Nieznane przyjemności.  Joy Division od środka
Fot. Remko Hoving, flickr, CC BY-SA 2.0

Nieznane przyjemności.
Joy Division od środka

Peter Hook

„Styczeń 1978 roku. Pierwszy koncert, który zagraliśmy już jako Joy Division, zakończył się bójką. Normalka” – fragmenty książki basisty zespołu

Jeszcze 2 minuty czytania

Wcześniej występowaliśmy razem wielokrotnie, ale nazywaliśmy się Warsaw. W dalszej części książki wytłumaczę, dlaczego ostatecznie zrezygnowaliśmy z tej nazwy. Musieliśmy wykombinować coś nowego. Braliśmy pod uwagę Boys in Bondage, a nawet The Slaves of Venus – co chyba jasno dowodzi, jak bardzo byliśmy zdesperowani.

Nazwę Joy Division zasugerował Ian. Czytał wtedy książkę „Dom lalek” Ka-Tzetnika 135633, po którą potem sięgnął każdy z nas. „Joy Divisions” tworzyły Żydówki więzione w obozach koncentracyjnych i zmuszane do świadczenia usług seksualnych żołnierzom nazistowskim. Uciskani, nigdy uciskający. Właśnie czegoś takiego szukaliśmy – punkowego i dekadenckiego. Zaproponowana przez Iana nazwa miała podobny wydźwięk do Slaves of Venus, ale nie była tak kiczowata.

Postanowione. Od tamtego momentu byliśmy Joy Division. Nie mieliśmy jednak pojęcia, w co sami się wpakowaliśmy. Wciąż pytano nas: „Czy jesteście nazistami?”.

„Nie, nie jesteśmy pieprzonymi nazistami. Jesteśmy chłopakami z Salford”.

 Tamtego wieczoru graliśmy w Pips Discotheque (wcześniej Nice ‘N’ Easy), przy Fennel Street w Manchesterze. To był nasz pierwszy występ już jako Joy Division, choć na plakatach wciąż widniała stara nazwa Warsaw (dopiero około świąt Bożego Narodzenia oficjalnie zmieniliśmy nazwę). Wszyscy byliśmy podekscytowani, ale ja wyjątkowo nie mogłem doczekać się wieczornego grania – tamtego dnia kupiłem nową gitarę.

Od nagrania naszej epki „An Ideal for Living” miałem obsesję na punkcie starej gitary. Barney powiedział, że mój instrument nie trzyma dźwięków pomiędzy F i G. Nie wiedziałem, o co mu chodzi, ale brzmiał poważnie. Zacząłem odkładać pieniądze i w końcu poszedłem do sklepu – gitara Hondo II Rickenbacker Stereo Copy była moja (udało mi się stargować cenę z 99 na 95 funtów). Podczas tego koncertu miałem zagrać na niej po raz pierwszy. Jednak nie tylko z tego powodu byłem tak zdenerwowany. Na koncert mieli przyjść nasi znajomi – nazywaliśmy ich paczką z Salford: Alex Parker i jego brat Ian, Twinny oraz chłopaki z pubu Flemish Weaver z Salford Precinct, czyli z moich rodzinnych stron.

Przed koncertem Ian Curtis słuchał albumu „Trans-Europe Express” zespołu Kraftwerk. Uwielbiał ten krążek. Zdaje się, że poprosił didżeja, by puścił tę płytę przez głośniki jako nasze intro, bo pląsał po parkiecie i kopał kawałki pobitego szkła, a w tle leciała jego ulubiona muzyka. Nie byłem pewny, czy wejdzie z nami na scenę. Nie miałem pojęcia, co w ogóle zamierza. Był kompletnie nieprzewidywalny. Tańczył i kopał rozrzucone szkło.

Joy Division, „An Ideal For Living”, Enigma Records 1978Wiedzieliśmy już wtedy, że Ian często się ekscytuje. Niejednokrotnie też widzieliśmy jego ataki agresji. Przechodził przez fazę chuligaństwa, delikatnie mówiąc. To chyba charakterystyczne dla wszystkich frontmanów. W jego wypadku jednak był to też wyraz fascynacji Iggym Poppem oraz frustracji – frustracji wynikającej z tego, że nie możemy się wybić, że inne zespoły pochodzące z Manchesteru radzą sobie znacznie lepiej od nas i grają więcej koncertów. Chłopaki z The Drones wydali album. The Fall, The Panik oraz Slaughter & The Dogs wypuszczały kolejne single, a ich nagrania nie brzmiały tak kiepsko jak nasze. Podsumowując, mieliśmy wyjść na scenę i zagrać pierwszy koncert jako Joy Division, a na widowni zgromadziło się zaledwie trzydzieści osób – z czego dwadzieścia to byli moi kumple.

Wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę – ja, Steve i Bernard, lecz Ian znosił tę sytuację najgorzej. My wciąż mieszkaliśmy z rodzicami, a on miał już wtedy żonę i traktował zespół bardzo poważnie. Czuł, że musi zrobić wszystko, byśmy się wybili.

Albo doszukuję się zbyt wiele. Może po prostu Ian kopał szkło, bo był wściekły i zwyczajnie miał na to ochotę. W sumie nieważne, o co mu chodziło: o tworzenie scenicznego alter ego, wyładowanie frustracji czy cokolwiek innego. Nie obchodziło to tym bardziej bramkarza, który zobaczył po prostu ćwoka rzucającego kawałkami szkła. Ochroniarz podbiegł do Iana, złapał go i wyrzucił za drzwi.

Świetny początek. Podszedł do nas ktoś z obsługi klubu i powiedział, że zanim wyjdziemy na scenę, musimy w trójkę wybrać się do bramkarza i ubłagać go, żeby wpuścił Iana z powrotem.

Bramkarz nie dawał za wygraną. Mówił: „Odpierdolcie się ode mnie. To zwykły idiota, rzuca pobitym szkłem…”. A my błagaliśmy: „Zgadza się, ale ten idiota jest naszym wokalistą. Człowieku, to wokalista naszego zespołu, musisz go wpuścić. Prosimy, człowieku…”.

W końcu, po długiej i wykańczającej dyskusji, bramkarz odpuścił i pozwolił Ianowi wrócić do klubu. Po dwudziestu minutach obsuwy wyszliśmy na scenę. Popatrzyłem na zgromadzony tłum – jeśli tak można było nazwać publiczność – i zobaczyłem, że w pierwszym rzędzie pod sceną stoją sami moi kumple. Wszyscy szczerzyli się do mnie, podnosili kciuki do góry i krzyczeli: „Hej, Hooky. Wszystko gra, Hooky?”. To naprawdę miło z ich strony, że przyszli na nasz koncert, ale szczerzenie i kciuki mogli sobie darować. Bardzo poważnie podchodziliśmy do naszej działalności w Joy Division. Liczyliśmy raczej na gniewne spojrzenia i pochmurne oblicza.

Barney cały czas mnie upominał: „Zrób coś ze swoimi kumplami, niech przestaną się tak zachowywać”. Ian od razu się do niego przyłączył, bezczelne dupki.

W końcu Ian zwrócił się do publiczności: „Dobra, zaczynamy. Jesteśmy Joy Division, a to jest… »Exercise One«”. Przybrałem odpowiednią pozę, eksponując nowiusieńką hondo II, i uderzyłem w otwartą strunę E, chcąc wydobyć pierwszy dźwięk naszej pierwszej piosenki.

Niestety, zamiast dźwięku rozpoczynającego numer „Exercise One” rozległ się głośny brzdęk, a wszystkie oczy momentalnie zwróciły się w moją stronę.

Kurwa. Z gitary wypadła struna. Naciągnąłem ją na główkę, przełożyłem przez otwór i zabezpieczyłem. Ponownie uderzyłem w strunę.

Brzdęk.

Znów wypadła.

Kurwa, kurwa, kurwa mać.

Wszystkiemu winna była gitara, słowo daję. Cały koncert przytrzymywałem strunę dwoma palcami. Doszedłem do niemałej wprawy. W pewnym momencie spojrzałem na widownię i zobaczyłem, że Alex Parker, mój dobry przyjaciel, oraz jego brat Ian wdali się w bójkę.

Nie trzeba się zbytnio martwić, pomyślałem. Na pewno pozostali kumple jakoś temu zaradzą. Do walczących braci dołączali inni chłopcy z Flemish Weaver, próbując ich rozdzielić. Jednak po chwili zauważyłem, że bójka się nasila, a jeden z kolegów wylądował na podłodze. Skończyło się na tym, że wszyscy moi kumple okładali się pod sceną i zadawali kolejne ciosy. Nie przestawaliśmy grać i obserwowaliśmy ten kocioł. Wielki Boże! Pozostali członkowie zespołu dość wymownie patrzyli to na bijących się, to na mnie, a kula składająca się ze splątanych ludzkich ciał przetaczała się raz w jedną, raz w drugą stronę. Po bramkarzu, który wyrzucił wcześniej Iana, nie było oczywiście śladu. Nikt nie zwracał na nich uwagi, więc moi kumple bili się dalej. Nie przestawaliśmy grać. Co z tego, że byliśmy do dupy.

Zaczęło robić się niebezpiecznie. Do moich kumpli podbiegły dzieciaki, stojące do tej pory z tyłu, i dołączyły się do bójki. Kiedy zobaczyłem, że atakują moich ludzi, mocno się wkurzyłem. Zacząłem kopać ich ze sceny.

– Odwalcie się od moich kumpli, gnoje!

– Hej, zabierajcie się stąd!

– Spieprzajcie!

Kopałem przyjezdnych po głowach, próbując grać dalej „Exercise One”. Musiałem wciąż przytrzymywać palcem odskakującą strunę, a moi koledzy z zespołu patrzyli na mnie tak, jakby nigdy nie mieli mi wybaczyć, że przyprowadziłem na koncert moich durnych kumpli. Przechlapane!

W końcu pojawił się bramkarz. Wpadł na parkiet z większą obstawą i zaczął rozganiać walczących. Bili ich w głowy, kopali. Najpierw wygonili z klubu paczkę z Flemish Weaver, potem zabrali się za The Scousers. Po chwili zorientowaliśmy się, że gramy dla pustej sali – wciąż przytrzymywałem strunę, a Ian, Barney i Steve patrzyli na mnie, jakby chcieli mnie udusić. Kompletna, miażdżąca porażka. Nasz pierwszy koncert jako Joy Division zmienił się w koszmar. Przez kolejne dwa miesiące nie udało się nam załatwić żadnego występu. Dla nas to była cała wieczność.

Jak już mówiłem, musieliśmy się jeszcze wiele nauczyć.

Fragment pochodzi z książki „Nieznane przyjemności. Joy Division od środka”, która 28 lutego ukazała się w przekładzie Agaty Wyszogrodzkiej w wydawnictwie Bukowy Las.