Krukowski
Wojciech Krukowski / dokument „Akademia Ruchu” Andrzeja Sapiji

Krukowski

Grzegorz Laszuk

Krukowski nigdy nie chciał być „uważany” – jego praktyką była „uważność”

Jeszcze 1 minuta czytania

Właśnie skończyliśmy próbę do nowego spektaklu Komuny – premiera niebawem.

Kilka dni temu zmarł Wojciech Krukowski – mój Mistrz. 

Oglądam roboczy zapis z dzisiejszej próby. No tak, to trochę jak „Lektorat” Akademii Ruchu z 1973 roku... Może bardziej „trochę” niż „bardzo”, jak to bywało w naszych pierwszych przedstawieniach, ale to wciąż ten duch, ta nauka, to zapatrzenie... nie byłoby Komuny// Warszawa, gdyby nie Wojciech Krukowski. 

Kilkakrotnie razem byliśmy gośćmi tych samych festiwali: Malta, Reminiscencje, Rozdroże – członkowie AR zawsze z nas pokpiwali, że tacy jesteśmy do nich podobni, ale dla mnie to był zaszczyt – przecież nigdy nie kryliśmy, że jesteśmy dzieckiem Akademii Ruchu. Kiedy gościli w latach 90. w Otwocku, ktoś na pospektaklowym bankiecie powiedział, że „jesteśmy jedną wielką teatralną rodziną”. 

Komuna szczęśliwie ominęła bagna grotowszczyzny i poznański patos. Stało się to dzięki najlepszemu z miejskich wzorców działania, jakie przez lata wypracowała AR. Modne teraz wchodzenie w miasto, „sztuka w przestrzeni publicznej” w wykonaniu AR już w latach 70. osiągało najwyższy poziom: opis całodniowej akcji w Łodzi to alfabet subtelnych, zdystansowanych, politycznych i mądrych formuł opisywania miasta, sztuki w mieście, performera w mieście, miasta jako aktora... 

Na papierze firmowym czerwony napis „Akademia Ruchu. Warszawa”. Warszawskość AR to nie tylko siedziba, to także akcje miejskie, Kino/Teatr Tęcza, ale też specyficzna wysoka, miejska, warszawska(!) energia spektakli: rytm, brak egzaltacji. To spektakle nie do „przeżywania” – to zadania domowe. Wiele razy wracając do Otwocka po przedstawieniach AR, przez całą godzinną podróż pociągiem zastanawiałem się: „O co im chodziło” i „Jak oni to zrobili, że się zastanawiam i to zastanawianie sprawia mi przyjemność”. Godzinny spektakl, bez tradycyjnej narracji, bez opowieści, zbiór plastycznych znaków, prostych powtarzalnych ruchów aktorów-performerów, kilka niby przypadkowych słów, jedno pełne zdanie – ale to wystarcza, żeby pójść jeszcze raz. „Kartaginę” widziałem pięć razy... 


Wojciech Krukowski i 30 lat Akademii Ruchu w dokumencie Andrzeja Sapiji

 

Komuna od dawna używa w spektalach biografii prawdziwych osób, czasem tworząc ich alternatywne wersje. Może mogło być tak: do 1992 roku wszystko w życiu Krukowskiego pozostawiam bez zmian. Od 1990 dyrektoruje CSW Zamek Ujazdowski. Ale w sierpniowy poranek 1992 Krukowski wzywa mnie do gabinetu (byłem wtedy początkującym grafikiem).

– Proszę przygotować wydruk z napisem „Dziś zmarł John Cage”. To mój Mistrz – wyjaśnia Krukowski. Widzę, jak wielka to dla niego strata. – Trzeba się stąd wynosić, szkoda czasu – mówi na zakończenie spotkania.

Rok później rezygnuje z pracy w CSW – to duże zaskoczenie, bo galeria rozwija się świetnie. Wraca do Tęczy i zajmuje się wyłącznie Akademią Ruchu. Powstają kolejne spektakle, z którymi objeżdżają świat. Dla Teatru Wielkiego-Opery Narodowej przygotowuje wystawienie „Europery” Cage’a z okazji wstąpienia Polski do UE. Wielki sukces, kolejne zaproszenia. A wcześniej przenosi się z za ciasnej już Tęczy do Teatru Studio i tworzy tam performatywny kombinat: na dwóch scenach prezentuje najwybitniejszych twórców sztuk performatywnych – Pina Bausch, Marina Abramowić, Sasha Waltz i dziesiątki młodych z Polski i Europy – wzorcowa tego typu placówka w tej części świata. Mogło tak być.

To mój jedyny żal do Krukowskiego, że nie zostawił CSW, poświęcił swój teatr dla budowania miejsca dla innych. Oczywiście przygotował wiele świetnych spektakli, pełniąc równocześnie funkcję dyrektora, ale kiedy wyobrażam sobie, że całą swoją energię poświęca na tworzenie spektakli, animacji teatralnego miejsca... W mailu z 5 stycznia 2013 roku oprócz sugestii dalszego rozwijania Instytutu Sztuk Performatywnych (był członkiem Rady Programowej ISP) obrusza się na zapis biograficzny przy jego nazwisku w materiałach prasowych ISP: „Jestem przede wszystkim szefem artystycznym Akademii Ruchu, a potem dopiero byłym dyrektorem CSW”. 

Moja pierwsza praca graficzna dla CSW: katalog amerykańskiego minimalisty Richarda Nonasa. We wstępie Krukowskiego puszczam literówkę: „uważany” zamiast „uważny”. Krukowski każe mi wkleić poprawkę do całego nakładu katalogu. Wycinam i wklejam cały wieczór kilkaset małych skrawków papieru. Uczę się „uważności” i wciąż cieszę się z tej nauki.

Krukowski nigdy nie chciał być „uważany” – jego praktyką była „uważność”: na ludzi, na sztukę, na miasto, na życie.

Dziękuję.

Wojciech Krukowski / fot. Agnieszka Góra, dzięki uprzejmości Ośrodka „Brama Grodzka - Teatr NN”