Krytyk musi umrzeć
James / CC BY-NC-ND 2.0

16 minut czytania

/ Literatura

Krytyk musi umrzeć

Krzysztof Cieślik

Pięćdziesiąt lat temu pisarze i krytycy nie funkcjonowali w próżni. Ale media społecznościowe przesunęły akcenty. Dystans między krytykiem, pisarzem a czytelnikiem niebezpiecznie się zmniejszył – ciąg dalszy dyskusji o krytyce literackiej

Jeszcze 4 minuty czytania

Według „Słownika języka polskiego” pod redakcją Witolda Doroszewskiego krytyk jest kimś, kto analizuje dzieła sztuki i ocenia ich wartość. Pytanie brzmi, jak bardzo nieaktualna to dziś definicja. Bo czy przypadkiem krytyk/recenzent nie stał się kimś od polecania książek?

Prowadziłem kiedyś stronę internetową poświęconą książkom właśnie, nie literaturze. Mój ówczesny szef podkreślał, że celem tej strony powinna być pomoc w doborze lektur. Swoją rolę rozumiałem nieco inaczej, ale mam wrażenie, że w mediach głównego nurtu dominuje dziś narracja – pisał o tym Maciej Jakubowiak – rozpięta mniej więcej pomiędzy: „świetne, polecam TĘ książkę” a „mimo wad, warto przeczytać”. Dlaczego definicja Doroszewskiego przestała odzwierciedlać rzeczywistość?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, pewnie musielibyśmy cofnąć się do czasów upadku komunizmu. Po roku 1989 pozycja pisarzy w Polsce znacząco się pogorszyła. Przemiany społeczne i obyczajowe sprawiły, że literatura i krytyka znalazły się w niszy. Programy telewizyjne poświęcone kulturze nie przyciągały widowni, więc przesuwano je na późniejsze godziny, aż w końcu poznikały (oglądalność TVP Kultura, emitującej takie audycje, mieści się w granicach błędu statystycznego). Nie ma tygodników literackich, periodyki w rodzaju „Twórczości” pokrywa warstwa szlachetnej patyny, dobrze redagowane i prezentujące wysoki poziom „Nowe Książki” nie wylansowały ani jednego polskiego autora (o zagranicznym nie wspominając), „Zeszyty Literackie” już w latach 90. stały się – jak ujął to świetny swego czasu eseista Rafał Grupiński – „paryską cukiernią ciast trujących”, a dodatek książkowy z „Gazety Wyborczej” zniknął tak dawno, że w sieci trudno natrafić na jakieś ślady po nim. Tygodniki opinii rozbrat z literaturą wzięły już kilka lat temu, gdy kolumny poświęcone kulturze oddano publicystom, a treści doraźne i komentarze polityczne wyparły książki, którym poświęca się najczęściej recenzyjki na kilkaset znaków (chyba nawet słowo „recenzyjki” jest nadużyciem wobec „omówień” z „Newsweeka”). Luki po tym wszystkim nie mogą oczywiście wypełnić „Książki. Magazyn do Czytania”. Przyznajmy, że brzmi to śmiesznie: w iluś tam milionowym kraju istnieje jedno czasopismo poświęcone wyłącznie literaturze, które przeznaczone jest dla stosunkowo dużego grona odbiorców. Kwartalnik.

Casus wspomnianego przed chwilą Rafała Grupińskiego jest zresztą symptomatyczny. Ten utalentowany krytyk i eseista w ubiegłym roku już po raz czwarty został posłem na sejm. Drogę od literatury do polityki bądź mediów przeszło zresztą liczne grono autorów. Zamiast wybitnych literaturoznawców mamy więc polityków, publicystów, redaktorów w telewizji. Dodajmy do tego kryzys prasy i połączmy fakty: na łamach gazet, które do niedawna były krytycznoliteracką agorą, nie ma już miejsca dla literatury, czasopisma literackie ugrzęzły w niszy, magazyn, który dociera do relatywnie dużego grona odbiorców, jest kwartalnikiem, najbardziej utalentowani autorzy znikają, gdy tylko nadarzy się okazja przebranżowienia. Nie mylił się więc Jakubowiak, obarczając winą za upadek krytyki kapitał. Zapewne najlepiej będzie, jeśli zaprezentuję to na przykładzie.

Przed kryzysem prasy miałem okazję robić od czasu do czasu wywiady z pisarzami dla portalu jednego z tygodników. Oczywiście można zrobić wywiad, nie przeczytawszy nawet jednej książki (historie o „krytykach” recenzujących książki, których nie przeczytali, nie są zresztą żadną miejską legendą). Ale były to dobre czasy, więc jeśli jakiegoś pisarza nie znałem albo znałem słabo, mogłem sobie pozwolić na to, by, przykładowo, przeczytać pięć jego powieści i poświęcić tydzień na jedną rozmowę. Dziś brzmi to jak opowieść fantastyczna. A przecież, jeśli przyłożymy do tego kryteria rządzące rynkiem pracy, to kompetencje krytyka literackiego z wiekiem rosną – to jedna z tych dziedzin, w których doświadczenie zdobywa się mozolnie i latami. Dwudziestolatek może napisać lepszy tekst od czterdziestolatka, może mieć bardziej przenikliwy umysł albo po prostu „lepiej” przeczytać książkę, jednak mało prawdopodobne, by mógł starszemu koledze dorównać wiedzą.

Jeśli założymy, że krytyk literacki nie jest outsiderem ani ewangelizatorem, tylko w miarę zwyczajnym człowiekiem, który zaczyna karierę zawodową, w pewnym momencie zakłada rodzinę, którą musi utrzymać, albo ma kredyt do spłacenia czy choćby pokój do wynajęcia, to nie da się ukryć, że nic gorszego od kryzysu prasy nie mogło go spotkać. Stawki w ciągu kilku lat spadły nierzadko o połowę, działy kultury w gazetach prawie poznikały, o tekstach na dwie kolumny można właściwie zapomnieć, a co za tym idzie – i o godziwych honorariach. Komfort etatu bądź ryczałtu ma ledwie garstka krytyków/recenzentów, a także parających się krytyką literacką pracowników uniwersyteckich.

Wielka literatura na kilogramy

Nieprzypadkowo używam terminu „krytyk/recenzent”. Krytyk to ktoś, kto ocenia wartość i analizuje, a analiz na gazetowych szpaltach szukać trzeba z lupą. Jeszcze trudniej o teksty próbujące uchwycić zjawiska w literaturze polskiej i zagranicznej. Ale żeby napisać dobry tekst, nierzadko trzeba przeczytać kilka nowych pozycji, sięgnąć po opracowania, przypomnieć sobie książki dawno przeczytane. Na to czasu nie ma, bo gonią terminy wysłania kolejnych artykułów i terminy uregulowania bieżących rachunków. Jeśli przyjmiemy, że w ciągu miesiąca pracy autor jest w stanie napisać cztery duże teksty (po trzy dni pracy każdy), pięć krótkich recenzji (optymistycznie każda z nich to jeden dzień pracy) i zrobić trzy wywiady (zajęcie niegodne krytyka – liczmy po dwa dni) – wyjdą nam 23 dni pracy. Wynagrodzenie przy takim nakładzie pracy najprawdopodobniej delikatnie przekroczy średnią krajową (aktualnie ok. 3 tys. złotych netto), oczywiście bez świadczeń zdrowotnych i emerytalnych. Pamiętajmy jednak, że mowa tu o tekstach nie dla „Głosu Koszalińskiego”, tylko dla czołowych ogólnopolskich periodyków ze sprzedażą przekraczającą 50 tysięcy egzemplarzy i największych stron internetowych. Innymi słowy: mowa o – wyłączając „krytyków etatowych” – szczycie szczytów.

I właśnie w tym miejscu wkraczamy na pole niezdrowych zależności. Krytyk/recenzent nierzadko musi poszukać dodatkowych źródeł dochodów. Opowiadał o tym z nieco innej, bo redaktorskiej perspektywy Adam Pluszka w wywiadzie dla dwutygodnik.com: „Wierzę w płodozmian. Jeżeli ktoś potrafi redagować, robić korekty, a jeszcze zna obcy język, to dobrze, żeby na zmianę zajmował się redakcją, korektą i tłumaczeniem. Pracowałem tak przez rok i znam dwie–trzy osoby, które tak żyją. To znaczy dzielą sobie tydzień na różne aktywności, czasem kosztem weekendów, i pracują non stop – freelancerzy często nie mogą inaczej”. Krytycy rzadko redagują książki, raczej nie robią korekt, czasem bywają – jak Tomasz Pindel – tłumaczami.

Ale niektóre aktywności niewątpliwie nastręczają wątpliwości natury etycznej. Blurby, recenzje wewnętrzne, spotkania autorskie, wywiady na zamówienie wydawnictw – wikłają krytyka/recenzenta w sieć zależności. Z jednej strony mamy wydawcę: kogoś, na kim zasadza się cały ten rynek. Jeśli wydawca zleca krytykowi napisanie blurba, to przecież nie oczekuje opinii utrzymanej w tonacji: „Solidna proza, warto przeczytać”, ale jednoznacznej pochwały. Dlaczego? Z prostego powodu – płaci za to. Jeśli krytyk prowadzi spotkanie autorskie, to po pierwsze dostaje za nie pieniądze, a po drugie wchodzi w relację z autorem książki. Jeśli wydawca wysyła dziennikarza na wywiad do Szwecji, to spodziewa się ujrzeć materiał, którym będzie się mógł pochwalić i którego będzie mógł użyć w promocji.

Nie chodzi mi o to, by podważać dobre intencje wydawców bądź kolegów i koleżanek po piórze. Branża literacko-wydawnicza jest stosunkowo czysta, nie spotkałem się w niej z mechanizmami funkcjonującymi np. w środowisku gier komputerowych, gdzie pracownicy działów promocji potrafią dzwonić do recenzentów i pytać, dlaczego przyznali 6, a nie 8 na 10 gwiazdek. Jednak kiedy krytyk wikła się w tę podwójną grę (pracuje na zlecenie wydawcy, a jednocześnie pisze na łamach prasy albo pojawia się w radiu), to z pewnością niełatwo mu zachować bezstronność.

Nie musi chodzić o proste przełożenie: zlecę ci blurba, zarobisz parę groszy, a potem się zrewanżujesz. Nikt zresztą tak sprawy nie stawia. Prawdziwy krytyk blurba napisze, spotkanie poprowadzi, a potem i tak napisze to, co myśli. Na razie, jak wspomniałem, to stosunkowo czysta branża. Weźmy choćby wybitnego tłumacza Jerzego Jarniewicza, którego tekst o „Szczygle” Donny Tartt (powieść „od rangi arcydzieła dzieli taka sama przepaść jak od obrazu pod tym samym tytułem”) wywołał spore emocje, prowokując artykuł Beaty Chomątowskiej, odpowiedź samego Jarniewicza i ciekawy komentarz Juliusza Kurkiewicza. Warto dodać, że Jarniewicz w Znaku (polski wydawca Tartt) regularnie publikuje eseje i przekłady. Mogę się założyć, że „Szczygłowi” bardziej przysłużył się jego tekst niż cała sterta gazetowych pochwał. Dzięki temu o książce było głośno.

Ważniejszy zresztą może być inny mechanizm. W Polsce co roku ukazuje się kilkadziesiąt tysięcy tytułów, a miejsca w prasie nie przybywa (podobnie jak opiniotwórczych miejsc w sieci). Wiele tytułów przechodzi zupełnie niezauważenie, o wszystkim napisać się nie da – to jasne. Ale między obowiązkowym Houellebekiem a – przepraszam za brzydkie słowo – fakultatywną Ottessą Moshfegh (u nas przeoczoną, w USA wyróżnioną prestiżową PEN/Hemingway Award za powieść „Byłam Eileen”) istnieje całe morze książek, na które krytyk/recenzent może zwrócić uwagę. Czy prędzej sięgnie po autora, którego publikuje oficyna zlecająca mu blurby, wywiady etc., czy wybierze mało znanego pisarza, który ukazał się w niszowej oficynie? I czy można się dziwić, że gdy w prasie przeważają recenzje 4/6 czy 5/5 (po co tracić miejsce na złe książki? czy rolą krytyka nie jest promocja literatury?), a rubryki książkowe przypominają dodatek telewizyjny z pięciozdaniową sugestią: „co warto zobaczyć” – czytelnicy przestają zwracać uwagę na to, co mają do powiedzenia krytycy? Skoro wielką literaturę produkuje się na kilogramy, o czym przekonują recenzje i blurby, to nie jest zaskakujące, że niewielu już w tę wielkość mniemaną wierzy.

W sieci autopromocji

Nie da się wskazać winnych owego upadku krytyki – bo że z upadkiem mamy do czynienia, nie mam wątpliwości – ani sprowadzić go do kwestii rozmaitych zależności. Przyczyn kryzysu jest wiele, starałem się wskazać niektóre z nich: wymazywanie literatury z mediów, kryzys prasy literackiej, rynkowe zależności. To wszystko ma wpływ na jakość publikowanych tekstów, a także na fakt, że krytycy nie są w stanie zdiagnozować nowych zjawisk czy wylansować nowych autorów.

Jeśli się nie mylę, to ostatnim pisarzem, który autentyczny sukces zawdzięcza krytykowi literackiemu, jest Szczepan Twardoch. Można karierę Twardocha postrzegać jako promocyjny i wizerunkowy majstersztyk, ale sądzę, że gdyby nie recenzje jego książek na łamach „Gazety Wyborczej” pióra Dariusza Nowackiego, to „Wieczny Grunwald” nie stałby się wydarzeniem, a „Morfina” ukazałaby się w mniejszej oficynie niż Wydawnictwo Literackie. Dlaczego Nowackiemu zaufali czytelnicy? Może dlatego, że rzadko wygłaszał peany i niewątpliwie od lat należy do czołówki krytyków. Nawet jeśli sprowadzimy krytyka do „polecacza”, to czytelnik ma swój rozum i jeśli recenzent będzie chciał mu wcisnąć chłam („Dobra literatura. Warto przeczytać”), to raz czy dwa da się zwieść na manowce, ale za trzecim razem uzna, że może już lepiej sugerować się opiniami z Lubimyczytac.pl albo rekomendacjami celebrytów.

Prawdopodobnie największym problemem są jednak środowiskowe i korporacyjne uwikłania. Chciałbym przyjrzeć się im z dwóch perspektyw. Pierwsza jest dość tradycyjna – chodzi o znajomości. Nic nowego, oczywiście. Pięćdziesiąt lat temu pisarze i krytycy nie funkcjonowali przecież w próżni, nie żyli w swoich wieżach z kości słoniowej, nie stronili od towarzystwa. Ale media społecznościowe przesunęły akcenty i – że tak powiem – zmieniły układ sił. Po pierwsze, dzisiaj jak na dłoni widać, kto z kim się koleguje i kto z kim robi sobie selfiaczki. Po drugie i ważniejsze, dystans między krytykiem, pisarzem a czytelnikiem niebezpiecznie się zmniejszył. Co z tego wynika? Przytoczę dwa przykłady. (1) Kiedy Łukasz Najder na łamach „Tygodnika Powszechnego” skrytykował „Inną duszę” Łukasza Orbitowskiego, na profilu facebookowym krytyka w obronie kolegi po piórze stanął Jakub Żulczyk (zresztą w swoim niezbyt dyplomatycznym stylu). Bycie krytykiem wymaga pewnej odwagi, przynajmniej jeśli nie robi się tego pod pseudonimem. Odwagi tym większej, im bardziej zanurzeni jesteśmy w świecie natychmiastowego i nieustannego kontaktu, w którym każdy może nas „zrecenzować”. Tego rodzaju kuriozalne sytuacje mają też swój (2) rewers, kiedy np. autor książki na swoim profilu dziękuje krytykowi za recenzję.

Do tego dochodzi podwójność ról. Zdarzają się sytuacje, gdy krytyk jest również autorem i prowadzi np. program telewizyjny albo kanał na YouTube. Największymi obawami powinny jednak napawać wszystkich kombajny wydawniczo-recenzenckie. Tu najlepszym przykładem jest „Duży Format” i wydawnictwo Dowody na Istnienie. W „DF” pisują (recenzują książki, przeprowadzają wywiady z ich autorami) często absolwenci Instytutu Reportażu, którym kierują Wojciech Tochman i Mariusz Szczygieł, czyli współwłaściciele DnI. Nie ma oczywiście nic złego w tym, że obaj panowie wychowują kolejne pokolenie reporterów i wydają książki młodych, utalentowanych ludzi, tym bardziej że sami należą do ścisłej czołówki swego fachu w Polsce. Problem pojawia się wtedy, gdy książki Dowodów zaczynają dominować w „Dużym Formacie” (wypierając tytuły innych oficyn) albo gdy na gazetowych łamach opowiadają o nich wydawcy. Czy sytuacja, w której wydawca pisze o swojej książce, może być czysta? Czy sytuacja, w której w „Książkach. Magazynie do Czytania” Mariusz Szczygieł na dwóch kolumnach (na dzisiejsze standardy – hektary tekstu) opowiada o swoim spotkaniu z nieznanym w Polsce czeskim prozaikiem Petrem Měrką, którego powieść właśnie wyszła w Dowodach na Istnienie, jest czysta? – niezależnie od tego, czy książka jest dobra, czy nie. To tylko jeden z wielu przykładów. Służę innymi, gdyby ktoś był zainteresowany. Warto dodać, że Agora, wydawca „Dużego Formatu”, jest zarazem właścicielem Publio, jednego z największych sprzedawców e-booków w Polsce, i portalu gazeta.pl, promującego e-booki z Publio, a w dodatku ma własną, coraz prężniej działającą oficynę wydawniczą. Takie naczynia połączone kapitałem mogą krytykę dorżnąć.

Nie wypada zapominać o tym, że i światopoglądy odgrywają w krytyce/recenzenctwie rolę zasadniczą. Są pisarze, których po obu stronach politycznej barykady nie wypada u nas krytykować, mają bowiem status prawicowych bądź lewicowych nietykalnych. Są autorzy, których się chwali bądź gani za to, że piszą rzeczy zgodne z prezentowanym przez daną gazetę albo określone środowisko światopoglądem. Chyba nie to powinno być rolą krytyka. Nie wierzę oczywiście w złoty wiek, w którym istniał świat idealny z krytykami wydającymi werdykty jak biblijny Salomon. Różnorakie uwikłania zawsze się zdarzały. Teraz jest ich więcej – zapewne także dlatego, że w przeżywającej kryzys branży wydawniczo-literackiej trudno utrzymać się na powierzchni. Czy jest cień szansy, że będzie lepiej? Nie wiem, muszę wracać do przekładu dla jednego z dużych polskich wydawnictw.