Porozmawiajmy o starości
Rafał Bujnowski, Fundacja Sztuki Polskiej ING CC BY-NC-ND 3.0

15 minut czytania

/ Obyczaje

Porozmawiajmy o starości

Błażej Strzelczyk

Starcy i osoby niepełnosprawne kwarantannę mają bez epidemii koronawirusa. Nawet gdyby chcieli, nie mogą wyjść, bo miejsce starca nie jest na ulicy, tylko w domu

Jeszcze 4 minuty czytania

W pokoju po Zofii długo unosiła się woń ciała i śmierci. Kilka razy dziennie Ela zmieniała jej pampersa, ale zapachu starości zmieszanego z ludzkimi odchodami nie da się usunąć ot tak. Zosia zmarła w szpitalu, w trzecim dniu ogólnopolskiej kwarantanny, a mimo to przez kilka kolejnych dni, idąc obok jej pokoju, przejść trzeba było przez słodkawą mgiełkę.

Walcząc z koronawirusem, kompulsywnie zaczęliśmy szorować posadzki, ściany, blaty, klamki, umywalki i włączniki światła. W całym domu czuć teraz środki dezynfekcyjne. Mniej czuć mieszkańców. Starców, chociaż to nie dom starców. Chlor skutecznie zabił zapach ich szybko pocących się stóp, dłoni okadzonych dymem najtańszych papierosów, zgniłych wyziewów i obumierających ciał. Jest czysto. Pozbyliśmy się nie tylko wirusa, ale też zapachu ciał. Nieopisywalnego właściwie. Pachnie mniej domem, bardziej szpitalem. Aseptycznie. Ostro.

„Dziwna jest ta nasza cywilizacja. Ratuje, chroni, przedłuża nam życie, jednocześnie czyni nas bezbronnymi wobec śmierci. Nie potrafimy się wobec niej zachować” – pisze Andrzej Stasiuk w „Grochowie”. I dodaje: „(…) Nie mogę uwolnić się od myśli o ludziach leżących w tych wszystkich starannie ukrytych miejscach służących umieraniu. Są bezużyteczni. Pochłaniają energię, pieniądze, pracę. Wywołują zniecierpliwienie albo obojętność. Wiem, jak to się odbywa, bo wiele razy widziałem: do pokoju wchodzą trzy, cztery osoby w pielęgniarskich strojach i lateksowych rękawiczkach. Dwie unoszą niemal nieważkie ciało, reszta w dwie minuty zdejmuje pieluchę, obmywa, zakłada nową. Po trzech minutach nie widać w ogóle śladów, że coś się działo. Tylko w powietrzu unosi się dziwny ludzki-nieludzki zapach. A być może po prostu zapach człowieczy, który nas przeraża, który nas odstręcza i prześladuje, dlatego zamykamy go w tych odległych i niewidzialnych miejscach. Płacimy ludziom w lateksowych rękawiczkach, by za nas wdychali tę woń”.

Zosia umierała długo. Ponad osiemdziesiąt lat. Sama tak mówiła. Straszyła nas od czasu do czasu, że to już. Chociaż: czy rzeczywiście chciała nas przestraszyć? Może tylko informowała? Do tej pory myliła się w datach. Mówiła, że jutro to już na pewno umrze. I rano znów się budziła. W szafie miała schowaną garsonkę. A przy łóżku, w szufladzie, bieliznę „na umieranie”. Siedziałem raz na brzegu jej łóżka, a ona mi opowiadała, jak się wystroi do trumny.

– I tu mam – wyciąga z szuflady grube barchanowe majtki – takie, o, na umieranie.
– No, bardzo ładne, pani Zosiu – mówię. Bo co się mówi w takich chwilach?
– Tak? Ładne? Podobają ci się?
– No pewnie.
– A to masz, to masz, jak ci się podobają.

Chciałem oswoić sobie umieranie. Spojrzeć śmierci głęboko w oczy. Miała wychudzone ręce. Mankiet ciśnieniomierza nie pozwalał się już zapiąć na jej ramieniu. Gałki i źrenice zlały się w jeden, szarawy kolor. Do tego jeszcze Zosia nakładała na twarz mnóstwo białej posypki, pudru, który odklejał się od jej zmarszczek. Nogi miała jeszcze sprawne. Jeszcze maszerowała rześko na świetlicę, przed telewizor co dzień o dziewiętnastej („Popatrzę sobie jeszcze na Sznuka”). W ostatnich dniach położyła się jednak w łóżku. Część ciała, od pasa w dół, układała na skraju łóżka, drugą część, od pasa w górę, układała na wezgłowiu. Zamilkła. Jakby wszystkim wokół chciała wykrzyczeć tym milczeniem: „Halo, ja już jestem po drugiej stronie, to tylko jakiś błąd w obliczeniach, że moje ciało tu jeszcze leży”.

Wezwaliśmy karetkę. Czekaliśmy. A pani Zosia ostatkiem sił podnosiła w górę ręce, przyglądała się zdziwiona. I kazała sobie podsunąć lustro przed twarz. Patrzyła z lekkim obrzydzeniem, jakby cytowała w myślach Pawlikowską-Jasnorzewską, która do młodszego o dziesięć lat męża pisała: „Wyglądam przeraźliwie (…), twarz chuda, wkoło ust zmarszczki, oczy trochę wysadzone. Wynędzniała. Ramiona mam chude obrzydliwie, skórę zwiędłą, chudą, język mam szary, twarz bez policzków, ręce stare, paznokcie połamane, nogi mi nie schudły za to. Raczej grube i nie takie cienkokostne jak zwykle”.

– Boi się pani? – spytałem Zosi, zanim zabrali ją na dobre.
– Nie boję. A czego mam się bać? – odpowiedziała bez namysłu. – Byle tylko nie bolało.

*

Porozmawiajmy o starości. Tej grupie najbardziej narażonej. O ciśnieniowcach. Zawałowcach. Naszych babciach i dziadkach z demencją, alzheimerem i po udarach. Pomówmy o zaćmie, braku pamięci, reumatyzmie, pampersach i odleżynach. I o tym, co to właściwie znaczy, że śpiewamy sobie „sto lat”, prosząc się o wydłużenie życia w tej jego najpaskudniejszej fazie.

Od trzech lat mieszkam z terminalnymi. Tak naprawdę nasze schroniska dla bezdomnych zamieniają się w miejsca opieki paliatywnej. Starość przestała kojarzyć się z pociesznym dziadkiem z reklamy Werther’s Original i osiemdziesięcioletnimi babciami z reklam kosmetyków, podciągniętymi w Photoshopie, żeby wyglądały na czterdziestolatki w sile wieku.

To żadna jesień życia, gdy mieszkasz w świętokrzyskiej wsi i żeby dostać się do szpitala, musisz prosić – w najlepszym razie – sąsiada z samochodem, żeby podwiózł cię te dziesięć kilometrów, bo przecież zbiorkomy to wielkomiejska fantazja, a u nas, na wsi, jak jesteś sama albo sam, to naprawdę jest samotność. Porozmawiajmy o tych wszystkich starcach, którzy na wizytę u kardiologa wyznaczoną na piętnastą czekają już od dziewiątej, popijając herbatę z termosu.

I to jest chyba dobre miejsce i dobry czas na rozmowę o starości. Dobry moment, żeby przypomnieć sobie, że poza wielkim miastem toczy się inne życie. Nie tylko to starcze, osamotnione, chore, pełne zmarszczek, zamknięte w starej wiejskiej chałupie. W mojej internetowej bańce chwalimy się, że możemy zostać w domu, podczas gdy na przykład dziewczyny w Biedronce, z robotą po łokcie, przestają być „tylko” sprzedawczyniami, kasjerkami, sprzątaczkami i magazynierkami, a zamieniają się przy okazji w terapeutki, konfrontując się z paniką i lękiem tłumu; przecierając puste półki sklepowe, uspokajają i pocieszają, zapewniając, że raczej nie zginiemy, niż zginiemy.

Tydzień pozostawania w domu „nas młodych” wpędził już w najgorsze możliwe stany. Konsumpcyjny pęd, za zakupami, używkami, czy ten – paradoksalnie wygładzony i sprawiający wrażenie niegroźnego – za samorozwojem i dbaniem o siebie („Masażystka nie przyjmuje już od tygodnia!”, „Siłownię zamknęli”, „Nawet do lasu iść nie pozwalają”, „Szkoła jogi ogłosiła właśnie, że zajęcia przez internet będą płatne”), sprawiły, że popadamy w marazm i lęk. Szybko znaleźliśmy powody do zadowolenia. Kwarantanna okazała się szansą na zajęcie się sobą, nadrobienie zaległości w czytaniu. Okazało się, że jogę można uprawiać przez internet, a pisarze zaczęli pokazywać się na tle pokaźnych bibliotek. „I znów hygge, dobrostan i szczęście, a ja chciałbym się tylko nie wypieprzyć na zakręcie” – powraca fragment śpiewany przez Pablopavo.

Zapomnieliśmy, że to, co dla nas jest szansą, dla innych staje się udręką. Są ci, którzy boją się, że nie spłacą raty kredytu. Są ci, dla których przebywanie pod jednym dachem z oprawcą to koszmar. Są rodzice, którzy ciągnąc pracę zdalną, muszą odszyfrować, o czym jest praca domowa ich dzieci, oraz ci z piątką dzieci i jednym komputerem. Są bezdomni, dla których fraza „zostań w domu” to, w optymistycznej wersji, żart. Są ośrodki dla bezdomnych, które boją się przyjmować pod dach osoby prosto z ulicy.

Są wreszcie starcy i osoby niepełnosprawne, którzy kwarantannę mają bez epidemii koronawirusa. Więźniowie czwartego piętra w bloku bez windy. Nawet gdyby chcieli, nie mogą wyjść, bo miejsce starca nie jest na ulicy, tylko w domu. I nie jest to miejsce w bujanym fotelu, w którym głaszcze się kota, nadrabia zaległości w literaturze klasycznej i popija herbatę z porcelanowej filiżanki. Łyka się captopril, bo ciśnienie wariuje od 180/100 do 100/80. I hydroksyzynę, bo nie śpi się, nie tylko o piątej nad ranem. Nie śpi się też o pierwszej, drugiej i trzeciej w nocy.

Przywiązani do łóżek, przypominają bardziej Tonego Judta z „Pensjonatu pamięci” niż siedzącego na rozpostartej w salonie miękkiej macie i oddychającego miarowo mistrza jogi.

„Satysfakcja zapewniana przez surogat jest nietrwała – pisze Judt. – Nie ma nic pozytywnego w tym, że jest się zakutym w zimny i bezlitosny pancerz. Przyjemności, jakie daje lotność umysłu, są znacznie przeceniane przez tych, którzy nie muszą polegać wyłącznie na nich. To samo można powiedzieć o dyktowanych dobrymi intencjami zachętach do poszukiwania niefizycznej kompensacji fizycznej niemocy. Daremne starania. Strata jest stratą, nic nie zyskamy, nadając jej przyjemniejszą nazwę. Moje noce są ciekawe, ale mógłbym obejść się bez nich”.

*

Nie chorujcie w czasie koronawirusa. I nie bądźcie starzy.

Ile jest teraz tych całkiem zapomnianych historii? Skupieni na międzynarodowym zwalczaniu zarazy, zapominamy, że w szpitalach nadal się umiera. Obumiera noga Andrzeja, którego z ropniem na stopie – powiększającym się z godziny na godzinę – zawieźliśmy do szpitala czwartego dnia kwarantanny. Siedemdziesięciolatek o twarzy drobnego łotra na wejściu usłyszał wyrok, że jego stan wskazuje na amputację. Na drugi dzień chcieliśmy dowieźć mu piżamę i coś słodkiego. Władczy recepcjonista w szpitalu każe zapisać nazwisko pacjenta, a zasapany sanitariusz, biegający między kolejką odwiedzających a pacjentami na oddziałach, zabiera podarunki i dostarcza samotnikom przykutym do szpitalnych łóżek. Andrzej traci pewnie właśnie nogę. Utną do kolana? Do uda?

W piąty dzień narodowej kwarantanny pogorszyło się pani Jadwidze z alzheimerem. Alzheimer. Parkinson. Demencja. Drugie, trzecie, czwarte imię starości. Alzheimer postępuje jak oszalały. Trzy miesiące temu byliśmy z Jadzią u neurologa.

– Proszę mi powiedzieć, który mamy rok – mówił lekarz drukowanymi literami, jak do kilkulatki, wychylając się zza biurka, chyba po to, żeby pani Jadzia usłyszała to pytanie wyraźnie. Nie jest głucha, myślę sobie, ale chyba nie wypowiadam tego na głos.
– No, to bardzo dobrze, Marysia przyjedzie, ale ja nie poszłam dziś do pracy, wolne wzięłam.
– Pani Jadwigo – nie daje za wygraną neurolog.
– No, co tam, o co chodzi? – pyta pani Jadwiga.
– Który mamy rok?

Jadwiga patrzy na mnie wzrokiem dziesięciolatki wyrwanej do odpowiedzi, a ja czuję się jak kujon z pierwszej ławki. Znam odpowiedź, chcę podpowiedzieć, ale wzrok wbija we mnie też nauczyciel, neurolog. Pani Jadzia kiwa na mnie głową, w oczach ma wyrzut i pogardę, jakby myślała sobie „No, podpowiedz mi”.

– Pan milczy – mówi do mnie neurolog.
– No i czego to tak? – dziwi się pani Jadzia i zaciera dłonie.
– Czy ogląda pani telewizję? – zmienia temat neurolog.
– No a dlaczego nie? – mówi pani Jadwiga.
– Kto jest prezydentem Polski?
– Oj, to źle to jest, źle, niedobrze – odpowiada nagle.

Patrzymy po sobie z neurologiem i obaj nie wiemy, jak zakwalifikować tę odpowiedź. Wie? Czy nie wie? Wie i od razu komentuje? Czy nie wie, ale mózg jej wskoczył w jakiś dziwny nowy rejestr?

Wracamy, a Jadwiga nie chce wejść do pokoju. Stoi w progu i przygląda się swojemu odbiciu w szybie. Patrzy i dziwi się najpierw, później zaczyna swój monolog.

Nie poznaje już siebie w lustrze? Ta trójwymiarowa, przyciemniona, bo już mrok, postać w szybie jest dla niej nie do rozpoznania?

Andrea Gillies w „Opiekunce” pisze, że Nancy, główna bohaterka książki chora na alzheimera, też wchodzi w etap niepoznawania siebie w lustrze. Rozpoznawanie siebie jest cechą charakterystyczną dla świadomości. Szympansy, delfiny i podobno słonie rozpoznają swoje własne odbicia. W 2007 roku w nowojorskim zoo przeprowadzono eksperyment, w którym stwierdzono, że po przyzwyczajeniu się do luster zwierzęta korzystały z nich, żeby zajrzeć głęboko do paszczy.

– O, patrz, znowu tu przyszła, czego to tak? – mówi pani Jadzia i pokazuje palcem w swoje odbicie.
– Ale to przecież pani, pani Jadziu!
– Ale ty sobie ze mnie żartujesz! – mówi pani Jadzia i toczy dialog ze swoim odbiciem w lustrze.

Ale ostatnio było jeszcze gorzej. Jadwiga nie łapała już pionu na łóżku. Karmiliśmy ją. Wypluwała leki, więc je rozdrabnialiśmy i podawaliśmy na łyżce zupy. Rozbierała się do naga. Herbatę przelewała na płaski talerzyk. Do alzheimera dołączył parkinson.

– Wzięlibyśmy ją w normalnej sytuacji, ale wiecie, jak jest – mówią ratownicy medyczni, w maskach, rękawiczkach i jednorazowych uniformach, których wezwaliśmy, gdy Jadwiga zaczęła odmawiać przyjmowania posiłków.

Zalecają, żeby doglądać, w razie bólu dawać tramal. I czekać.

*

Między Ożarowem a Opatowem drogowcy zwijają plastikowe siatki, które rozwijali między balami wbitymi na skrajach pól w listopadzie. Miały chronić asfalt przed zamieciami zalegającego tam śniegu. Śniegu nie było przez całą zimę. Spadł kilka dni temu i leżał tylko przez noc. Rolnicy, starzy zresztą, wiedzą już, że rok będzie kiepski. Po polach jeżdżą traktory przygotowujące glebę pod uprawy. Mimo kwarantanny do wsi dojeżdża obwoźny sklep. Sprzedawca zatrzymuje się granatowym dostawczakiem na przystanku przy remizie. Przed otwartymi bocznymi drzwiami auta kłębią się staruszki w chustkach, akurat jest ciepło, wyskoczyły w samych podomkach, w rękach trzymają siatki. Nie zachowują odstępów, nie mają maseczek i rękawiczek. Kupują świeży chleb, masło, mleko i olej. Jedyny moment, gdy widzą się wszystkie razem.

Nawet gdyby się chciało, na wsi nie ma gdzie wywiesić kartki z numerem telefonu i poinformować, że w trakcie kwarantanny chce się pomóc z zakupami. Psy u nas biegają samopas. Między domami odległości takie, że przy kiepskiej widoczności trudno dostrzec, czy u sąsiada gra telewizor i czy w ogóle żyje.

40 procent mieszkańców wsi to ludzie powyżej sześćdziesiątego roku życia. Na przystanku przy remizie od tygodni nie staje autobus dowożący dzieciaki do szkoły w Ożarowie. Zresztą jest ich tu niewiele.

Do najbliższej przychodni są cztery kilometry. Można iść przez pola, skrótem przez Tominy. Albo asfaltem do Przybysławic, później w lewo, krajową, między Sandomierzem a Ożarowem. Łatwo złapać okazję. W tych dniach przychodnia zamknięta. Odwołane wszystkie wizyty.

Lepiej nie chorować. Nie starzeć się. I mieszkać w dużym mieście.

Imiona bohaterów zostały zmienione. Niektóre fragmenty tekstu publikowałem wcześniej na Facebooku.