnym i już mało apetycznym.

Po dwóch godzinach pościgu zadecydowaliśmy, że psa będziemy gonić ja i asystent reżysera, a reszta musi jechać na kolejną lokalizację, bo tam już ludzie czekają.

No i wszyscy odjeżdżają, a my zostajemy we dwójkę. Asystent reżysera to jest aktor, też grający w naszym dziele, a ja jako piętnastolatka śmiertelnie się w nim kochałam i na jego spektakle biegałam jak opętana, bo roiłam sobie o naszej potencjalnej wielkiej miłości. I patrzę teraz na niego, mięso w ręce zaschło już i przykleiło się do skóry, jestem spocona, wściekła i nieszczęśliwa, a to on odwiązał ten sznurek i teraz jestem skazana na niego i szukanie tego psa, i bieganie po łąkach i lasach, i nie mogę uwierzyć, że to był kiedyś przedmiot moich marzeń nastoletnich i że chciałam za niego wyjść za mąż!

Biegnie teraz za mną w stronę jakichś domów, gdzie może złapali tego cholernego psa. Domy okazują się osadą cygańską i wszyscy ci Cyganie wychodzą do nas, i oglądają jak dziwowisko. Cygany grube, ze złotem na rękach, doradzają mi, jak złapać psa, ale do pomocy nikt się kwapi, zresztą sama bym się nie kwapiła. No, sensację zrobiliśmy porządną, czas dalej ścigać Orkana. W trakcie kolejnego biegu pod górę wpadam na pomysł, że może psy myśliwskie znajdą tego psa – znajomy moich rodziców jest myśliwym i na pewno zna tutaj jakichś właścicieli psów tropiących. W tym momencie wpadam już w amok – bez racjonalnego myślenia. Współczucie dla zeschizowanego psa miesza się z paranoją, jestem potwornie zmęczona, spocona i w histerii. Dzwonię do matki i mówię jej, o co chodzi, w tym samym czasie mój aktor biega po łące i drze się: „Orkan Orkan!”. Matka słucha mnie oszołomiona, podaje telefon do znajomego myśliwego, dzwonię do niego i tłumaczę, on słucha mnie i mówi, że przecież te psy tropiące rzucą się na mojego Orkana, bo będą na niego polowały. Co robić? Jest potwornie. Gorąco, nie mamy już siły na bieganie po łąkach i wrzeszczenie „Orkan”, nie przynosi to zresztą żadnych rezultatów. Na dodatek pies jakoś zniknął z pola widzenia, prawdopodobnie pobiegł do Zakopanego i już nie żyje.

Siedzimy obok samochodu, załamani, zaczyna się zachód słońca, nawet nie zauważyłam, kiedy skończył się ten dzień. Siedzimy w okolicach Czorsztyna, za nami najpiękniejszy widok na Tatry, przed nami najpiękniejszy widok na Gorce, dookoła nas lasy, łąki i lipiec, kolory na niebie takie, że nie może być bardziej romantycznie. Patrzę na tego aktora, w którym się tak kochałam, on patrzy na mnie i śmiejemy się histerycznie, chichoczemy jak wariaty, bo to już przechodzi ludzkie pojęcie. Przecież jest tak romantycznie, przecież ja w wieku piętnastu lat marzyłam o takiej sytuacji, a tu siedzimy oboje, na kompletnym pustkowiu, brudni, spoceni i z resztkami mięsa i co jakiś czas drzemy się bez sensu: „Orkan! Orkan!”. I to jest produkcja filmowa? To jest ten blichtr i szyk? To jest ten romans?!

Sytuacja się trochę rozładowuje, słońce zachodzi, płomienie śmigają po niebie, aż tu z nagle z lasku przy drodze wychodzi uchetany pies, patrzy na nas, ja rzucam się w jego stronę: „Orkan, Orkan, rany boskie!”, a on ucieka z powrotem do lasu.

I taka zabawa przez godzinę. Wychyla się z lasu, słucha i daje dyla. Już nie mogę. Wymyślamy, że trzeba jechać po właściciela do Zakopanego – do niego przyjedzie, nas się pewnie boi. Były obiekt moich uczuć wsiada do samochodu i pędzi do Zakopanego, mam co najmniej półtorej godziny na siedzenie w samotności wśród gór i lasów, z wychylającym się co jakiś czas zza drzewa Orkanem, i siedzę tam, i palę papierosy, i nie mogę w to uwierzyć.

Robi się już ciemno, myślę o Cyganach, matce, myśliwym, aktorze, w którym się kochałam, panu od psa, o tym kretynie reżyserze, który kazał odwiązać psa. I o zawodzie filmowca. Stwierdzam, że mam dosyć.

I przyjeżdża ten właściciel psa, pies jak na zawołanie wychyla się zza drzew, pan krzyczy do niego: „Orkan, Orkan!”. A pies nic. No nie, będziemy tu siedzieć do rana, chyba jakąś pułapkę trzeba zastawić. Aż tu nagle pan właściciel zbliża się powolutku do psa, patrzy na niego i mówi: „O, rany, ja strasznie państwa przepraszam, to nie jest Orkan, tylko Misiek”.

I na to hasło pies wesoło przybiega do niego. Wita się radośnie i wsiadają sobie do samochodu. Misiek. A niech go szlag.


Fragment książki Joanny Pawluśkiewicz „Telenowela” (Korporacja Ha!art, Kraków 2007).
Tytuł pochodzi od redakcji.