WYCIECZKI: Miejsce

WYCIECZKI: Miejsce

Maria Magdalena Kozłowska

Tropiąc historię parku Poetów w Zielonej Górze, zamiast słów odnajduję głównie obrazy i wrażenia, które następnie przerabiam na słowa. Zasiewam w ten sposób ziarno raczej fantazji niż faktu

Jeszcze 6 minut czytania

Na tyłach starego kiosku ukazała się twarz Chrystusa. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Tania farba odłuszczyła się niezwykle precyzyjnie, jakby pod czujnym dotykiem dawnego mistrza; rdza przezierała spod spodu dokładnie tam gdzie trzeba, bezdyskusyjnie przybierając kształt brodatego mężczyzny. Nie zabrakło nawet cieniutkiej, zgrabnej cierniowej korony, przeplecionej fantazyjnie przez włosy. Acheiropoietos z rogu Konicza i Waryńskiego, święty obraz nie ludzką ręką, lecz wieloletnim zaniedbaniem kiosku uczyniony, nie doczekał się nigdy publicznego statusu, ani też uznania ze strony Kościoła. Wizerunek Ukrzyżowanego znajdował się w wąskim przesmyku pomiędzy ślepą ścianą bloku a tyłem kioskowej budki i pozostawał mało zauważalny, zarówno dla sprzedawcy, jak i dla ludzi czekających na pobliskim przystanku na autobus numer 7, 8 lub 0, a my z Sabinką odkryłyśmy go tylko dlatego, że chodziłyśmy za kiosk palić papierosy.

Było prawie milenium, kończyło się lato, my miałyśmy niebawem iść do liceum i niewiele obchodził nas brodaty smutas. Żadna z nas nie pochodziła z rodziny szczególnie, jak to się mówi, wierzącej. Zwiastowanie było dla nas sprawą zwykłą, choć, trzeba mu oddać, zostawiło ślad w naszym sekretnym języku. „Chodźmy do Chrystusa”, szeptałam w ucho Sabince, a potem próbowałam wdmuchnąć jej dym do ust, ona uchylała się, a dym leciał Ukrzyżowanemu w twarz, nic nie robiąc sobie z jego męczeństwa. Mnie obchodziła głównie moja własna Golgota, moja męka. Przeżywałam opętanie, płynął przeze mnie gorący strumień, co się przeżera przez kości i ciało. Jego imię, nigdy nieobjawione w pełni, zaczynało się chyba na S.

A zresztą twarz Chrystusa z kiosku na rogu stanowiła tylko jedną z wielu tajemnic, które w naszym mieście uwalniały się systematycznie spod warstw farb i tynków. O wiele bardziej frapujące niż banalny, katolicki cud były stare niemieckie napisy, które w pewnym momencie zaczęły pojawiać się wszędzie; było tak, jakby termin ważności skończył się jednocześnie wszystkim słabym powojennym farbom, którymi po repolonizacji zamalowywano niemieckie miasto. Budynki zaczęły obłazić, jakby się między sobą umówiły, jakby poczuły, że nadszedł czas ujawnienia przeszłości, która do tej pory unosiła się nad miastem niewcielona w niczyją pamięć. I tak znad sklepu z farbami wymaterializował się duch fryzjera w postaci czarnego szyldu, znad rybnego kwiaciarnia, a nad mieszkaniem babci Sabinki – kuźnia. Mylące.

Poniemiecki był także park, w którym spędzałyśmy tamto lato, szepcząc sobie sekrety i pijąc tanie wino lokalnej marki Agropol. Dziś nazywa się park Poetów, ale my nazywałyśmy go po prostu Miejscem.

Kiedy Zielona Góra była jeszcze Grünbergiem, na ówczesnych obrzeżach, w miejsce kopalni gliny, utworzono teren rekreacyjny. Wielki na 101 hektarów, szybko przechodził właściwie w las. W głębi kryły się trzy spore stawy, wąwozy i inne ekscytujące nierówności terenu. Przyroda osiągalna, namacalna, codzienna, choć wciąż transcendentna i przyprawiająca ducha o drżenie. Park spełniał więc umiłowany przez Niemców koncept, w myśl którego należy wpuścić do miasta naturę w formie dzikiej i nieposkromionej, nie pozwalając jej jednak zapomnieć, że istnieje w służbie człowieka – wytyczyć ścieżki, dbać o proporcje. Mimo rozpytywania znawców dziejów ziemi lubuskiej, a także własnych łapczywych badań, niewiele wiem o jego wczesnej historii. Najwyraźniej był to po prostu zwykły park, ot, okazja, by kultywować Wanderlust. Odbić od Rohrbuschweg, żeby się przejść, samotnie kontemplować lub pośmiać się w towarzystwie. Poddać się atmosferze późnego letniego popołudnia. Odpocząć pod drzewem, przysnąć, przez sen wpaść w nieważkość. Oderwać się od ziemi, unieść się ponad jezdnię, zobaczyć miasto z oddali. Znaleźć logikę w kombinacji kapeluszy i dachów, zrozumieć swoje życie jako płaski obraz codziennych tras, jako mapę spacerów, zakupów, wizyt – tych oficjalnych i tych sekretnych. Grosse Bahnhofstraße, Niedergasse, ratusz. Rozpoznać tereny płaskie, wybrzuszone, krainy uczęszczane, a także te z ulgą zapomniane i przysypane kamuflażem z kurzu, ziemi i wstydu.

Życie prywatne i życie miejskie splatają się w niechcianym często uścisku, tak ciasnym, że zatrzymuje nas na zawsze, choćbyśmy unieśli się bardzo wysoko. Tak mocnym, że nad miastem do dziś unosi się lato 1933 i moje lato z Sabinką w roku 2000.

Dziś park Poetów funkcjonuje jako nieco niszowe miejsce przechadzek, o którego atrakcyjności o każdej porze roku przypomina od czasu do czasu lokalna gazeta. Ciągnie się na wschód od obecnej ul. Prof. Z. Szafrana, między Wazów i Akademicką.

Wycieczki

Wycieczki to opowieści o miejscach nieoczywistych. Niedalekich, intrygujących, mających swoją historię, ale nie całkiem turystycznych. Eseje o miejscach, gdzie można się wybrać w piękny wakacyjny dzień i nie spotkać żywej duszy. A jeśli już, to inne czytelniczki i czytelników „Dwutygodnika”.

Tropiąc jego historię, zamiast słów odnajduję głównie obrazy i wrażenia, które następnie przerabiam na słowa. Zasiewam w ten sposób ziarno raczej fantazji niż faktu. Sprawdzam ścieżki niejasne, prowadzące donikąd, echa w wąwozach tysiącem odbić szepczące: „domyśl się”. Podczas tych chaotycznych badań, przyprawiających mnie o wywołane wspomnieniami trzepotanie uczuć, natykam się na pocztówkę przedstawiającą dwie rozmyte postaci nad jednym ze znajdujących się w Miejscu stawów. Zdjęcie jest stare, przekłamane. Niejasna, wielokrotna jakby perspektywa sprawia, że stojący po prawej mężczyzna wydaje się nieproporcjonalnie większy od tego po lewej, jak gigant. Obydwaj mają kapelusze i (może? chyba?) wąsy. Mężczyźni pozują, zwróceni do nas, pozostając w dziwnej, absurdalnej wręcz odległości od siebie. Czy to demonstracja szerokości kadru, na jaki mógł sobie pozwolić w latach 30. XX wieku aparat fotograficzny? Nie jestem uczciwą badaczką historii. Każdy obraz Miejsca, który biorę do ręki, rozświetla się sentymentalnym Heiligenschein. Od razu jest dla mnie jasne, że mężczyźni są w sobie zakochani, i czerwienię się nad pocztówką. Spekuluję, że jeśli to rzeczywiście kochankowie, to w przestrzeni rozdziela ich pewnie strach przed kryminalizującym „nierząd przeciwny naturze” paragrafem 175, którego historię od lat bada dr Joanna Ostrowska, a który obowiązywał w zjednoczonej Rzeszy Niemieckiej już od 1871. W latach 30., kiedy to dawne glinianki stały się terenem rekreacyjnym, a narodowi socjaliści doszli do władzy, jak podaje Ostrowska w książce „Oni”, paragraf rozszerzono, umożliwiając karanie mężczyzn podejrzanych o jakikolwiek kontakt cielesny. A przecież wąwozy, zaułki, duży teren i generalnie romantyczny charakter Miejsca czyniły z niego idealną wręcz pikietę – dyskretną i klimatyczną.
Rasten ohne traute Wonne, nicht so bitter will ich büßen.
komme nur, du schwarzes Auge, komme, wenn die Sterne grüßen!
(
„Godząc się na brak rozkoszy, Mej pokuty też odmawiam / Chodź więc do mnie, piwnooka, Gdzie Cię gwiezdna brać pozdrawia”, Georg Friedrich Daumer, „Rede, Mädchen, allzu liebes”, tłumaczenie moje)

pocztówka

Kusi mnie, by użyć sztucznej inteligencji, która rekonstruuje dziś stare zdjęcia, z budzącą pewien niepokój precyzją domyślając się wyrazów twarzy, a więc i uczuć, które się za nimi kryją. Po wojnie włożono dużo pracy w to, by zatrzeć ślad po tamtym letnim popołudniu. Polscy mieszkańcy mieli swoje sprawy, a romantyczni kochankowie w kapeluszach zaczęli jawić się na pocztówkach jako po prostu Niemcy.

Pragnący i upragniony, pamiętający i pamiętany zostali zapomniani. A przecież pamięć niesie pasję, potężniejszą nawet niż pragnienie, które funkcjonuje docześnie, w radykalnym, rozgrzanym tu i teraz. Jak się pamięta pragnienie? A może zostaje tam, gdzie je ktoś czuł, jak niemiecki skarb w ziemi, jak ruda. Przeżarta do kości ściana kiosku z wizerunkiem Jezusa, choćby rozebrana do ostatniego nitu, pozostanie jak nowa, dopóki pielęgnuję w sobie jej obraz. Tajemnica bolesna. Afektywne podróże w czasie. Zapiekam się we własnym ogniu, duszę we własnym sosie.
Pod koniec lat 90. nie było nam z Sabinką wiadomo, że istnieje coś takiego jak queer.

Ostatecznie to konferencja poczdamska odebrała niemieckim kochankom Miejsce. Choć nigdy wcześniej polski, Grünberg znalazł się w puli tzw. Ziem Odzyskanych. Już zresztą w 1940 roku w sztabie generała Sikorskiego snuło się wizję przesunięcia granicy państwa polskiego na linię Szczecin–Nysa Łużycka. Tereny te zamieszkiwało 8,5 miliona Niemców, których, rzecz jasna, trzeba się było pozbyć.

Po wojnie temat wrócił jako jedna z głównych osi propagandy nowo rządzących. Władza traktowała sprawę repolonizacji ziem zachodnich priorytetowo, dostrzegając w niej okazję do demonstracji własnej sprawności i jak stwierdzał Władysław Gomułka, „powiązania narodu z systemem”. Wedle rozkazu wydanego żołnierzom 5. Dywizji Piechoty: „Nadszedł historyczny dzień w dziejach Polski wyrzucenia germańskiego plugastwa z ziem odwiecznie polskich, oswobodzonych przez Wojsko Polskie i bratnią Armię Czerwoną. Każdy oficer, podoficer i żołnierz winien zdać sobie sprawę z tego, że spełnia dzisiaj misję dziejową, na której urzeczywistnienie czekały całe pokolenia” (podaję za artykułem Fatimy Nowak-Małolepszej, „Niemcy na Ziemi Lubuskiej w latach 1945–1950”).

Akcji przesiedlenia towarzyszyły rabunki, gwałty i niezliczone akty przemocy. O czasie wyjazdu Niemcy informowani byli z wyprzedzeniem zaledwie 24 godzin. Poza ogólnym zastraszaniem chodziło o to, by wysiedlani nie mieli czasu na ukrycie lub zniszczenie dobytku. Wolno im było zabrać tysiąc marek niemieckich na osobę, w banknotach lub bilonie. Nie wolno było wywozić srebrnych i złotych monet, podobnie jak książeczek oszczędnościowych, papierów wartościowych, a nawet znaczków filatelistycznych. Jedna osoba mogła wywieźć jeden zegarek, jedną obrączkę ślubną, jeden pierścionek, jedną parę kolczyków. Reszta biżuterii, jak również pieniędzy powinna była zostać zdeponowana w najbliższym oddziale banku polskiego. Napisy niemieckie zostają zamalowane, ale czarne szyldy i tak wyzierają spod cienkiej, wymęczonej wojną farby. Zamalowuje się je jeszcze raz i jeszcze raz. Zacieranie śladów nie jest sprawą prostą. Brakuje na przykład papieru, więc polskie dokumenty pisane są na drugiej stronie tych niemieckich. Repolonizacja przebiega opornie, niekiedy na niekorzyść pięknych przedmiotów, które pękają pod łapczywym dotykiem stwardniałych po wojnie rąk. Cierpi ład architektoniczny. Trzy stawy w Miejscu zmieniają się powoli w bajora.

W dniu, kiedy spotykałyśmy pod Chrystusem trzech chłopców, fakty te nie były ani mnie, ani Sabince znane. Wydaje się jednak, że unosiły się gdzieś w powszechnej Nieświadomości. W Zielonej Górze było rzeczą normalną odkryć swastykę na widelcu, którego używało się całe życie. Nikt jednak nie mówił o powojennych wysiedleniach, jakiekolwiek ślady współczucia były oczywiście nie do pomyślenia. Nie że wzbronione, po prostu nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby ronić łzy nad historią niemieckiej utraty. I ja nie lituję się nad nimi, po prostu praktykuję Wanderlust, tworzę zielnik, zbieram pamiątki znalezione na szlaku nieszczęśliwych kochanków.

W dniu, kiedy spotkałyśmy pod Chrystusem trzech chłopców, wszystko wydawało się jasne i czyste, a wizja przyszłego szczęścia niosła mnie kilka centymetrów nad ziemią. Wraz ze mną unosił się banknot stuzłotowy, który wyjęłam z porcelanowej, poniemieckiej zresztą cukiernicy, w której moi rodzice trzymali oszczędności. Nie wiem, czy zauważali ich systematyczne znikanie, czy jakiekolwiek podejrzenia budziło pojawianie się wciąż nowych kaset Varius Manx, Kasi Kowalskiej, czasem Céline Dion. Tym razem pieniądze przeznaczone były na papierosy i słodkie wino o smaku malin lub może wiśni, które zamierzałam spożyć w Miejscu razem z Sabinką, snując marzenia i taplając nogami w zastałym brudnym stawie. Na dłuższą metę chciałam odłożyć na używany samochód, którym zamierzałam podjechać pod dom Sabinki i na oczach jej rodziny zabrać ją gdzieś daleko, gdzie żyłybyśmy szczęśliwie, wolne od niewygodnej troski najbliższych.
Los miał jednak inne plany. 

Widzę zdarzenia tamtego popołudnia jako serię ostrych obrazów, pulsujących gamą kolorów lat 90. Jest tam błyszczący fiolet i biel, dużo bieli, biel skarpetek. Sztruksowe dzwony, krótkie topy odsłaniające pępek, koraliki na rzemyku. Widzę, jak pod Chrystusem, ubrana w spódniczkę w szkocką kratkę i fioletowe rajstopy, czeka na mnie Sabinka, ale nie jest dziś sama. Wokół niej trzech chłopców, mniej więcej w naszym wieku, choć jednak młodsi. Rozprawiają o czymś gorączkowo, z daleka dochodzą mnie podniesione głosy; znać, że chłopcy ścigają się w robieniu na Sabince wrażenia. Rozgestykulowane dłonie przecinają powietrze, gesty sugerują, że czegoś jest dużo. Od razu widzę, że oczy Sabinki są rozpalone jakimś prospektem, już przekonane, wciągnięte w roztrzepotaną chłopięcą intrygę. Kiedy podchodzę blisko, jej rwane świadectwo składa się w prostą właściwie historię – w zamian za wino, papierosy i towarzystwo chłopcy pokażą nam przedwojenną mapę Miejsca, która wskazuje, gdzie uciekający Niemcy zakopali złoto, kosztowności i inne bezcenne skarby, dzięki którym nasze życie zmieni się na zawsze. Sabinka rozjarza się na myśl o możliwości kupna małego domku, w którym wraz z przyszłym mężem wychowywać będzie niezliczone przyszłe dzieci, które Sabinka zacznie rodzić za trzy lata, zaraz po ukończeniu liceum. Wizja ta nie pozwala jej dostrzec idiotyzmu tej sytuacji. Mapa jest kopią kopii, odbitą na ksero co najmniej o jeden raz za dużo; są to właściwie czarno-białe niewyraźne mazy, na których zaznaczono jakieś strzałki, jakieś wyliczenia. Na marginesach spreparowano notatki, niby to po niemiecku.

Jest oczywiste, że to mistyfikacja. Jestem zła na Sabinkę, że tak łatwo wchodzi w znajomość z przypadkowymi osobami, ale mimo wszystko jej entuzjazm zwycięża, chcę spędzić z nią czas, więc opuszczamy Chrystusa, zagłębiamy się w osiedle Wazów, które powoli zaczyna zarastać. Wcale nie jestem na to gotowa, za to pełna obaw. Wiem, że kiedy dojdziemy do Miejsca, zawładnie nami coś nowego, rozkręci się odwieczna dynamika. Chłopcy będą uważać, że jesteśmy od nich zależne, wkroczy między nas całe to heteroseksualne coś, co sprawia, że ładne dziewczynki chętnie poddają się woli chłopców. W 2000 roku nie jestem tymi sprawami zainteresowana. Naszą ulubioną zabawą jest, póki co, zabawa w spowiedź. Stawiamy w pokoju krzesło, na nim drugie, zakrywamy je kocem i jedna siada w środku przy zapalonej lampce, podczas gdy druga opowiada jej do ucha fantazje. Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby Sabinka robiła cokolwiek z chłopcem.

W sklepiku osiedlowym jakimś cudem zostają nam sprzedane wina i papierosy. Wkrótce mijamy już ogródki działkowe. Mina coraz bardziej mi rzednie, bo Sabinka ewidentnie przekonwertowała się już na stronę chłopców, zwłaszcza jednego z nich, który jest najwyższy, ma kręcone ciemne włosy i, o Boże, właściwie snują już wspólne plany, już wiedzą, na co przeznaczą niemiecki skarb. Niby to szukają kierunku, niby to mierzą kroki, ale widzę, że robią to tylko po to, by ich twarze spotkały się nad wygniecioną kartką papieru. Przez coraz to gęściej rosnące drzewa przesącza się światło późnego popołudnia, spokojne i wyrozumiałe, ale dla mnie zwiastujące nadciągającą noc, rychłą śmierć lata. Docieramy w końcu nad bajoro, które było dawniej stawem, nad którym subtelni kochankowie stawali od siebie daleko, by nikt nie odkrył tego, co się w nich dokonuje; co innego Sabinka i ten wysoki – nie rozdziela ich żaden wstyd, nie dbają o odpowiednią odległość. W końcu jest prawie rok 2000, znajdujemy się na ziemiach polskich, ona jest kobietą, a on mężczyzną, a nawet jeśli jeszcze nie, to płeć robi już wszystko, by przebić się na główny plan.

Tereny zielone przejmują krajobraz, wchodzimy w pierwszy wąwóz, męczę się, kaszlę, wzywam Boga na świadka. Pnie przewalone przez drogę może już przed wojną wbiły się w krajobraz i teraz musimy przeleźć przez nie, wysoki oczywiście pomaga Sabince przejść, chociaż nie trzeba, Sabinka jest z wuefu bardzo dobra. Kiedy dochodzimy nad staw, słońce oślepia nas na przywitanie, światło wprawia w ruch zastałą, porośniętą grubym zielonym nalotem taflę wody. Dawniej cięły ją leniwe łódki; rozmarzeni, dobrze ubrani mieszkańcy Grünbergu nie podejrzewali, że ich królestwo z czerwonej cegły zarośnie, stężeje i straci prawo do własnych wspomnień.

Gówniarze biorą się do roboty; już znaleźli oznaczony na mapie krzyżykiem punkt – dwanaście kroków od starego buku, stojąc plecami do bajora. Nikt nie ma oczywiście przy sobie łopaty. Na poszukiwanie niemieckiego skarbu bez jakiegokolwiek sprzętu, którym można by go wykopać, mógł wybrać się tylko ktoś, kto nigdy w istnienie skarbu nie wierzył. Ale niscy chłopcy zabierają się za kopanie rękami, nie mogę w to uwierzyć, zdaje się, że oni też są nabranymi. Za wszystkim stoi wysoki chłopak, wiedziałam, plan porwania Sabinki uknuł już dawno, pewnie widział nas wcześniej pod Chrystusem. Wpadła mu w ręce pierwsza lepsza przedwojenna mapa. Muszę jednak przyznać, że odczuwam pewien szacunek dla jego wyobraźni. Piję wino tak szybko, jakby zależało od tego moje życie, w pewnym sensie przecież zależy.

Sabinka śmieje się z jego żartów, dotyka jego włosów, obraz ledwo widoczny, rozmyty przez łzy, które nadają mu charakter nieudanej fotografii. Biegnę przed siebie, a przecież nie ruszam się z miejsca, rozmyta, biegnę raczej w czasie, przez stulecia. Robi mi się niedobrze, czuję, że muszę się położyć. Kładę się na wilgotnym mchu i pozwalam słońcu popołudnia stopić mnie z jego miękką, choć silną tkanką. Przenikam nagrzaną ziemię, przeciekam, sokami ciała ciągnie mnie głęboko do korzeni. Jednocześnie widzę i czuję, że wokół mnie wybiło cmentarzysko starej porcelany. Fragment talerzyka firmy Bolesławiec wyrasta z mchu, uszkodzony, ale wciąż obły. Mech wokół mnie pełen jest odłamków porcelany. Fragmenty bawarskich talerzy o pozłacanych brzegach, filiżanki w kwiaty, widelce z orłem. Miejsce porasta zastawą, jakby gotową do obiadu. Morzy mnie. Zasypiam snem dziwnym, kamiennym, silnym jak śmierć. Ciemność bez snów, czarna smoła, w której tonie się prędko jak kamień, jak betonowa skrzynka, jak cegła. Kiedy wracam do świadomości, zauważam, że sceneria mocno się zmieniła. Cisza jak makiem zasiał. Wciąż ciepło. Dwaj niscy chłopcy leżą bez ruchu na ziemi, zmęczeni chyba kopaniem tej dziury. W dziurze stoi Sabinka i najwyższy chłopak. Widzę ich od pasa w górę, że też tym chłopcom udało się w tak krótkim czasie wykopać tak głęboki dół, przecież minęła zaledwie chwila. On obejmuje ją ramieniem, ich ramiona zrobione są z tej samej jakby skóry, już złączone, już przesądzone. Achtung, kochanie! Jeśli historia o skarbie to prawda, jedyne, co cię za niego czeka, to mały domek, z którego nigdy już nie wyjdziesz, zajęta rodzeniem niezliczonych dzieci. Mówią coś do siebie, tak cicho, że nawet w ciszy letniego lasu nie słyszę ani słowa. Patrzą na siebie z bardzo bliska, są sobie coraz bliżsi. Całują się.

Wyciągam przed siebie ręce, żeby zasłonić się przed tym obrazem, ale nie mogę się ruszyć; zamiast ciała wyciągają się przede mnie ręce astralne, ręce, że tak powiem, mojej duszy, ale do Sabinki to już nie dociera, bo jej ucho zajęte jest przez inny szept.

Patrzy na niego z dołu, znam to spojrzenie, uśmiecha się trochę złośliwie, pewna swego, wspierana przez szum drzew i klekotanie żab. Jak śmiałaś, wyrodna. Jeśli istnieje jakiś skarb, to należy się nam, nam! Tak bardzo chciałam, byśmy wyjechały samochodem do Niemiec, tylko we dwie, wiatr we włosach, z radia głośna muzyka, „Spróbuj choć raz odsłonić twarz i spojrzeć prosto w słońce, zachwycić się, po prostu tak i wzruszyć jak najmocniej, nie bój się bać, gdy chcesz to płacz, idź szukać wiatru w polu. Pocałuj noc w najwyższą z gwiazd, zapomnij się i tańcz”. Ale już wiem, że wszystko skończone.
Tonę w stawie, tonę w słowach, piszę ostatkiem sił.

A jednak wciąż piszę. Mówią, żeby zapisywać uczucia, zmieniać emocje w słowa. Prowadzić dziennik uczuć. Piszę więc wzburzonym ciałem, pochylona nad kartką papieru pod ostrym kątem, w łuku, pisząc te słowa, potrącam kubek z zimną herbatą tak gwałtownie, że upada na stół, zalewając paragony, okulary, odręczne notatki i trochę komputer. Przeżywam tragedię konieczności podjęcia stosownej reakcji, konieczności przerwania zapisu, wycierania stołu. Zagrożona jest technologia. To niewielkie wydarzenie sprawia, że coś we mnie pęka. Lato się we mnie, po iwaszkiewiczowsku, przełamuje. Jestem gotowa.

Na odwrocie pocztówki z lat 30., przedstawiającej dwóch mężczyzn nad stawem w Miejscu, składam Ci letnie pozdrowienia. Piszę do Ciebie, Sabinko. Piszę do Ciebie zewsząd – z kraju, zza granicy, z daleka. Z radości, ze smutku, ze wszystkich stanów mieszanych. Piszę, choć pewnie nie przeczytasz tych słów, bo oślepłaś już od nieustannych porodów. Piszę do Ciebie zawsze.

Z sentymentu, z nudów, z przyzwyczajenia. Ryję Twoje imię w drzewach, odkąd przekroczyłaś próg mojego domu w wieku 13 lat, dźwigając na zębach aparat, w którym brakowało jednej płytki. Pisałam do Ciebie dziś rano i pewnie będę pisać w wieczór swojej śmierci.

Piszę w imię wszystkich utraconych miłości, w imię dawnych i naszych czasów, w imię wiary, że wszystko jeszcze może się zdarzyć. Choć Cię już wcale nie znam, choć zapomniałam Twoją twarz, coś nie pozwala mi przestać.