Hardkor na gruzach Breslau
fot. Karol Makurat

14 minut czytania

/ Muzyka

Hardkor na gruzach Breslau

Miłosz Piotrowski

Do Zdechłego Osy słuchaczy przyciąga nie tylko nostalgia do zakurzonych punkowych brzmień czy szczerość, ale przede wszystkim odmienność. Ta sama , która jest zakorzeniona gdzieś w DNA wrocławskiego hip-hopu

Jeszcze 4 minuty czytania

Akcja dzieje się w warszawskim klubie Pogłos na Burakowskiej, gdzie gromadzą się dziesiątki ubranych na czarno, podchmielonych, długowłosych chłopaków i dziewczyn w podartych rajstopach i z mocnym makijażem. Większość z nich jeszcze przed osiemnastym rokiem życia. Gdzieniegdzie przewijają się przedstawiciele starszych generacji. Może zaciągnęła ich tu nostalgia do punkowych koncertów i rozrób z młodych lat? A może przyszli zarażeni wirusem Zdechłego Osy, który coraz śmielej rozprzestrzenia się po mainstreamowych rozgłośniach? Głównymi aktorami są dziś właśnie członkowie Thirdeye – artystycznego kolektywu uformowanego wokół enigmatycznej postaci z irokezem na głowie. Młodzi, niepokorni wrocławianie, których nie interesuje wiele więcej od „robienia destroyu”.

Na ścianach klubu wiszą obrazy o psychodelicznym zabarwieniu. Pod sceną gromadzi się coraz więcej ubranych na czarno osób. Na niektórych koszulkach da się zauważyć hasło „punk not dead”. I rzeczywiście, gdy na scenę wychodzą kolejni artyści spod szyldu Thirdeye i drą się do mikrofonu, można odnieść wrażenie, że duch tego zakurzonego gatunku krąży po sali. Jednak to, co widzi i słyszy, niekoniecznie musi mu się podobać. W końcu muzyka Zdechłego Osy oraz jego kolektywu nie opiera się jedynie na starych punkowych patentach. Gitarowe podkłady mieszają się tu z elektroniką, a artyści noszą na twarzach nie tylko blizny po bójkach, ale też engramy po przeżyciach w wirtualnej rzeczywistości.

fot. Karol Makuratfot. Karol Makurat

Fascynacja odmiennością

To właśnie w internecie powstało Thirdeye. Najpierw był to kanał na YouTube, na którym swoją twórczość udostępniał artysta znany wówczas jako Młody Osa. Jego nagrania z tamtego okresu zahaczały o popularny wtedy vaporwave, z tłumu wyróżniał je jednak psychodeliczny twist. Pierwszym utworem lidera Thirdeye, który mocniej zaistniał w świadomości rapowych głów, był „youngjesus”, opublikowany na kanale Kstyka w 2016 roku. Od początku Osa zasłaniał twarz bandaną, ruszał się jak kot i rzucał słowa na bit, jakby od niechcenia. Z czasem w jego muzyce większą rolę zaczęła odgrywać rozstrojona gitara i inne punkowe lub grunge’owe atrybuty. Wkrótce wszystkie te cechy spięły się w intrygujący, kwasowy wizerunek.

Osa zaczął przyciągać do siebie coraz więcej osób. Nie tylko słuchaczy, lecz także artystów, którzy zgromadzili się wokół niego, tworząc Thirdeye. Na tym się nie skończyło. Jego samoświadomość i konsekwencja sprawiły, że sześć lat później stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich muzyków młodego pokolenia. Wystarczy wspomnieć, że Brodka zaprosiła go na swój najnowszy album jako jedynego gościa. Osa zaczął budzić taką fascynację, że w pewnych kręgach wręcz podejrzewa się, że rozmyślnie kreuje swój image. Oliwy do ognia dolewał fakt, że wrocławianin miał studiować komunikację wizerunkową. „Jest to jedna z najbardziej szczerych osób, jakie spotkałem w życiu, jest do bólu taki, jakim widzisz go w klipie i w social mediach – rozwiewa wątpliwości 1988, producent współpracujący z Osą przy wspomnianej płycie Brodki i autorskim albumie „Ruleta”. – Drzemie w nim dużo wrażliwości. Jest bardzo inteligentnym gościem, bo to nie przypadek, że jego teksty bywają tak błyskotliwe. W tym całym ich banale czuć coś głębszego. On taki właśnie jest. To bardzo autentyczna, ale też bardzo niejednoznaczna postać”.

Już w numerze „youngjesus” Osa jasno określił swój stosunek do polskiego hip-hopu i ustawił się w kontrze do panujących trendów, nawijając: „jebać rap”. Pewien dysonans może budzić fakt, że utwór ten ostatecznie wylądował na kanale stricte rapowym i jakby nie patrzeć… został zarapowany. Słuchacze Osy uwierzyli jednak w jego antysystemowość i dalej uważnie patrzyli mu na ręce. Jego popularność wciąż rosła, a raper przestawał być samotną wyspą dryfującą po wrocławskim osiedlu Kosmonautów. Wypływał na szersze wody, na których pojawiały się kolejne kuszące możliwości rozwoju. Z pewnością przełomowa była dla niego współpraca z Pezetem przy okazji remiksu „Gorzkiej wody”, która miała swój finał podczas niesławnego występu na Torwarze. Gdy przyszła kolei Osy na złapanie za mikrofon, okazało się, że zapomniał tekstu. Zdjął więc buty i zaprezentował najbardziej nieudany stage diving w historii polskiego hip-hopu. Po tym wydarzeniu Osa popadł w infamię. Jak się szybko okazało – chwilową.

Nawet tak spektakularną porażkę Osa potrafił przekuć w sukces i zaadoptować jako element swojego wizerunku. Przyczyny tamtego fiaska do dziś nie są znane, ale uruchomiły proces spekulacji. Wśród interpretacji tamtego zdarzenia pojawiało się wszystko: od udziału twardych narkotyków po celowy zabieg. O ile jeszcze koncertowa rozróba czy pijackie wybryki wpisywały się w punkowy elementarz, z którego czerpie Osa, tak wydanie płyty w Warner Music z pewnością znajdowało się na jego przeciwnym biegunie. Rzeczywiście, profesjonalizacja działalności Osy wynikająca z kontraktu z majorsem (lepszy mix, wysokobudżetowe klipy itd.) odrzuciła część jego dawnych słuchaczy. Tych, którzy cenili go za spontaniczność, podziemność i tracki nagrywane na „mikrofonie do skajpaja”.

Tę stratę Osa odbił sobie z nawiązką – wystarczy spojrzeć na liczby streamów osiąganych przez utwory nagrane na album „Sprzedałem dupe”. Autoironiczność tego tytułu jest wymowna, choć tak naprawdę większe możliwości finansowo-techniczne nie zmieniły u Osy wiele w kwestii procesu twórczego. „Tak jak w większości numerów, które robi Osa, to był spontan – mówi o kulisach nagrywania utworu „Utkaj mordę” 1988. – Jednego dnia napisał do mnie, że bierze się za to dzisiaj, po kilku godzinach napisał mi, że już jest w studio, a po 15 minut dostałem gotową zwrotkę”.


Wrocławskie znamię

Do Zdechłego Osy słuchaczy przyciąga nie tylko nostalgia do zakurzonych punkowych brzmień czy szczerość, ale przede wszystkim odmienność. Ta sama, która jest zakorzeniona gdzieś w DNA wrocławskiego hip-hopu. „Kontrast pokoleń pokazuje nam, że można / Od lat rzeka Odra niesie wiele stylowych rapu odmian” – nawija Dżejpa na wstępie utworu White House Records x 71 „Posse Cut” z 2013 roku, na którym wystąpili czołowi wrocławscy MC’s. W zbiorowym hołdzie dla wrocławskiego hip-hopu, wyprodukowanym przez duet, który dał polskiemu rapowi słynną serię „Kodex”, można zobaczyć wielu osobliwych twórców, którzy przez lata formowali nadodrzańską scenę. Zawsze wyróżniała się ona na tle innych polskich miast.

Zdechły Osa tę odmienność jeszcze podkręcił, robiąc z niej swój znak rozpoznawczy. Stała się ona do tego stopnia zakorzeniona w jego personie, że na początku swoich słuchaczy nazywał właśnie „odmieńcami”. Gdyby zresztą wkleić go we wspomniany „Posse Cut” i postawić obok tej plejady nietuzinkowych postaci, to nadal wyglądałby niczym przybysz z alternatywnej rzeczywistości. „Ta inność może wynikać z klimatu Wrocławia – twierdzi Tymon, kultowa postać wrocławskiej sceny. – Kiedy słuchasz raperów z Warszawy, to wydaje się, że głównym tematem jest tam kasa, pokazywanie tej kasy, dążenie do tej kasy i szeroko pojęte wielkomiejskie zepsucie. To chyba charakteryzuje to największe miasto w Polsce, gdzie ludzie są zapracowani, zaganiani. Wrocław jest trochę mniejszym ośrodkiem, trochę mniej pędzącym do przodu, trochę mniej skoncentrowanym na tych materialnych aspektach życia”.

Już na przełomie wieków, gdy w stolicy prym wiedli odziani w dresy osiedlowcy, w mieście stu mostów za rap brali się raczej studenci i dzieciaki z dobrych domów. Jednym z nich był Siny, który w 2002 roku wydał album „W siną dal”. Było to dzieło zupełnie nieprzystające do ówczesnego mainstreamu. Dość powiedzieć, że Siny zamiast o nieprzyjemnych kontaktach z policją w jednym z utworów opowiadał o traumatycznej wizycie u fryzjera. To właśnie jego błyskotliwe teksty i wizjonerskie bity Magiery stworzyły podziemną legendę tego krążka. Pomimo że działający na początku wieku recenzenci podkreślali, że płyta wyprzedza swoje czasy, dziś pamiętają o niej tylko najwytrwalsi bywalcy wrocławskich pubów.

Przez lata po rapowych kuluarach krążyła plotka o klątwie ciążącej na Wrocławiu niepozwalającej tamtejszym raperom na zdobycie krajowej popularności. Ofiarą tego czaru padł właśnie Siny, który po debiutanckiej płycie odwiesił mikrofon na kołek. Zaszkodzić mogła mu właśnie ta wrocławska inność, w której być może trzeba właśnie upatrywać genezy tego fatum. Bo czy w tamtych czasach przesiąknięci maczyzmem fani rapu mogli pozwolić sobie, by wrzucić na głośniki chudzielca z wielką czupryną, który na domiar złego wyposażony był w wysoki, piskliwy głos? A nie był to również czas, kiedy hiphopowcy byli postrzegani jako pełnoprawni artyści poza swoim środowiskiem. Występowali tam raczej jako ciekawostki, przedstawiciele zagadkowego zjawiska z pogranicza społecznego marginesu.

Los Sinego podzielił również inny protoplasta wrocławskiej sceny – Roszja, który mimo że na koncie ma znacznie więcej projektów, także nie spotkał się z ogólnopolską aprobatą. Nawet Tymon, uważany dziś za prawdziwego guru dolnośląskiego rapu, nigdy nie osiągnął dużego komercyjnego sukcesu na krajowym podwórku. Przez lata lokalsi pokładali nadzieję w Sitku, który miał wrzucić Wrocław na rapową mapę. Jego debiutanckie „Wielki sny” uzyskały co prawda status platynowej płyty, jednak sam raper nie zdołał długo utrzymać się na piedestale. Zainteresowanie jego ostatnimi ruchami to już tylko powidok dawnego hype’u. Nieregularność w publikowaniu muzyki sprawiła, że pod względem rozpoznawalności i umiejętności Sitka wyprzedzili młodsi hiphopowi gracze, a rap-biznes pozostawił go w tyle.

To wrocławskie jarzmo zdołał zrzucić z siebie dopiero Guzior, który zgarnął złotą płytę za wydane w 2017 roku „Evil Twin”, by wkrótce zostać kolejnym platynowym raperem z Wrocławia. Wszystko wskazuje jednak na to, że w przeciwieństwie do Sitka nie ma zamiaru schodzić ze ścieżki sukcesu. Choć wydaje się, że Guzior wbił się do mainstreamu z buta, jego debiutancka płyta mocno odstawała na fonograficznym rynku. Wydane w 2015 roku „ylloM” cechowała psychodeliczna, „ćpuńska” aura bliska twórczości członków Thirdeye. Zdechły Osa podąża jego tropem, wyczuwając, że koniunktura w polskim hip-hopie sprzyja dziś różnorakim freakom. „W międzyczasie ten rap się zmienił, stał się dużo bardziej tolerancyjny dla odmienności, a nawet jej poszukujący – przyznaje Tymon. – Dzięki temu wykonawcom z tym wrocławskim sznytem, aurą czy znamieniem trochę łatwiej jest się pokazać i zostać zaakceptowanym”.

fot. Karol Makuratfot. Karol Makurat

Mroki Breslau

Już od czasów Kasty, Roszji i Tymona barwna, oniryczna przewózka miesza się we Wrocławiu z szarą osiedlową rzeczywistością. Twórczość Osy wyrasta na jego gruzach, ruinach Breslau i wpisuje się w osiągnięcia protoplastów tej sceny. Z niej również wywodzi się punkowy sznyt jego utworów, które czerpią w prostej linii z dokonań Zwłok i Sedesu. Wpływ tej muzyki był zresztą obecny już na pierwszych hiphopowych imprezach we Wrocławiu, które odbywały się w klubie Podium na Dworcu Świebodzkim. „Na pewno we Wrocławiu są silne korzenie punkowe – przyznaje Tymon. – Te pierwsze lokalne zespoły hiphopowe miały mocne związki z tą sceną. F.F.O.D. grali z żywym składem, gdzie sekcja rytmiczna była punkowa. Takie korzenie miał też DJ Pudło, obecnie połowa duetu Skalpel, który rozkręcał hip-hop we Wrocławiu. Wokół niego budowała się ta nasza społeczność. Dzięki temu na wrocławskiej scenie zawsze było więcej muzykalności i grania na żywych instrumentach”.

W twórczości Osy nadal można usłyszeć pogłos starego wrocławskiego hip-hopu, chociażby za sprawą wspomnianych żywych instrumentów. W historii sceny 71 (numer kierunkowy Wrocławia) ważną rolę odegrały także szalone eksperymenty, które mogły być spowodowane nieco inteligenckim charakterem tamtejszego rapu. Z nich zrodziły się konceptualne albumy Świntucha, Perki Pat czy Sfondu Sqnksa. Dzisiejszy Wrocław to nadal pole eksperymentów, choć jest on kojarzony już nie tylko z tymi muzycznymi, ale też narkotykowymi. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że w dwunastu wersach położonych na remiksie „Gorzkiej wody” Osa upchnął pięć nazw substancji psychoaktywnych. Na skręt wrocławskich twórców w ciemną stronę niestety nie brakuje też empirycznych dowodów. W 2019 roku miastem wstrząsnęła wiadomość o tragicznej śmierci Zioła, który swego czasu był określany rapową nadzieją Wrocławia i zanotował nawet występ w „Młodych wilkach” z 2013 roku. „Wpisy śp. Zioła na narkotykowym forum budzą przerażenie” – informował portal glamrap.pl tuż po odejściu artysty.

Czym jest wrocławski hardkor?  

W listopadzie Zdechły Osa opublikował utwór „Przez ciebie”, który zapowiada jego nadchodzący album „Breslau Hardcore”. Już w tytule odnosi się on do Wrocławia, a właściwie do lokalnego hardkoru, rozgrywającego się gdzieś w mikrokosmosie Osy. „Czytałbym to tak: ja żyję hardkorowo, ale z wrocławską wrażliwością, z wrocławskim odmiennym spojrzeniem na świat – tłumaczy Tymon. – Hardkor niewrocławski to raperzy tacy jak Bonus RPK, a we Wrocławiu wygląda to trochę inaczej”.

fot. Karol Makuratfot. Karol Makurat

Przez lata hiphopowcy z Wrocławia tworzyli na swoim podwórku nietuzinkowe projekty, jednak stale odbijali się od ściany niezrozumienia. Czasy, kiedy raper mógł zostać skreślony za ubranie różowej bluzy, dawno już minęły. Na tej zmianie świadomości mogą skorzystać raperzy znad Odry. Tym bardziej że koniec hermetyczności oznacza także przyzwolenie na romanse z innymi gatunkami. To również dzięki temu połączenie punka z rapem Zdechłego Osy zyskuje dużą popularność. Podobnej sztuki próbują również inni członkowie Thirdeye, jak np. Yann, autor pop-punkowego, osadzonego w nocnym życiu Wrocławia albumu „Postpandemicznie”.

W 71 wzbiera punk-rapowa, antysystemowa fala kierowana przez Zdechłego Osę, która wkrótce może zalać polski hip-hop. Scenę, która zatraciła gdzieś buntowniczy pierwiastek, niegdyś stanowiący przecież jej nieodłączny element. Dla stolicy Dolnego Śląska punktem przełomowym może być właśnie lutowa płyta Osy. To wówczas przekonamy się, czy hardkor z Breslau na stałe zakorzeni się w mainstreamie, czy może zniknie, potwierdzając legendy o klątwie ciążącej nad miastem stu mostów.