Nick Drake: prawda w piosenkach

Nick Drake: prawda w piosenkach

Angelika Kucińska

Nie lubił wywiadów, rzadko grywał koncerty. Dzielił media, dystansował publiczność. Przegapiony za życia, beatyfikowany wiele lat po śmierci. Stereotypowy życiorys geniusza

Jeszcze 2 minuty czytania

Czterdzieści lat temu jego albumów chciało słuchać niewielu, na wydany właśnie pięciopłytowy „Tuck Box” rzucą się miliony. Drugiego takiego jak Drake w historii muzyki nie było. Robert Smith, lider The Cure, przyznaje, że nazwę swojego zespołu zaczerpnął z piosenki Drake’a. Bezpośrednie, bardziej jednoznaczne inspiracje jego konfesyjnymi nagraniami słychać u Elliotta Smitha, Badly Drawn Boya, Bena Howarda czy na solowych (tych akustycznych) albumach Grahama Coxona.W zasadzie cała współczesna scena folkowa to pomnik wystawiony „Pink Moon” – najlepszej i jednocześnie ostatniej studyjnej płycie, jaką Drake zdążył wydać. W 2012 roku ukazała się też płyta polskiej wokalistki Grażyny Auguścik „Songs of Nick Drake” z jazzowymi interpretacjami piosenek Brytyjczyka.

Drake żył tym, o czym śpiewał. Mimo że jego teksty sporo zawdzięczały brytyjskim poetom i pełne były symboliki, w swojej angażującej prostocie obnażały traumy udręczonego geniusza. Mówił muzyką – dosłownie; podobno gdy nie śpiewał, prawie się nie odzywał, a jego najbliżsi – rodzina, przyjaciele, współpracownicy – w licznych wywiadach opublikowanych po śmierci Drake’a zgodnie przyznali, że nie za dużo o nim wiedzieli.



Sprintem do sławy


Dorastał na wsi niedaleko Birmingham. Pochodził z muzykalnej rodziny – rodzice nie byli wykształconymi muzykami, ale amatorsko komponowali, a jeden z biografów dopatrzył się nawet punktów wspólnych w utworach Drake’a i jego matki – równie dyskretnych i o podobnie fatalistycznej wymowie. W college’u rozwijał sportowe zainteresowania – był zdolnym sprinterem, grał w rugby. Plus sto punktów do popularności? Nie w tym wypadku. Koledzy ze szkoły wspominali go jako pewnego siebie chłopaka, wręcz aroganckiego, choć zamkniętego w sobie. Trzymał się z boku, nawet jeśli wszędzie było go pełno. Gdy schodził z boiska, grał na pianinie w szkolnej orkiestrze. Brał lekcje klarnetu i saksofonu.

Mniej więcej wtedy też założył pierwszy zespół – z repertuarem bazującym na bluesowych coverach i jazzowych standardach. Już wtedy miał dobry gust – do zespołu próbował dołączyć Chris De Burgh, ale nie przeszedł selekcji ze względu na „zbyt popowe” zainteresowania. W grupie Drake'owi było niewygodnie, szybko kupił pierwszą gitarę i zaczął eksperymentować z technikami gry na tym instrumencie. Zdobył stypendium wydziału literatury angielskiej na uniwersytecie w Cambridge, ale najpierw wyjechał do Francji. Po powrocie zamieszkał w Londynie, u starszej siostry. Odkrył miękkie narkotyki i płyty Dylana. Występował w lokalnych klubach i kawiarniach.

Na jednym z takich występów (supportował psychodeliczną folkrockową grupę Country Joe And The Fish) wypatrzyła go basistka Fairport Convention. Wrażenie robiła nie tylko muzyka, ale i charyzma Drake’a, co może dziwić przede wszystkim w kontekście jego późniejszych, co najmniej kontrowersyjnych występów, gdy obrażony na publiczność schodził ze sceny w połowie koncertu. Wpływowa fanka przedstawiła Drake’a Joemu Boydowi – producentowi i wydawcy związanemu z Witchseason Productions. Boyd miał już na koncie poważne sukcesy. Wprowadził do mainstreamowego obiegu kilku folkowych wykonawców i w Drake’u zobaczył kolejną potencjalną gwiazdę.

Sukcesu nie było

Drake wierzył, że współpraca z Boydem katapultuje jego muzyczną karierę. Był gotowy wiele poświęcić i na dużo liczył. „Five Leaves Left”, debiutancki, wydany jesienią 1969 r. album nagrywał na wagarach. Urywał się z zajęć, jechał pociągiem do Londynu, gdzie mieściło się studio. Szło fatalnie. Nagrywali w pośpiechu, korzystając z czasu zarezerwowanego dla Fairport Convention. Dodatkowo Drake nie dogadywał się z Boydem, który przejął rolę producenta. Boyd nie rozumiał koncepcji Drake’a. Muzyk nie chciał drugiego George’a Martina. Chciał naturalnie, intymnie brzmiącej płyty z orkiestrowymi aranżacjami. Postawił się. Mimo sprzeciwu Boyda, który nie chciał w studiu amatora, zaprosił do współpracy kolegę ze szkoły, Roberta Kirby’ego, studenta realizacji dźwięku. Przekonał też wydawcę, żeby dołożył do budżetu i zatrudnił wprawnego kompozytora Harry’ego Robertsona. Ten z kolei miał wyeksponować w jednym z utworów („River Man”) inspiracje muzyką Ravela. Premierę przesunięto o kilka miesięcy, a sam Drake niechętnie brał udział w promocji swoich płyt.



„Five Leaves Left” sprzedało się w minimalnym nakładzie. Radia, wyłączając Johna Peela, nie chciały grać Drake’a. Recenzenci też nie byli jednogłośni. „Melody Maker” uznał debiut za interesujący. Dziennikarza „NME” znudziła jego jednostajność. Sam Drake jeszcze wierzył. Rzucił studia, żeby poświęcić się muzyce. Punktem krytycznym okazał się jednak wspólny występ z Fairport Convention w londyńskiej Royal Concert Hall. Piosenki bez refrenów okazały się za trudne dla publiczności, która głośno okazywała rozczarowanie. Drake przez cały występ nie odezwał się nawet słowem. Zaraz po zejściu ze sceny zdecydował, że nie będzie więcej grywał na żywo.

Komercyjna porażka pierwszej płyty sprawiła, że przy drugiej Drake pokornie słuchał sugestii producenta i przystał na bardziej uniwersalne, popowe brzmienie. Nie pomogło. „Bryter Layter” (jesień 1970 r.) sprzedało się w niecałych 3 tys. egzemplarzy. Recenzenci znów nie mogli dojść do porozumienia – jedni chwalili Drake’a gitarzystę, inni prychali na zdradzającą kompromis mieszankę folku z pseudoeleganckim jazzem. Krótko po premierze Boyd odsprzedał Witchseason Island Records i na stałe przeniósł się do Los Angeles. W 22-letnim Drake’u narastała frustracja – rozstanie z Boydem tylko ją pogłębiło.  Zaczął się leczyć na depresję.

„Pink Moon” czyli esencja Drake’a


Nowy wydawca próbował ratować sytuację, proponując Drake’owi szeroko zakrojoną promocję drugiej płyty. Drake odmówił – nie chciał koncertów i spotkań z dziennikarzami. Odsunął się od rodziny i przyjaciół, zamknął w mieszkaniu, wychodził tylko po narkotyki. „Powiedział mi kiedyś, że właśnie od tego momentu wszystko zaczęło iść źle” – wspominała starsza siostra muzyka. W skrajnym stadium depresji nagrał ostatnią płytę. Płytę, na którą nie liczyła wytwórnia i na którą nie czekała publiczność. Spędził w studiu dwie noce – wyłącznie z realizatorem dźwięku. Zarejestrował 11 piosenek, zaledwie 28 minut muzyki, ale to właśnie na „Pink Moon” (premiera: jesień 1971 r.) udało się uchwycić esencję Drake’a.

To jego najlepszy album, świadomy, mimo niewielkiej objętości kompletny. Oszczędny w środkach, ale przytłaczający emocjami. Album, którego mogły mu zazdrościć największe ówczesne gwiazdy folku i który niezmiennie inspiruje kolejne pokolenia songwriterów. Wydawca wierzył, że „Pink Moon” będzie przełomem, ale Drake – po raz kolejny – nie zgodził się na udział w promocji. Wytwórni udało się wymusić na muzyku zaledwie jeden wywiad, choć dziennikarz, który z nim wtedy rozmawiał, nie wspominał tego spotkania najlepiej. „Nieśmiały i introwertyczny. Powiedział, że nie lubi koncertów – i niewiele poza tym. Przez całą rozmowę ani razu nie nawiązał ze mną kontaktu wzrokowego”.

Drake był przekonany, że nigdy więcej nie będzie w stanie napisać piosenki. Rozważał nowe sposoby na życie, w tym wstąpienie do wojska. Wyjechał z Londynu, zamieszkał z rodzicami. W 1972 r. spędził pięć tygodni w szpitalu z powodu załamania nerwowego. Dwa lata później skontaktował się z Johnem Woodem, realizatorem, który towarzyszył mu w studiu podczas nagrań wszystkich albumów. Chciał zrobić kolejny. Boyd był w tym czasie w Wielkiej Brytanii, więc kilkakrotnie pojawił się na nagraniach. Udało się zarejestrować tylko pięć piosenek. W nocy z 24 na 25 listopada 1974 r. Nick Drake zmarł – powodem śmierci było przedawkowanie antydepresantów. Oficjalnie uznano, że popełnił samobójstwo, choć wielu wciąż wierzy, że zażycie zbyt dużej dawki leków było nieszczęśliwym wypadkiem.

Nick Drake, „Tuckbox”, UMC 2013Wydany prawie 40 lat po śmierci muzyka „Tuck Box” to obszerny zestaw, zawierający trzy studyjne albumy, pięć ostatnich zarejestrowanych utworów, covery, wersje demo, a nawet nagranie 9–letniego Drake’a grającego Mozarta – w zasadzie wszystko, co kiedykolwiek wydał i co udało się odnaleźć. Nie ma lepszej biografii – w końcu wiemy o nim tyle, ile chciał powiedzieć w piosenkach. W jednej z nich przewidział nawet przyszłość. „Fruit Tree”, utwór o iluzji sławy, do dziś odczytywany jest jako samospełniające się proroctwo: „Fruit tree, fruit tree / No one knows you but the rain and the air / Don’t you worry / They’ll stand and stare when you’re gone”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.